Wiosenne rewolucje

To był wspaniały miesiąc. Zachłysnęłam się wiosną, zielenią, słońcem. Przebudziłam wreszcie na dobre z zimowego snu i odetchnęłam pełną piersią. To był miesiąc pierwszych kroków Wojtusia. Stawiał je między innymi w niezapominajkowym raju, czyli kameralnym parku, który wczesną wiosną pokrywają dywany jasnoniebieskich kwiatuszków. Dawniej przejeżdżałam tamtędy na rowerze do pracy, marząc o tym, że kiedyś zabiorę tam swoje dziecko. Zeszłej wiosny Wojtuś nie przepadał za długimi spacerami i przebywaniem poza domem, więc w tym roku nadrabiamy zaległości. A odkrywanie świata na nowo z niespełna półtoraroczniakiem jest fascynujące. Znają nas już chyba wszystkie psy z sąsiedztwa. Wojtek na widok każdego krzyczy na powitanie: „Ja, ja, jaj!”. Z podobnym entuzjazmem odnosi się do gołębi, tramwajów i autobusów. Mieliśmy iść do zoo, ale boję się, że ochrypnie.

wojtek-i-niezapominaki

W kwietniu sporo rozmyślałam o odstawieniu Wojtusia od piersi. A im więcej gdybałam na ten temat, tym bardziej on się tej piersi domagał. W końcu wsłuchałam się w swoją intuicję i doszłam do wniosku, że na kategoryczne odstawienie nie jestem gotowa i chciałabym, żeby wyszło to bardziej naturalnie. I być może niedługo tak się stanie, bo od połowy maja wracam do pracy. A właściwie zaczynam zupełnie nową pracę. Któregoś wieczoru coś mnie tchnęło i wysłałam kilka aplikacji. No i pech chciał, że z jednego miejsca się odezwali. Rodzina przyklasnęła, babcie obiecały pomagać, także nie ma wyjścia, trzeba iść do roboty, ha, ha. Jestem podekscytowana i trochę przerażona. Wojtek na początku będzie zostawał głównie z moją mamą, od czasu do czasu z drugą babcią lub z tatą. O nasze rozstania jakoś specjalnie się nie martwię. Myślę, że oboje do tego dojrzeliśmy i dobrze nam to zrobi. Tymczasem sen z powiek spędza mi to, czy dam sobie radę zawodowo w nowym miejscu. Czuję jednak, że muszę spróbować i że puzzle właśnie znalazły się na właściwych miejscach.

Z roczniakiem w domu

Gdy dziecko kończy rok, najczęściej pojawiające się pytania to: Czy jeszcze karmisz piersią? Czy już chodzi? Czy wracasz do pracy? W każdym razie są to sprawy, o które pytają mnie moje sąsiadki. Nic w tym dziwnego, bo to kwestie, które i mnie nurtują. Pierwsze kroki Wojtuś ma już za sobą i niedługo pewnie zacznie chodzić na dobre, a ja z jednej strony wyczekuję tego etapu, a z drugiej wcale mi się do niego nie śpieszy. Piersią wciąż karmię, choć nie ma dnia, a właściwie nocy, bym nie rozmyślała o odstawieniu, ale to temat na osobny post. A jeśli chodzi o pracę, to przez jakiś czas postanowiłam zostać na domowym etacie.

Po pierwsze, to nie mam pracy, do której mogłabym wrócić, bo gdy zaszłam w ciążę z Wojtusiem, byłam zatrudniona na zastępstwo i od początku wiedziałam, że umowa nie będzie przedłużona. Wcześniej pracowałam naukowo i dodatkowo jako freelancer. Praca naukowa to zamknięty rozdział w moim życiu, ale do zleceń teoretycznie mogłabym wrócić, tylko wymagałoby to przeorganizowania naszej codzienności. Nie wyobrażam sobie pracować w domu przy Wojtusiu. Nie można go na zbyt długo spuścić z oczu, a gdy już zaśnie, to najczęściej ja też drzemię z nim lub regeneruję się, czytając książkę czy przeglądając Internet. O nadgonieniu jakichś domowych obowiązków nie ma mowy, bo Wojtka budzi najcichszy szmer, chyba że zależy mi na tym, by się obudził, to wtedy oczywiście śpi kamiennym snem. Pozostają wieczory, ale jako typowy ranny ptaszek nigdy o tej porze nie byłam wydajna, a po całym dniu z Wojtkiem to już tym bardziej. I jeszcze jedna kluczowa dla mnie kwestia. Gdy się tak przebywa z dzieckiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, to raczej  człowiek miałby ochotę z rana się wyszykować, zamknąć za sobą drzwi i poprzebywać trochę z dorosłymi ludźmi, a niekoniecznie zostać w czterech ścianach i rozgardiaszu.

Do jesieni postanowiłam dać sobie czas, nacieszyć się w pełni wiosną i latem, zwłaszcza że z takim roczniakiem podskakującym w wózku na widok każdego mijanego psa, gołębia, autobusu czy tramwaju jest naprawdę wesoło. Żal by mi było tych ciepłych miesięcy, które na pewno dają większe pole do popisu niż zima. W zeszłym roku nie nacieszyłam się nimi wystarczająco. Przyznaję jednak, że miewamy też trudne dni, kiedy marzę o tym, by wyjść z domu na te kilka godzin, wrócić stęskniona do mojego dziecka i zająć się nim z nową energią. Ale wtedy z opresji ratuje nas najczęściej babcia. Jesienią będę się martwić, co dalej. A może wcale nie trzeba będzie się martwić, bo życie przyniesie najlepsze rozwiązanie w najdogodniejszym momencie…

Rok temu…

tort-w-sypialni

Rok temu patrzyłam przez okno na szpitalny dziedziniec. Było mroźnie i słonecznie. A nad ranem zaczął prószyć śnieg. Patrzyłam w to okno i nie mogłam przestać się uśmiechać. Wydawało mi się, że unoszę się lekko nad ziemią. A obok mnie, na wyciągnięcie ręki spałeś Ty.

To był najbardziej przełomowy i wyjątkowy rok w moim życiu. Rok z naszym synkiem Wojtusiem. Rok, w którym oddałam się macierzyństwu, byciu z Nim i dla Niego, budzeniu się i zasypianiu przy tym małym, ciepłym ciałku.

Czy coś bym zmieniła, gdyby ktoś pozwolił mi cofnąć czas? Chyba bardziej cieszyłabym się chwilą, mniej przejmowała błahościami dnia codziennego. Tym, że niepozmywane, że nieodkurzone, że obiad jemy na kolację… Może udałoby mi się żyć jeszcze uważniej. Ale na pewno nie oddałabym ani jednej chwili, którą spędziliśmy razem. Nie żałuję nieodbytych wizyt u kosmetyczki czy u fryzjera, nieobejrzanych seriali, nieprzebiegniętych dystansów i niedojedzonych w spokoju śniadań. Na to wszystko przyjdzie jeszcze pora, a Ciebie takiego małego i pachnącego miałam tylko raz. I nie wymazałabym nawet tych łez z bezsilności czy zmęczenia, małych smutków, które czasem wkradały się w nasze życie. Dziś wiem, że były potrzebne i oczyszczające. Z nich również utkane jest moje macierzyństwo.

Ten rok minął, zanim się obejrzałam, zanim na dobre rozgościłam się w byciu mamą. I wciąż mi tego mało.

LiśćWojtusiu, jesteśmy dumni i przeszczęśliwi, że zostałeś naszym synkiem. Rok temu dzięki Tobie obudziliśmy się na nowo do życia.

wojcieszektorcik-na-stole

Spacery po dzielni

Ostatnio naszło mnie na wspominki i zapragnęłam zajrzeć do moich dawnych wpisów z początków macierzyństwa, a nawet z okresu ciąży. Przy niektórych zakręciła się łezka w oku, przy innych uśmiałam się w duchu, ale przede wszystkim utwierdziłam się w przekonaniu, że lubię ten mój blogowy pamiętnik i nie jestem gotowa na rozstanie z tym wirtualnym światem. Tyle cennych chwil poszłoby w zapomnienie, gdyby nie to miejsce. Tylko z czasem na pisanie bardzo krucho, jako że Wojciech to żywe srebro. Te dwie godzinki wieczorem, które mam dla siebie pomiędzy jedną a drugą pobudką, mijają niepostrzeżenie. Ale dzisiaj to już muszę Wam o czymś napisać. Mianowicie po raz pierwszy od kiedy mam Wojtka, doświadczyłam tego, że ktoś zupełnie obcy postanowił mnie pouczyć, co jest najlepsze dla mojego dziecka.

Jak co dzień koło południa wyszliśmy sobie z Wojtkiem na spacer, to znaczy ja szłam, a Wojtuś był wieziony przeze mnie w spacerówce. Podążaliśmy osiedlową uliczką w stronę warzywniaka, kiedy z daleka dostrzegłam kobiecą postać w lisiej czapie, z rozwianym włosem i papieroskiem w dłoni. Gdy się mijałyśmy, kobieca postać zagadnęła do mnie z troską:

− Proszę Pani, psycholodzy się w radiu wypowiadają, że nie można wozić dziecka tyłem do siebie, że dziecko musi widzieć mamę, by czuć się bezpiecznie…

A ja myślałam, że o drogę będzie mnie pytać. W tym momencie przerwałam i może niezbyt błyskotliwie, ale kulturalnie, odpowiedziałam, że najlepiej, by każdy był ekspertem od własnego dziecka. I poszliśmy sobie z Wojtkiem dalej. Poniewczasie żałowałam, że nie powiedziałam czegoś na temat konsekwencji palenia papierosów, ale jak zawsze w takich sytuacjach lotne riposty przychodzą do głowy, gdy już na nie za późno.

Przyznam, że ani trochę nie przejęłam się tym, co owa pani miała mi do powiedzenia i podeszłam do całej sytuacji ze śmiechem. Niestety, to takie nagminne, że każdy czuje się specjalistą w dziedzinie wychowywania czyichś dzieci i rości sobie prawo do tego, by bez ogródek zaczepić młodą matkę na ulicy i ją skrytykować. Ja też mam swoje zdanie na różne tematy, ale nie odważyłabym się zaczepić kogoś na przykład na przystanku i powiedzieć mu, żeby nosił czapkę, bo się przeziębi.

Ale jest i druga strona medalu. Kiedyś, gdy nie mieliśmy jeszcze dzieci z M., to zdarzało nam się krytycznie oceniać między sobą zachowania napotykanych w różnych sytuacjach rodziców. Od kiedy mamy pod swoimi skrzydłami dość charakternego osobnika, to zdecydowanie spuściliśmy z tonu. Jakiś czas temu postanowiliśmy się wybrać z Wojtusiem na burgery do restauracji. Sobota koło południa, poza nami może z jedna para, ale Wojtkowi się nie podobało. Zamiast zjeść na spokojnie te burgery, to najpierw w biegu jadłam ja, a ojciec nosił i zabawiał marudzącego Wojtusia, a potem zamiana. I wtedy przypomnieliśmy sobie, jak to wracając z wypadu w góry, podczas którego usilnie staraliśmy się o naszego synka, w jednej z popularnych pizzerii obserwowaliśmy parę z dzieckiem. Oni jedli pizzę, a niemowlę siedziało w krzesełku i patrzyło w ekran postawionego przed nim smartfona, na którym migała jakaś bajka. Byliśmy zniesmaczeni, że jak tak można i my to byśmy tak nie zrobili. Oczywiście te uwagi wymieniliśmy między sobą. No fakt, nie robimy tak, ale mimo wszystko mam dla tych rodziców wiele zrozumienia.

wojtekaJeszcze słówko o naszych spacerach. Jak pewnie dobrze pamiętacie, Wojtek nie pałał miłością do wózka. Polubił go, dopiero gdy zaczęliśmy jeździć w spacerówce z siedziskiem przodem do kierunku jazdy.

Grudniowe małe przyjemności i … blogowy urlop

Jak dobrze, że zaraz po listopadzie przychodzi grudzień. Można czym prędzej strzepnąć z siebie niczym kurz wszelkie troski i już od pierwszego grudnia zacząć rozpalać w sobie i dookoła zimowo-świąteczny nastrój. I choć do końca miesiąca jeszcze kawałek, to już nazbierałam trochę małych przyjemności. Swoiście grudniowych.

Do noszenia

czapka czapka_2Tę ciepłą i miękką czapkę zakupiłam sobie u Inu (inu.com.pl), której profil na instagramie śledzę jakoś od lata i niezmiennie zachwycam się jej włóczkowymi dziełami, a także podziwiam za talent, determinację i niesamowitą pracowitość. Długo zwlekałam z zamówieniem czapki, bo wciąż nie mogłam się zdecydować na kolor. Podobała mi się i pudroworóżowa, i bordowa, i błękitna, i ta lisia też bardzo mi się podobała. Któregoś ranka okazało się, że jest dostępnych kilka sztuk od ręki, a wśród nich moja jasnoszara w białe serduszka. I to był bardzo dobry wybór. Dzięki stonowanej kolorystyce pasuje do moich zimowych okryć wierzchnich, a ten biały pompon kojarzy mi się ze śniegową kulą. Czapka jest bardzo starannie wykonana, tak od serca, no i od serca zapakowana, z odręcznie napisaną dedykacją. Za każdym razem gdy ją zakładam, to mam uśmiech na twarzy. To jest taka przyjemność mieć coś, co ktoś wykonał dla nas, wkładając w to dobrą energię i serce. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak zamówić czapę dla Wojtusia.

Kalendarz adwentowy

Z małym poślizgiem, bo późnym wieczorem 1 grudnia zawisł u nas zeszłoroczny kalendarz adwentowy. Tak jak poprzednio w każdym pudełeczku znajduje się myśl na dany dzień, a także czekoladki dla mnie i dla męża. Dla Wojtka kupiłam kilka zabawek, które miał dostawać co parę dni, ale uznałam, że dwie z nich są jednak za dorosłe dla niego, a pozostałe dałam mu w pierwszym tygodniu.

Wszystkie cytaty do kalendarza wybrałam z książki, którą podarowała mi moja przyjaciółka, mianowicie „Duży, mały poradnik życia”. Wybierałam je głównie dla siebie i męża, żebyśmy na każdy dzień mieli taką przewodnią myśl, np. „Rób to, co i tak musisz zrobić,
w pogodnym nastroju”, „Nie pozwól, żeby twoje marzenia
zarosły chwastami” albo ze szczególną dedykacją dla męża „Popieraj swoją żonę. Bądź jej najlepszym przyjacielem i największym fanem”. Do pudełeczek trafiły losowo, więc i ja mam niespodziankę. Zdarza się jednak, że w porannym biegu zapominamy o tym, by stanąć przy kalendarzu i pudełko otwieramy wspólnie dopiero wieczorem. Tak naprawdę to nie mogę się już doczekać kalendarza, z którego Wojtuś będzie coś więcej rozumiał. To dopiero będzie frajda, a w tym roku po prostu chciałam podtrzymać tradycję.

Miejsca w sieci

Są takie dwa blogi, które śledzę od lat, mianowicie Magiczny Domek i Home Fragrance. A przed świętami zaglądam na nie ze szczególną przyjemnością, bo dziewczyny swoimi wpisami cudownie tworzą przedświąteczny, rodzinny klimat. To takie internetowe kalendarze adwentowe, do których zaglądam podczas wieczornego karmienia Wojtusia. Uwielbiam takie  wpisy o zwyczajnej codzienności, o jej celebrowaniu i dążeniu do tego, by skupiać się na pozytywach. Sama bardzo bym chciała stworzyć Wojtusiowi taki ciepły, spokojny dom.

Książki

Wiecie, że uwielbiam książki dziecięce, a najbardziej lubię te świąteczno-zimowe. W tym roku do naszej biblioteki dołączyło kilka nowych tytułów: „Święta Tupcia Chrupcia”, „Wyprawa Świętego Mikołaja”, „O zimie”, „Kicia Kocia Zima”, „Pani Imbir i Szkoła Elfów”. Tę ostatnią pozycję dołożę do prezentu dla mojej chrześnicy. Mam nadzieję, że kiedyś nadejdą takie czasy, gdy będziemy sobie czytać te wszystkie zgromadzone przeze mnie bajki wspólnie z Wojtusiem. Teraz to przyjemność głównie dla mnie. Lubię sobie usiąść na dywanie obok brojącego Wojciecha, poczytać na głos, pooglądać prawdziwą, śnieżną zimę na ilustracjach. Nieraz na chwilę uda mi się zainteresować synka, ale jednak najbardziej zajmuje go obecnie przemieszczanie się, wstawanie, chodzenie przy meblach i odklejanie wszelkich zabezpieczeń. Na książki przyjdzie jeszcze czas.

wojtek-i-ksiazki_coldPrzed nami pierwsze wspólne święta. Wigilię spędzimy u rodziców męża, a w pierwszy dzień świąt spotkamy się z rodziną u mojej mamy. Dawno nigdzie nie jeździliśmy z Wojtusiem, dlatego bardzo cieszę się na te rodzinne spotkania, a z drugiej strony staram się nie mieć wielkich, wyidealizowanych oczekiwań. Wiadomo, że z niemowlakiem różnie może się to wszystko potoczyć. Poza tym ja chyba najbardziej lubię ten czas oczekiwania i przygotowań do świąt, a same święta jakoś tak mniej. W dodatku sporo problemów spadło ostatnio na moją mamę. Jest przybita, a i mnie martwi wiele spraw i nie mam już pomysłu, jak je rozwiązać. No ale przynajmniej na czas świąt trzeba to wszystko odłożyć na bok, zwłaszcza że w Wigilię Wojtuś skończy 10 miesięcy!

Ostatnio brakuje mi czasu na pisanie, a może i chęci. Poczułam coś w rodzaju wypalenia i doszłam do wniosku, że chyba potrzebuję blogowego urlopu. Muszę sobie przemyśleć różne sprawy, zrobić porządki w głowie, naładować baterie, ale też zadbać o swoje zdrowie, porobić badania, udać się na wizyty kontrolne itd. Ale to już plan na nowy rok. Mam nadzieję, że wrócę tu z nową energią i weną do pisania i że nadal będziecie tu zaglądać. Tymczasem życzymy Wam z Wojtusiem błogiej i beztroskiej końcówki roku.

Kisielowe love, czyli burak dla niejadka i trochę o naszym rozszerzaniu diety

Jedną z pamiątek, które zachowały się z mojego wczesnego dzieciństwa, była torba pełna budzików. Cóż, rodzice nie dysponowali wtedy takimi cudacznymi zabawkami, jakie mamy do wyboru obecnie. Tymczasem budzik był  bardzo przydatnym gadżetem w trakcie rozszerzania mojej diety. Na sam dźwięk wydawanego przez niego dzwonka rozdziawiałam paszczę, do której moja mama chybcikiem pakowała mi łyżkę zupy czy też innego pokarmu. Wielokrotnie słyszałam te opowieści i obiecałam sobie, że ja nie będę mojemu dziecku wmuszać jedzenia, uciekając się do tego rodzaju sztuczek.

Tak mi się marzyło, że Wojtuś nie pójdzie w moje ślady, ale jednak jako syn mój nieodrodny entuzjastą jedzenia wszelakiego zdecydowanie nie jest. A początki były bardzo obiecujące. Pierwsze marchewki, dynie, ziemniaczki, pietruszki pochłaniał tak, że aż mu się uszy trzęsły. Potem odmówił jedzenia czegokolwiek innego niż moje mleko. Obecnie mamy kilka pewniaków w menu, które raczej zawsze przejdą, a ja nieustannie staram się przekonywać go do nowych smaków i konsystencji.

Zaczęliśmy tradycyjnie, czyli od papek. Na BLW w szóstym miesiącu Wojtek zdecydowanie nie był gotowy. Gdy skończył siedem miesięcy zaczęłam nieśmiało podawać mu owoce i warzywa, które same rozpływały się w ustach: dojrzałą gruszkę pokrojoną w słupki, mango, batata ugotowanego na parze. Teraz stosuję metodę mieszaną. Codziennie daję mu coś do przegryzienia (zębów na razie brak), ale jednocześnie dostaje inne pokarmy łyżeczką. Największy problem mam z obiadami, bo Wojtek nie lubi moich zup i nieraz odmawia zjedzenia choćby odrobiny. Rozsmakował się zwłaszcza w dwóch słoiczkach: delikatnych jarzynkach z królikiem i delikatnych jarzynkach z cielęciną. Z domowych zup polubił rosół i krupnik. Na szczęście gdy dostaje coś, co może zjeść sam, nie grymasi. I tak zaznajamiam go z brokułami czy fasolką szparagową, a z innych warzyw, których nie może wygodnie chwycić, przygotowuję mu pesto i podaję oblepione nim kluski, np. penne.

Uparłam się, żeby włączyć Wojtkowi do diety buraki. Niestety, żadne zupy krem z burakiem w roli głównej nie posmakowały mu. Od święta mogę mu podać pieczonego buraka do rączki (choć nie wiem, czym bym doczyściła potem kuchnię), ale chciałam, by burak zagościł u nas na stałe. No i znalazłam w końcu sposób na tego buraka. Wojtuś uwielbia kisiel. Początkowo przygotowywałam mu gruszkowo-jabłkowy, potem wymyśliłam, że można go komponować z warzywami, np. marchewką, dynią czy właśnie burakiem. Hitem jest u nas obecnie kisiel gruszkowo-malinowo-buraczkowy, który i mnie bardzo smakuje.

Domowy kisiel gruszkowo-malinowo-buraczkowy

kisiel

Składniki:
słodka, dojrzała gruszka
kilka mrożonych malin
kawałek ugotowanego lub upieczonego buraka*
łyżeczka mąki ziemniaczanej

Gruszkę pokroić w kostkę i podgotować do miękkości na parze. Maliny opłukać pod bieżącą wodą, następnie poddusić je w rondelku, podlewając odrobiną wody. Dodać do nich gruszkę wraz z wodą z gotowania na parze. Kawałek buraka zblendować i dołożyć do owoców.  Wszystko chwilę podgotować, jeśli to konieczne − dolać wody. Następnie rozgnieść owoce i buraka tłuczkiem do ziemniaków. W niewielkiej ilości zimnej wody rozpuścić mąkę ziemniaczaną i dolać do rondla. Chwilę podgotować.

* Im więcej buraka, tym bardziej będzie on wyczuwalny w smaku. Ja ostatnio dołożyłam aż połowę i w tej wersji kisiel nie był zjedzony z takim apetytem jak poprzednio.

 

Październikowe małe przyjemności

pazdziernik

Październik, październik… Dziwny to był miesiąc. Pełen sprzeczności. Dużo uciech i wdzięczności, trochę słonecznej pogody, którą wykorzystaliśmy do cna, spacerując wśród szeleszczących liści, ale i nieco smutku oraz stresujących wieści, które wciąż trzymają w napięciu. Jedno się nie zmienia − przeciekający przez palce czas. Musiałam przejrzeć zdjęcia w telefonie, by przypomnieć sobie październikowe przyjemności.

Coś dla ciała

Biustonosz dla matki karmiącej

Po siedmiu miesiącach karmienia piersią sprawiłam sobie wreszcie porządny biustonosz do karmienia, a to za sprawą koleżanki, która też karmi i poleciła mi markę Alles. Mają stacjonarny sklep w naszym mieście, dzięki czemu mogłam bez problemu dobrać odpowiedni dla siebie rozmiar stanika. Jestem nim zachwycona. Po pierwsze jest ładny, ale najważniejsze, że jest wygodny. Nie umywa się do tych sieciówkowych, np. z H&M, których dotychczas używałam. Wydawało mi się, że pewnie wszystkie biustonosze dla matek karmiących są zaprojektowane w ten sam sposób, ale ten z Alles jest dużo fajniej skonstruowany, dzięki czemu się nie odkształca. Świetnie dopasowuje się do piersi, nadając im ładny kształt za sprawą delikatnego usztywnienia, a przy tym nie uwiera i w ogóle czuję się w nim jak w sportowym, bawełnianym staniku, a tymczasem mam na sobie całkiem kobiecy biustonosz. Upatrzyłam sobie już kolejny model i w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze trochę pokarmić Wojtka. Swoją drogą nasze cyckowo-azylkowo (jak mawia Śliwka), trwa w najlepsze i wygląda na to, że z wyboistych ścieżek zboczyliśmy w końcu na gładką i przyjemną mleczną drogę.

Półkule kąpielowe

Październik był jakiś przełomowy, bo pierwszy raz od pojawienia się Wojtka na świecie wzięłam kąpiel w wannie zamiast szybkiego prysznica. Niestety, zmusił mnie do tego okropny ból korzonków, przez który nie mogłam normalnie funkcjonować. Kąpiel specjalnie na to nie pomogła, ale dobrze wpłynęła na moje samopoczucie, zwłaszcza że rozpuściłam sobie półkulę kąpielową z suszonym nagietkiem z Ministerstwa Dobrego Mydła. Odkąd je odkryłam, to nie wyobrażam sobie bez nich kąpieli. Róża z glinką to jak na razie moja ulubiona kompozycja. Gorąco polecam te półkule wszystkim wielbicielom moczenia się w wannie. Jak już marnować tyle wody, to niech będzie to jak najprzyjemniejsze doznanie i uczta dla ciała.

cof

Coś dla ducha

Porzuciliśmy „Miasteczko Twin Peaks”, po którym nie mogłam spać, na rzecz nowej „Watahy”. Ach, jak ja tęsknię za górami. W Bieszczadach byliśmy tylko raz, ale wspaniale wspominam ten wyjazd. Niestety, jechaliśmy około 9 godzin w każdą stronę, więc pewnie za szybko tam nie wrócimy. A trzeba przyznać, że jest coś wyjątkowego i urzekającego w tych górach. Na razie pozostaje podziwiać Bieszczady w serialu. Sama akcja w tym sezonie „Watahy” też całkiem wciągająca. O dziwo, jakoś udaje nam się być na bieżąco z odcinkami, choć czasami wymaga to niebywałej gimnastyki, ale dla tych zimowych, górskich widoków warto.

wataha

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

A gdy przychodzi jesień

jesienA gdy przychodzi jesień, którą od zawsze kocham całym sercem, myślami jestem częściej przy naszym pierwszym synku, który właśnie jesienią miał pojawić się na świecie. Choć myślę o nim także w lecie i na wiosnę, pod prysznicem, jedząc kolację albo bawiąc się z Wojtusiem. Wtedy muszę go czym prędzej przytulić. Tak z całych sił. I szepnąć na ucho, jak bardzo go kocham i jak bardzo cieszę się, że go mamy.

Czasami zastanawiamy się z M., jaki byłby Tymek. Patrzymy na Wojtka i wyobrażamy go sobie na jego podobieństwo. I ta strata staje się jeszcze bardziej namacalna, bo teraz już wiemy, jaka to jest miłość. Z każdym dniem, tygodniem, miesiącem coraz potężniejsza. Cudownie byłoby mieć ich obu, a z drugiej strony przepełnia mnie wdzięczność za to, że Wojtuś jest z nami, że nie musieliśmy czekać na niego latami, że właściwie pojawił się pod postacią dwóch kresek na teście ciążowym, zanim w pełni zagoiły się rany po odejściu Tymka. Uratował mnie. Nas. I choć czasami łza zakręci się w oku (tak jak dziś, gdy puściłam „Spadochron” Meli Koteluk, a byliśmy na jej koncercie z Tymusiem w brzuchu),  to Wojtuń, to nasze żywe srebro, sprawia, że trwa to tylko ulotną chwilę.

Nieraz mojej mamie przyśni się Tymuś. Albo malutki błękitny sweterek. Wiadomo, że to Tymkowy, bo na Wojtka byłby za mały. Ja długo czekałam na taki sen. Gdy byłam w ciąży z Wojtusiem, to przyśnił mi się raz piękny chłopczyk o dużych brązowych oczach i ciemnych, kręconych włosach. Sama nie wiedziałam, czy to pierwszy synek, czy drugi. Dziś myślę, że to był Tymuś. Taki uśmiechnięty i szczęśliwy. Pamiętam, że bardzo mnie to uspokoiło.

Od czasu do czasu jeździmy z Wojtusiem na cmentarz. Najczęściej w niedzielę. To dobre miejsce na spacer, bo cmentarz mamy piękny. Teraz Wojtuś jest jeszcze malutki i może niewiele rozumie, ale zawsze mówimy mu, że jedzie odwiedzić swojego braciszka. Może za jakiś czas zostawi mu jedną ze swoich zabawek. A może nie będzie chciał się rozstać z żadną z nich, a ja nie będę mieć mu tego za złe. Nie chcę, by kiedykolwiek te wyprawy kojarzył z przykrym obowiązkiem. Nie chcę tworzyć wokół nich grobowej, posępnej atmosfery i tematu tabu. Obiecałam sobie, że nigdy też nie będę go zmuszać do chodzenia na cmentarz, a gdy podrośnie, pozwolę mu pójść na imprezę Halloween, a może sama upiekę dla niego jakieś nietoperze czy paluchy wiedźmy. Chciałabym jednak bardzo, żeby wiedział o tym, że miał braciszka. Chciałabym, żeby to było naturalne, że przejeżdżając obok cmentarza, machamy Tymkowi i mówimy „cześć”, czasem go odwiedzamy i opowiadamy, co u nas. A potem idziemy na lody albo do kina. Jak to w niedzielę…

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lubię moje niespełna ośmiomiesięczne dziecko

Niedawno moja koleżanka urodziła synka. To nie była bezproblemowa ciąża, ale ostatecznie chłopczyk przyszedł na świat donoszony, zdrowy i z zacną wagą. Przesłała mi cudne zdjęcia ze szpitala i obiecała, że się odezwie, gdy tylko dojdzie do siebie. I tak minęły ze trzy tygodnie, a ona nie dawała znaku życia, więc napisałam do niej wiadomość z zapytaniem, jak się mają i nieco półżartem dodałam, że mam nadzieję, iż nie ma baby bluesa. Po kilku godzinach otrzymałam odpowiedź, że jakoś dają radę, ale ona baby bluesa chyba jednak ma, bo płacze dzień w dzień. I wiecie co? Przypomniałam sobie, jak to było na początku i doszłam do wniosku, że ja wcale nie tęsknię za tym czasem, gdy Wojtuś był takim dużo płaczącym okruchem. Z rozrzewnieniem przeglądam jego noworodkowe zdjęcia w telefonie, czasem się z mężem pośmiejemy, częściej rozczulimy, ale jeśli mam być szczera, to nie chciałabym teraz cofnąć czasu. Te początki z dającym się łatwo wyprowadzić z równowagi noworodkiem i wszystkie pierwsze razy były szalenie stresujące. Pierwsze obcinanie mikroskopijnych paznokietek, przemywanie pępuszka, pierwsze podawanie witaminy D czy zakrapianie ropiejącego oczka. Wreszcie pierwsze kąpiele, podczas których Wojtek darł się, jakby go ze skóry obdzierali, przez co kąpaliśmy go najrzadziej, jak było to możliwe, a i tak się bałam, że sąsiedzi naślą na nas opiekę społeczną. Moje zagwozdki i poszukiwania odpowiedzi na forach odnośnie tego, czy noworodka lepiej przewijać przed karmieniem, czy też po karmieniu? Potem niestety pierwsze infekcje, podawanie leków i inhalacje. Zwalczanie przebrzydłej ciemieniuchy czy próby przekonania dziecka do spędzenia choć kilku chwil dziennie w znielubionej pozycji na brzuchu.

Często czułam się zagubiona, zdezorientowana, niekompetentna. Nie rozumiałam mojego dziecka, nie wiedziałam, dlaczego płacze, bałam się  z nim zostawać sama. Skoki rozwojowe? Mieliśmy taki okres, kiedy wydawało mi się, że u nas jest ciągły skok rozwojowy przeplatany tylko krótkimi, spokojnymi momentami. Odliczałam tygodnie, aż synek skończy trzy miesiące, czyli osławiony czwarty trymestr. Ale znacząca poprawa nastała po piątym miesiącu. To wtedy w końcu złapałam oddech i w pełni zaczęłam się cieszyć macierzyństwem. Tyle czasu było mi trzeba, by nabrać pewności siebie jako mama, odnaleźć się jakoś w tej nowej, życiowej roli. A i Wojtuś z każdym kolejnym miesiącem czuł się lepiej i bezpieczniej na planecie Ziemia. Od niedawna zaczęłam jeździć z nim sama autem, wychodzić na dłuższe spacery (bo wózek spacerowy odwrócony tyłem do matki okazał się być całkiem fajnym miejscem), zabierać na zakupy czy do kawiarni.  Mimo że odkąd Wojciech uprawia pełzako-raczkowanie, eksplorując świat i wszystkie niedozwolone kąty w naszym mieszkaniu, a ja muszę mieć oczy dookoła głowy, by wyłowić go na przykład spod kanapy, to nie tęsknię za tym czasem, gdy znajdowałam go dokładnie tam, gdzie go odłożyłam. Jeszcze nie tęsknię. I staram się nie przyspieszać, nie odliczać, aż usiądzie, aż stanie na nogi, aż zacznie sam pić z kubeczka, nie zalewając sobie przy tym całego bodziaka. Chłonę i cieszę się naszym TERAZ.

wojtek

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Wrześniowe małe przyjemności

wrzesien

Największe wrześniowe przyjemności skumulowały się w końcówce miesiąca. Wcześniej tylko wiało i padało, a ja każdą wolną chwilę poświęcałam na przygotowania do chrztu, przed którym całą naszą trójkę dopadło bardzo dokuczliwe przeziębienie. Mimo przeciwności chrzest się odbył. W strugach deszczu i przy akompaniamencie zawodzenia przeplatanego wrzaskiem Wojtusia. Za to ostatni tydzień września, kiedy zawitała do nas wreszcie złota polska jesień, wycisnęłam do cna.

Coś dla ciała

We wrześniu zmobilizowałam się, by jakoś bardziej się o siebie zatroszczyć i aż trzy razy nałożyłam sobie na twarz maseczkę. Szczególnie sprawdziła się u mnie węglowa maska oczyszczająca z zieloną glinką z Bielendy. Świetnie podziałała na moją zmęczoną, skłonną do przetłuszczania się skórę. Tylko zastanawiałam się, jaka byłaby reakcja Wojtka, gdyby się wcześniej obudził i mnie w niej zobaczył. Pewnie nie mógłby zasnąć do rana. Na szczęście za każdym razem zdążyłam ją spokojnie zmyć i obyło się bez koszmarów.

Coś dla ducha

Pamiętam dobrze, jak moi rodzice zasiadali wieczorami przed telewizorem, by obejrzeć kolejny odcinek „Miasteczka Twin Peaks”, a ja z moim młodszym/starszym bratem (tego najmłodszego nie było jeszcze na świecie) skradaliśmy się, próbując coś dojrzeć zza harmonijkowych drzwi do salonu. Niestety, rodzice zawsze jakoś wyczuwali naszą obecność i przeganiali nas do swoich pokoi. W mojej głowie serial ten zapisał się jako absolutnie przerażający i nawet po latach, gdy tylko słyszałam w radiu dźwięki elektryzującej ścieżki dźwiękowej, przechodziły mi ciarki po plecach.

Ostatnio obiło mi się o uszy, że powstał kolejny sezon „Miasteczka Twin Peaks”. Pomyślałam sobie, że to może dobry moment, by stawić czoło serialowemu demonowi z przeszłości. Mój mąż przystał na tego rodzaju wieczorną rozrywkę, choć jako że jest starszy ode mnie kilka lat, to w przeszłości miał okazję oglądać ten serial, ale twierdzi, że nic nie pamięta. Przyznał jedynie, że zrobił sobie fryzurę jak jeden z bohaterów. Konkretnie jak Bobby, ha, ha. Pamiętam takie jedno jego zdjęcie z młodzieńczych lat. No nie była to najbardziej twarzowa dla niego fryzura…

Na razie obejrzeliśmy jeden odcinek. Wciągnęłam się, trochę się przestraszyłam, trochę też się pośmiałam, ale w nocy jednak trudno było mi zasnąć. Mimo że „Miasteczko Twin Peaks” trąci nieco myszką, to ma w sobie niepokojący ładunek, tak charakterystyczny w moim odczuciu dla Lyncha. I ci jego bohaterowie – dziwni, nieprzeniknieni, szaleni. Na szczęście asystentka z komisariatu i płaczliwy policjant rozładowują napięcie. W październiku będziemy kontynuować.

Wiatr w żagle

verte

W ostatni wrześniowy piątek, nie zważając na jęki, stęki i protesty mego syna, zapakowałam go do samochodu i po raz pierwszy wybrałam się z nim sama autem do miasta i do kawiarni na spotkanie z moją przyjaciółką. To był piękny, słoneczny dzień, choć nieco wietrzny, ale dla mnie przełomowy. Pewnie wiele matek popukałoby się w głowę, czytając o mojej ekscytacji z takiego powodu. Cóż, w ciąży wyobrażałam sobie, że będę Wojtka wszędzie ze sobą zabierać, a jak skończy trzy miesiące, to pojedziemy nad morze, jednak okazało się, że na pewne przyjemności trzeba było trochę zaczekać. No ale doczekałam się, a nasze piątkowe wyjście było bardzo udane (co nie znaczy, że obyło się bez marudzonka). Zjadłam pierwszą jesienną szarlotkę, wypiłam pyszną herbatę, pogadałam sobie z przyjaciółką, a Wojtek skosztował nawet konfitury malinowej. To wyjście tchnęło we mnie nowego ducha. Chwyciłam wiatr w żagle i nie puszczę.

Zapisz

Zapisz

Zapisz