Lektury na czas karmienia. Słowik Kristin Hannah

edf

Coś nie może ta wiosna zagrzać sobie miejsca. I choć bardzo tęsknię już za długimi spacerami po parku, to w takie wietrzne, pochmurne i na poły zimowe dni, jakich ostatnio pod dostatkiem, cieszę się, że nie muszę się zrywać o świcie, by pędzić do pracy, stresować kolejnym projektem czy humorami koleżanki z zespołu. Doceniam to, że mogę zostać w ciepłym domu i poczytać.

Na początku obawiałam się, że przy Wojcieszku nie będę miała czasu na lektury, ale zbawienne okazały się czytnik i poducha wąż, którą zakupiłam jeszcze w ciąży, by poprawić sobie komfort spania, a która okazała się wtedy niewygodna i nieprzydatna. Za to teraz podczas karmienia sprawdza się doskonale. A że tych karmień w ciągu doby trochę jest, to wykorzystuję te chwile między innymi na czytanie książek. Największą moją bolączką jest obecnie wybór wciągającej lektury. Zaczynam czasem po trzy książki jedna po drugiej, zanim wreszcie trafię na pozycję, której treść mnie porwie. To pewnie wina mojego macierzyńskiego mózgu, który nie może należycie się skoncentrować.

Ostatnio mój wybór padł na Słowika Kristin Hannah. Spodobał mi się sam początek, ale potem męczyłam się przez kilkadziesiąt stron, zanim polubiłam się z głównymi bohaterkami. Cieszę się jednak, że nie zrezygnowałam zbyt szybko, bo ostatecznie historia w tej książce opowiedziana bardzo mnie wzruszyła i pobudziła do refleksji.

Akcja rozgrywa się we Francji w okresie II wojny światowej. To moment ekstremalny w dziejach ludzkości, kiedy chcąc nie chcąc jest się wystawionym na próbę. Autorka pokazuje wojnę z perspektywy kobiet. Bohaterkami powieści są dwie siostry: heroiczna i odważna Isabelle oraz zalękniona i wycofana Vianne, która na naszych oczach przechodzi przemianę i odnajduje w sobie odwagę i hardość, o które sama siebie nie podejrzewała. Mam słabość do tego rodzaju bohaterek, które z szarych myszek przeistaczają się w heroiny, więc w Słowiku to Vianne skradła moje serce. Nie jest to książka pozbawiona wad. Autorka z premedytacją gra na emocjach, poza tym zupełnie nie przekonał mnie zawarty w niej wątek romansowy, ale mimo to dałam się ponieść tej historii, a w trakcie lektury uroniłam niejedną łzę. Czytając tę powieść uzmysłowiłam sobie, jak wiele mam szczęścia, że urodziłam się w obecnych czasach i że żyję w tym rejonie świata. Mam co jeść, w co się ubrać, czym nakarmić dziecko, mogę bez obaw wyjść z domu. To co dobre szybko powszednieje i tylko czasami, choćby pod wpływem takiej lektury, przychodzi olśnienie i zaczynamy doceniać to zwyczajne, codzienne życie. Jeśli macie więc ochotę na momentami nieco ckliwy wyciskacz łez z wojną w tle, ale na całkiem wysokim poziomie literackim, od którego trudno się oderwać, to polecam sięgnąć po Słowika.

A czy Was zachwyciła ostatnio jakaś lektura? Ja po raz kolejny próbuję polubić się z Tyrmandem. Kiedyś zaczęłam czytać Złego, ale nie skończyłam, a tym razem sięgnęłam po Siedem dalekich rejsów. Spodobał mi się tytuł i to, że akcja rozgrywa się wczesną wiosną, a ja lubię tego rodzaju adekwatność. Niestety, jak na razie słabo odciąga mnie od internetu i przeglądania profili instagramowych, ale tym razem Tyrmandowi nie odpuszczę i przeczytam do końca.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Rok temu w kwietniu

wiosna_2016Wiosna 2016

Jeździłam na rowerze do mojej tymczasowej pracy. Po drodze przecinałam trzy parki. Pierwszy ten ukochany, dobrze znany, położony najbliżej domu. Drugi malutki, za to w kwietniu przepiękny, pokryty dywanem niezapominajek. Trzeci pośrodku z wodą i piaszczystymi ścieżkami, zapamiętany z powodu pana spacerującego z wielkim, czarnym, szczekającym groźnie psem. Takie piękne okoliczności wiosennej przyrody. Nawet gdy się jest jeszcze bardzo smutnym, trudno nie docenić budzącej się do życia natury, nie dać się ponieść nadziei, która chcąc nie chcąc przychodzi do człowieka wraz z tą porą roku. Mimo to czasami, zwłaszcza popołudniami, gdy przejeżdżałam przez parki wypełnione gwarem dzieci i roześmianymi matkami pchającymi wózki, łzy same cisnęły się do oczu. W duchu powtarzałam sobie wtedy słowa z jednego z wierszy Szymborskiej:

Nie mam żalu do wiosny,
że znowu nastała.
Nie obwiniam jej o to,
że spełnia jak co roku
swoje obowiązki.

Rozumiem, że mój smutek
nie wstrzyma zieleni.
Źdźbło, jeśli się zawaha,
to tylko na wietrze. […]

A teraz i ja jestem po tej drugiej stronie. Spaceruję po parku z moim synem, uśmiecham się od ucha do ucha i czuję się tak zwyczajnie niezwyczajnie szczęśliwa. Od kiedy obniżyłam postawionej sobie samej poprzeczkę i pożegnałam nierealne wyobrażenia na temat macierzyństwa, które nagromadziłam przez te lata starań i czekania na cud, wszystko zaczęło być dużo prostsze. Wyzwań i trudów nadal nie brakuje. Ale ja staram się już nie szarpać z nimi, a pokonywać je, ciesząc się chwilami spokoju, które zawsze po nich nastają.

Dziś świętujemy podwójnie. Ja swoje 33 urodziny, Wojtuś pierwsze imieniny, choć nadając mu to imię, nie byłam świadoma, że przypadają one w dniu moich urodzin. Dowiedziałam się o tym niedawno, przypadkiem. Miły sercu zbieg okoliczności. Czego sobie życzę? W tym roku moje największe marzenie już się spełniło. Niczego więcej mi nie trzeba (choć zdrowie zawsze w cenie). Chwilo, trwaj. I żebym nie zapominała o tym, jaką jestem szczęściarą.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Refleksje świeżo upieczonej matki

Przyznaję się. Nie za bardzo wierzyłam w to, że życie po narodzinach dziecka wywraca się aż tak do góry nogami. To znaczy może i wierzyłam, ale jakoś nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić, że i nas będzie to dotyczyć. Wiadomo, my to się zorganizujemy i w ogóle od razu będziemy funkcjonować w doskonałej symbiozie. O tak… Gdy byłam w ciąży, zdecydowanie chętniej słuchałam i utożsamiałam się z tymi, którzy mówili, że taki niemowlak to głównie je i śpi. Wojtuś może przez trzy dni jadł i spał, no i robił kupy i siku, rzecz jasna. Mniej więcej czwartego dnia wieczorem dał koncert swoich wokalnych możliwości, wprowadzając w stan przerażenia nieopierzonych rodziców. Po kilku tego rodzaju epizodach oswoiliśmy się nieco z marudnym zawodzeniem i przestaliśmy upatrywać w nim nie wiadomo jakich dolegliwości, wymagających natychmiastowego wzywania karetki.

Po porodzie znajome matki mówiły, że z każdym dniem będzie łatwiej i że wszystko nam się wkrótce ułoży. A ja mam wrażenie, że im dalej w las, tym więcej wyzwań. Jak się już uporamy z jednym, to na horyzoncie pojawia się następne. Ale trzeba przyznać, że rozumiemy się coraz lepiej. Już wiem, że jak się Wojciech głodny budzi, to trzeba go pędem przystawiać do cyca, a nie bawić się w zmienianie pieluchy (a wdychaj sobie matka te zapaszki). Rozpoznaję płacz głodomorski, płacz maruderski, alarm pełna pielucha i wreszcie ten najgorszy − płacz kolkowy. Temu ostatniemu ani trochę się nie dziwę, ale robimy co możemy, by dziecku ulżyć, i chyba jest nieznaczna poprawa. Zasadniczo tendencja jest taka, że synu mój ma coraz krótsze drzemki i coraz więcej czasu spędzałby na rączkach u mamy lub taty, no i oczywiście przy cycu. A rodzice posłusznie starają się sprostać wszystkim wymaganiom dziecka. Życie jak w Madrycie.

Wczoraj w przerwie pomiędzy jednym epizodem marudzenia Wojcieszka a drugim zadzwoniła do mnie koleżanka, o której pisałam, że razem chodziłyśmy w ciąży z chłopakami. No i mówi mi, że jej dziecko jest idealne, śpi 22 godziny na dobę, nawet nie wybudza go na karmienie, bo ono je z zamkniętymi oczkami. (M. zapytał, czy chociaż kupę robi, ha, ha). A w ogóle to pojechała sobie ostatnio na trzy godziny do centrum handlowego, podczas gdy ja wyrwałam się może ze trzy razy z chałupy, w tym dwa do osiedlowego spożywczaka a raz do Biedry. Ale moje dziecię zostało wyposażone w jakiś radar, dzięki któremu wyczuwa, że matka szykuje się do wyjścia i wtedy albo jest nagle znowu bardzo głodne, albo wcale nie zamierza spać. Także numer koleżanki wpisuję tymczasem na czarną listę i przez najbliższe tygodnie nie odbieram (żarcik).

Ale wiecie co? Ja tam wolę naszego Wojciecha szoguna. Nie zamieniłabym go za nic na najbardziej spokojne i idealne dziecko. Zresztą on jest idealny. I nawet zdarzają mu się od czasu do czasu dni, które w większości przesypia. Najczęściej, gdy przyjeżdża babcia (cóż, wie wnusio, jak się zaprezentować od jak najlepszej strony). No i wtedy oczywiście matka się martwi i zastanawia, czy nic dziecku nie dolega i zagląda do niego co trochę stęskniona, by sobie popatrzeć i podelektować się widokiem swojego synka. Wymarzonego!

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Nasza mleczna droga. Epizod pierwszy

davDawno temu, kiedy posiadanie dziecka było dla mnie bardzo odległym projektem na przyszłość, wyobrażałam sobie, że nie ma nic bardziej naturalnego niż karmienie piersią. Rodzisz dziecko, przystawiasz je do piersi, a ono zaczyna jeść lejące się strumieniami mleko. W obecnej ciąży wiedziałam już, że karmienie piersią to jedno z pierwszych wyzwań, z którymi muszą się zmierzyć świeżo upieczona mama i noworodek. Chyba że nie zamierza się karmić piersią, z różnych przyczyn, czy to zdrowotnych, czy też po prostu z wyboru. Wtedy z kolei trzeba się zmierzyć z otoczeniem, które przecież wie najlepiej, co dobre dla ciebie i twojego dziecka. Tej drugiej sytuacji na szczęście nie doświadczyłam, bo od początku chciałam karmić Wojtusia naturalnie. Nie nastawiałam się na to, że pójdzie jak z płatka, ale też nie tworzyłam w głowie czarnych scenariuszy. Wyszłam z założenia, że zrobię, co w mojej mocy, by karmić syna, a jeśli się nie uda, to nie będę uprawiać samobiczowania, gdy przyjdzie dać mu butlę wypełnioną mlekiem modyfikowanym.

Szpitalne początki

Zaraz po tym, gdy wylądowałam na sali pooperacyjnej, Wojtuś został mi przystawiony do piersi. Kiedy ujrzałam na brodawce krople pokarmu, byłam przeszczęśliwa, bo tyle się naczytałam o tym, że po CC jest z tym różnie. Wojtuś coś tam zaciumkał ze trzy razy i zaraz zasypiał. I tak przespał kolejne godziny, odreagowując trudy przyjścia na świat. A ja byłam pełna optymizmu, że może z tym karmieniem będzie nawet prościej niż przewidywałam.

Personel przygotowywał nas na to, że po tej pierwszej dobie dziecko będzie dużo aktywniejsze i żebyśmy wypoczęli, póki możemy. Ale w drugiej dobie Wojtuś był jeszcze bardziej ospały niż w pierwszej. Nie było mowy o przystawieniu go do piersi, bo non stop spał i nie dało się go wybudzić. Zaalarmowałam wtedy dyżurną położną. Podjęłyśmy decyzję o dokarmieniu synka mieszanką. Najpierw miałam jednak ściągnąć swój pokarm. Mój ręczny laktator zupełnie się wówczas nie sprawdził. Na szczęście w klinice był dostępny mercedes wśród laktatorów, mianowicie Medela Symphony. Udało mi się ściągnąć za jego pomocą zaledwie kilka mililitrów mleka, które synek dostał ze strzykawki. Wtedy jeszcze się nie martwiłam. Byłam pewna, że lada moment laktacja się rozhula, a ożywiony po butli synek bez problemu będzie ssał pierś.

Pokarm próbowałam ściągać przez kolejną dobę. Co trzy godziny piętnaście minut na jedną pierś i piętnaście na drugą. Na początku widziałam jeszcze jakieś krople na ściankach końcówki, ale z czasem końcówka laktatora była zupełnie sucha. Wtedy się podłamałam. Dodatkowo przed każdym ściąganiem przystawiałam synka, by w ten sposób stymulować produkcję pokarmu. Niestety, kończyło się to tylko płaczem dziecka i nerwami. Czy noc, czy dzień, wytrwale wydzwaniałam po położne, by pomogły mi w prawidłowym ułożeniu dziecka. I tak gimnastykowałam się z tym rozciętym brzuchem, a to do pozycji spod pachy, a to do klasycznej, a to do leżącej. Byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie. Nie pomogło też to, co usłyszałam w nocy od jednej z położnych, że tak naprawdę to chcę karmić dziecko, ale jednak się przed tym bronię… Nie pomagały również telefony od rodziny z pytaniami, czy karmię. I niechcący zasłyszany komentarz teściowej, że jak to nie mam pokarmu, przecież muszę mieć. Nic dziwnego, że podczas porannego obchodu po prostu się rozbeczałam. Ale może dzięki temu wezwano do mnie doradcę laktacyjnego.

Konsultacja z doradcą laktacyjnym w szpitalu

Zawsze działała na mnie raczej pozytywna motywacja, wiec gdy doradca laktacyjna pochwaliła Wojtka, że ma wspaniały odruch ssania, że się nauczy, że w końcu zaskoczy i będziemy się karmić, to od razu zaczęłam widzieć wszystko w jaśniejszych barwach. Wyznaczyła mi cel: postarać się ściągnąć mleko, by dziecko dostawało z butelki mój pokarm zamiast mieszanki. Dotychczas myślałam, że wystarczy przystawić laktator, a mleko samo poleci, ale okazało się, że jednak psychika odgrywa tu bardzo istotną rolę. Doradca zaproponowała, bym ściągała pokarm, wpatrując się w to, jak mąż karmi synka butelką. Skorygowała też moją pozycję na bardziej pochyloną w dół i zasugerowała, by zamiast metody po 15 minut na pierś, zastosować naprzemiennie 7 minut, 5 minut, 3 minuty. I to zaowocowało, bo poleciały wreszcie pierwsze krople. Zdeterminowana ściągałam pokarm co trzy godziny przez kolejną dobę. Najpierw dostawiałam synka, potem karmiłam go butlą, usypiałam i sama siadałam do ściągania pokarmu. Bardzo pomagało mi wtedy słuchanie ulubionej muzyki (choć odtwarzacz zabrałam do szpitala bez przekonania, że go użyję) i wpatrywanie się w moje śpiące dziecko. I tak stopniowo pokarmu przybywało, a każde z trudem wypracowane kilka mililitrów podawałam synkowi strzykawką. Niestety, wciąż było go o wiele za mało, by zrezygnować z mieszanki, ale czułam, że jesteśmy na dobrej drodze. W takim momencie zostaliśmy wypisani do domu.

Karmienie w domu

Los się do nas uśmiechnął, bo w dniu naszego wyjścia ktoś oddał do wypożyczalni Medelę i wieczorem można było ją odebrać. Pomyślałam, że to dobry omen. Cieszyłam się, że będę korzystać z przetestowanego w szpitalu laktatora. I tak rozpoczęłam mój laktacyjny maraton. Co trzy godziny pobudka, najpierw próby przystawienia synka do piersi, za każdym razem kończące się z jego strony płaczem i frustracją i z mojej stresem i wyrzutami sumienia. Potem mąż karmił go butlą, a ja ściągałam pokarm. Po pierwszym dniu mojego mleka było już na tyle dużo, że mogliśmy zrezygnować z podawania mieszanki. Pozostał jednak problem z prawidłowym zassaniem piersi przez synka. I tak męczyliśmy się przez dwa kolejne dni. Po drodze zaliczyłam jeszcze nawał pokarmu: piersi jak kamienie, które myślałam, że eksplodują. Do tego moja mama na pokładzie. Bardzo mnie wspierała, ale też trochę doprowadzała do szału dietetycznym reżimem, który mi zaprowadziła, i nazywaniem laktatora  „laktacydem” (tak, tak, jak ten płyn do higieny intymnej).

W ten sposób walczyliśmy przez kolejne dni, aż niespodziewanie coś zaskoczyło i Wojtuś prawidłowo chwycił brodawkę, a potem usłyszałam cudowny dźwięk połykania płynącego z mojej piersi mleka. Pomyślałam sobie, że teraz to już będzie z górki, bo jak się raz udało, to uda się i kolejny. Ale po progresie następował regres. Każde dostawienie do piersi to był i dla mnie, i dla Wojtka stres i męczarnia. Próbowanie po kilkanaście razy. Na podorędziu zawsze mieliśmy uszykowaną przegotowaną wodę, żeby przygotować mieszankę, gdyby się nie udało. Czasem mąż przychodził z gotową butlą i właśnie wtedy, na ostatnią chwilę Wojtusiowi udawało się zassać pierś. Każde karmienie dodawało mi siły, ale jednocześnie nie raz myślałam sobie, że jeżeli to tak ma wyglądać, to za długo nie dam rady i w ogóle trochę to wszystko przereklamowane. Po kilku dniach wreszcie umówiłam się z poleconym doradcą laktacyjnym.

Konsultacja z doradcą laktacyjnym w domu

Spokojna i sympatyczna położna dotarła do nas akurat w porze karmienia. Poprosiła, bym przystawiła nieco zniecierpliwionego już synka do piersi i od razu zmodyfikowała to, jak tę pierś trzymałam. Synek chwycił brodawkę i zassał ją bez problemu. Nie mogłam uwierzyć, że to nie przypadek, więc po chwili  go odstawiłam, ale ponownie udało mu się zassać za pierwszym razem. Okazało się, że to ja źle podawałam mu pierś. Tak jakby ktoś kazał nam jeść kanapkę w poprzek. No raczej trudno się w nią wtedy wgryźć. Ryczeć mi się zachciało, gdy sobie uświadomiłam, ile to moje dziecko się namęczyło. Wojownik, jak nic. W szpitalu przystawiałam synka w ten sam sposób, więc trochę się dziwię, że żadna z położnych ani tamtejszy dorada nie zwróciły mi na to uwagi. Konsultacja w domu trwała ponad godzinę. Przećwiczyłam karmienie w różnych pozycjach, dopytałam o nurtujące mnie kwestie, na niektóre sprawy spojrzałam inaczej. Po tej wizycie odetchnęłam z ulgą, ale co najważniejsze − nabrałam pewności siebie.

Od tamtej pory nie mamy problemu z karmieniem, które stało się dla mnie przyjemnością, a nie udręką. Z powodu naszych nieefektywnych początków synek przez chwilę mało przybierał na wadze, ale w ostatnim tygodniu pięknie nadrobił, więc wszystko wygląda bardzo obiecująco. Wiem jednak, że to dopiero początki naszej mlecznej drogi, a przed nami jeszcze różne wyzwania (karmienie poza domem, dieta), choć liczę na to, że tak ciężko jak na początku już nie będzie i dociągniemy na cycu przynajmniej do pół roku.

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Pierwsze dni we troje

cof

Wymarzyłam sobie, jak będzie wyglądał nasz powrót do domu ze szpitala. Świeże kwiaty w wazonie, mieszkanie pachnące i wysprzątane, w garnku pyrkocząca zupa. No ale moja idealistyczna wizja rozbiegła się nieco z rzeczywistością. Wszystko odbyło się na wariackich papierach. Do ostatniej chwili nie wierzyliśmy, że wypuszczą nas ze szpitala już po trzech dobach. M. w dniu naszego wyjścia miał w firmie premierę projektu, nad którym pracowali od miesięcy, więc siedział w naszej sali (mieliśmy jedynkę) z laptopem i słuchawkami na uszach i próbował wszystko domknąć. Ja w tym czasie pakowałam majdan, który zgromadziliśmy przez te raptem trzy doby, a do pokoju co chwilę zaglądały panie sprzątające, które mogłyby już skończyć zmianę i pójść do domu, gdyby nie my. Kombinezon na wyjście, który uszykowałam dla Wojtka, okazał się za wielki, więc w pośpiechu kombinowaliśmy inne ciuszki. Na szczęście tego dnia pogoda była iście wiosenna i słoneczna, za co w nagrzanym samochodzie, stojąc w korkach nie byliśmy już tak wdzięczni. Odetchnęliśmy z ulgą po wejściu do mieszkania, ale tylko na chwilę, bo Wojtek głodny, a my bez sztucznego mleka, które wtedy musiałam mu podawać, ponieważ dopiero rozkręcałam laktację. Mąż popędził więc po mleko, a ja zostałam jak sparaliżowana z rozwrzeszczanym maluchem w totalnym bajzlu. Przed nami była jeszcze noc. Wojtuś nie dał się nawet na chwilę odłożyć, nosiliśmy go więc na zmianę, choć głównie M., bo mnie potwornie bolał brzuch. W dodatku byłam na etapie pobudzania laktacji, więc co trzy godziny ściągałam pokarm, którego spływały znikome ilości, co przy wyczerpaniu fizycznym i bólu doprowadzało mnie do łez. Rano ze snu wybudziła nas położna. Zaraz po niej przybyła na szczęście z odsieczą moja mama, wprawdzie z obojczykiem w gipsie, ale mimo to pomogła nam jakoś ogarnąć ten chaos. Chwała babciom!

A teraz nasze życie kręci się wokół karmienia, przewijania, przebierania, prania, obcinania mikroskopijnych pazurków, zakraplania oczek, werandowania i sporadycznych jak dotąd kąpieli. Jesteśmy jeszcze tacy nieporadni w tym wszystkim. Wojtek a to się obsika z powodu źle założonej pieluchy, a to obsika nas podczas przewijania albo jeszcze lepiej zrobi w trakcie kupę, wysika się do wanienki w czasie kąpieli albo uleje mu się sowicie tuż po przebraniu w nowe ciuszki. Jak widać sprawy okołopieluchowe to teraz nasza główna bolączka, ale wprawiamy się. Najgorsze są napady płaczu spowodowane kolką lub nie wiadomo czym. Zdarzyły nam się dwa takie wieczory i na razie (tfu, tfu) się nie powtórzyły. Serce rozpada się na kawałki, gdy dziecko cierpi, a nie wiadomo, jak mu pomóc.

Ja, maniaczka planowania i organizacji, uczę się trudnej sztuki odpuszczania i dostosowywania do sytuacji. Nie zawsze to, co sobie umyślę do zrobienia na dany dzień, mam szansę zrealizować. Kiedyś  takie niewykreślone sprawy z listy to do wprawiały mnie w duże niezadowolenie z samej siebie. Teraz staram się nie zaprzątać nimi głowy. Czasem zamiast odkurzania, upieczenia ciastek czy nałożenia odżywki na paznokcie wybieram drzemkę razem z dzieckiem czy ewentualnie wpatrywanie się w śpiącego synka. Sprawy mniej istotne muszą poczekać na swoją kolej. Wiem, że za jakiś czas uda nam się wypracować plan dnia (przynajmniej mam taką nadzieję), ale na razie trzeba dać się ponieść bezwiednie tej fali spontanicznej codzienności dyktowanej potrzebami noworodka. Najważniejsze to być blisko. Tulić, wąchać, całować i wyciskać te chwile do ostatnich kropli.

Zapisz

Zapisz

Mama synów

Formalności. W szpitalu, podczas obchodu lekarskiego, w domu w trakcie wizyt położnej, pielęgniarki, pediatry. „Ciąża pierwsza?” − pada pytanie. „Druga” − odpowiadam. „Poród pierwszy?” „Drugi” Tłumaczę. Łamiącym się głosem w dwóch zdaniach. Najkrócej jak się da. Chyba nigdy nie będę potrafiła powiedzieć o tym bez uronienia łzy. Na twarzy maluje się lekka konsternacja. Ktoś kiwa smutno głową, ktoś inny mówi: „Tak się zdarza” albo nie mówi nic. Bo co tu można powiedzieć.

Ale jest też pytanie, które zawsze wywołuje we mnie rozdźwięk. „To pierwsze?” Czy to moje pierwsze dziecko. Słyszałam je w ciąży, a to u fryzjerki, a to od taksówkarza. I w szpitalu, kiedy już miałam Wojtka w ramionach. W ułamku sekundy muszę podjąć decyzję, co powiedzieć. W środku wszystko jest dla mnie jasne. Jestem matką dwóch chłopców. Bo przecież matką nie zostaje się dopiero wtedy, gdy dziecko się urodzi. Jest się nią przez te wszystkie miesiące, gdy nosi się je pod sercem. Gdy ogranicza się picie kawy, rezygnuje z alkoholu i papierosów. Gdy głaszcze się brzuch, a czasem stuka w niego opuszką palca po to tylko, by poczuć pod dłonią ten ruch. Gdy chodzi się na spacery i czyta bajki, łyka witaminy i popija wściekle kwaśny sok żurawinowy. Gdy pozbywa się niemalże połowy dobytku, by przygotować dom na przyjęcie nowego członka rodziny.

Ale przecież nie mogę każdej przypadkowo napotkanej osobie opowiadać o tym, że straciłam dziecko, wciągać jej w to intymno-traumatyczne przeżycie. Dlatego na pytanie: „To pierwsze?” odpowiadam − tak, to pierwsze, choć w sercu zawsze będę matką dwóch synków.

Lutowy chłopiec

Patrzę na niego i nie mogę uwierzyć w to, że już jest z nami. Taki wyśniony i wymarzony. Nasz synek Wojtuś. Jak mówi M. Wojtek Wojujący. Miał opuścić brzuszkowy domek 2 marca, ale w nocy z czwartku na piątek przez prawie godzinę nie czułam ruchów. Pojechaliśmy do szpitala pełni najgorszych przeczuć. Na szczęście szybko się okazało, że serduszko bije. Zapis KTG też wyszedł poprawny, ale lekarze zdecydowali, by zostawić nas na obserwacji. W piątek ordynator oddziału zaczął nalegać na wcześniejsze rozwiązanie ciąży, by dłużej nie ryzykować, choć zapisy KTG wychodziły dobrze. Od rana czułam skurcze w podbrzuszu, szyjka zaczęła się skracać, odszedł czop, więc uznałam, że trzeba zdać się na lekarzy. Mieliśmy 3 godziny, by się  przygotować psychicznie do CC. Towarzyszył mi ogromny stres, nad którym ciężko było mi zapanować, ale i podekscytowanie, że jeszcze tego samego dnia ujrzę naszego synka. Zabieg przyjechał wykonać mój lekarz prowadzący. W trakcie cięcia okazało się, że Wojtuś miał jeden węzeł wokół szyi, a nie dwa, ale przy tym było coś dużo niebezpieczniejszego − węzeł prawdziwy na pępowinie. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Decyzja o przyspieszonym porodzie była słuszna.

Wojtuś urodził się w skończonym 37 tygodniu ciąży z wagą 2900. Dostał 10 punktów w skali Apgar. Od początku bardzo dobrze sobie radził, więc ominął go pobyt w inkubatorze. Jest naszym małym, dzielnym wojownikiem. Ma cudną czarną czuprynę i na razie bliżej nieokreślonego koloru oczy. Oszaleliśmy z mężem na jego punkcie. Po dwóch dniach od porodu przyszły też pierwsze oczyszczające łzy. Cały potok. Końcówka ciąży była dla mnie ogromnym obciążeniem psychicznym, choć ze wszystkich sił starałam się zachować pogodę ducha. Tak bardzo się cieszę, że mam synka już przy sobie. Czuję, jakby ktoś zdjął z moich barków wór kamieni, a ja wreszcie mogę się wyprostować i odetchnąć pełną piersią.

Po trzech dobach opuściliśmy szpital, dziś mija więc drugi dzień spędzony w domu. Pierwsza noc była potwornie ciężka, ale teraz jest już lepiej. Walczę o to, by karmić piersią, więc obecnie moje życie kręci się wokół laktatora i dostawiania Wojtasa. Spodziewałam się, że może być trudno, ale mimo wszystko nie przewidziałam, że wymaga to aż tak dużego samozaparcia i jednocześnie cierpliwości. Wierzę, że się uda i wtedy złapiemy oddech i jakoś lepiej zorganizujemy się w tej chaotycznej jak dotąd codzienności. A tymczasem przed nami wiosna, słońce, spacery po parku i kolejne macierzyńskie wyzwania.

Bardzo Wam dziękuję za kciuki, modlitwę, ciepłe myśli i wsparcie. I za gratulacje oraz życzenia, które pojawiły się pod poprzednim wpisem. To wszystko wiele to dla mnie znaczy. Nawet nie spodziewałam się, że tak bardzo emocjonalnie zwiążę się z tym miejscem. Trzymam mocno kciuki za kolejne szczęśliwe rozwiązania i zdrowo chowające się dzieciaki. I za wysyp dwóch kresek na ciążowych testach. W końcu idzie wiosna. Oby ta tegoroczna okazała się pod tym względem równie szczodra jak poprzednia dla nas.

Dylematy

Mijający tydzień nie zaczął się szczęśliwie. W poniedziałek moja mama wywróciła się w swoim własnym mieszkaniu i złamała obojczyk. Bardzo mnie to przygnębiło, bo w ostatnim czasie za dużo problemów na nią spada. Tego samego dnia mieliśmy USG. Lekarz badał mnie ponad godzinę. Leżenie na plecach nie jest najwygodniejszą pozycją w zaawansowanej ciąży, ale zacisnęłam zęby i jakoś wytrzymałam, za to przez kolejne dwa dni nie byłam w stanie się wyprostować z powodu bólu w plecach. Niestety, okazało się, że synek jest dwa razy okręcony pępowiną wokół szyi. Lekarz uspokajał, że to typowe i wiele dzieci się okręca, ale jednocześnie trochę nas zestresował, mówiąc, że przy tak obciążonym wywiadzie ginekologicznym jak nasz warto by rozważyć rozwiązanie ciąży w 38 tygodniu. Nasz lekarz prowadzący ostatnio był nieugięty i upierał się przy tym, by był to skończony 39 tydzień. Tego samego dnia zadzwoniłam do niego, by zapytać, co robimy w tej sytuacji. Słysząc mój płaczliwy głos, zaproponował, bym przyjechała w czwartek do szpitala na KTG i że wówczas porozmawiamy o ewentualnej zmianie terminu. Do czwartku udało nam się trochę ochłonąć. Teściowa kolejny raz opowiedziała, jak to rodziła mojego M. 24 godziny, bo był calutki owinięty w pępowinę, podobnie jak jego siostra. Chrześniak męża również, przez co poród na skutek braku postępu zakończył się cesarskim cięciem, więc to chyba rodzinne.

W czwartek jak zwykle przeżyliśmy chwilę grozy, bo pielęgniarka nie mogła znaleźć tętna. W końcu się udało, ale potem synek słabo się ruszał. W sumie nie dziwiło mnie to, bo skoro od rana fikał, to wreszcie musiał sobie trochę odpocząć. Mój lekarz stwierdził, że zapis KTG jest dobry, ale dla naszego spokoju po pół godzinie i zjedzeniu czegoś słodkiego zalecił powtórkę. Drugi zapis wyszedł już wzorowy. Nastawiliśmy się na to, że doktor będzie nadal nalegał na termin cięcia w skończonym 39 tygodniu, ale zaproponował (nie bez pewnego ociągania) cięcie tydzień wcześniej, czyli w skończonym 38. Wytłumaczył nam, że dawniej planowe cesarki były standardowo robione dwa tygodnie wcześniej, ale z czasem zaczęto się z tego wycofywać, bo nie wszystkie dzieci okazywały się w pełni gotowe na przyjście na świat, a ten skończony 39 tydzień jest już na pewno bezpieczny. Ale też kiedyś nie było tak rozwiniętej ultrasonografii, dzięki której można by ocenić, czy dziecko jest już donoszone. Mam wrażenie, że ostateczną decyzję lekarz pozostawia nam, a nas z kolei przytłacza ciężar odpowiedzialności. Na pewno nie chcemy czekać do skończonego 39 tygodnia, ale martwię się, że wyciągając synka dwa tygodnie wcześniej, czegoś go pozbawimy. Z drugiej strony sen z powiek spędza mi strata pierwszego dziecka i to, że nie wiemy na sto procent, co się wtedy stało. Błoniasty przyczep pępowinowy to tylko domniemana przyczyna. Wizja tego, że synek mógłby być z nami tydzień wcześniej jest bardzo kusząca. Zastanawiamy się, co wiąże się z większym ryzykiem. Przytrzymanie dziecka nieco dłużej, czy pozbawienie go tych kilku dni na dojrzewanie w łonie matki. Na początku przyszłego tygodnia mamy kolejne KTG i wizytę u mojego lekarza prowadzącego, podczas której musimy już podjąć decyzję i podpisać umowę ze szpitalem.

Martwię się troszkę o tego naszego Wiercipiętka. Najgorsze są noce. Budzę się po trzy, cztery razy i sprawdzam, czy dziecko się rusza. Czasami śpi (ma prawo!), więc muszę trochę odczekać. Spaceruję wtedy po mieszkaniu, coś piję, czytam książkę i czuwam. A potem sama nie mogę zasnąć. Nie ma więc łatwo to moje dziecko. Może lepiej by mu było po drugiej stronie brzucha niż w łonie roztrzęsionej matki. Ale ogólnie moje samopoczucie nie jest takie złe. Wyobrażam sobie nasze życie we troje i cieszę się, że to już tak blisko. Dziś M. odebrał kołyskę. W weekend zarządzam więc wielkie sprzątanie, a potem wreszcie zabierzemy się za urządzanie kącika dla naszego chłopca. Same przyjemności.

Lutowy spleen

dav

Na początku tygodnia dopadła mnie okropna chandra. Atak paniki, strach, płacz, nieprzespane noce, przedrzemane dni, wszechogarniająca niemoc, brak chęci na cokolwiek. Na szczęście już przeszło. Znowu jestem na fali wznoszącej. W czwartek wysprzątałam całe mieszkanie, co zawsze działa na mnie niezwykle kojąco. Żałuję tylko, że w ciąży nie mam na to tyle siły co wcześniej i że zajmuje mi to dwa razy więcej czasu. Ale obudzić się w sobotę w wychuchanych czterech ścianach. Bezcenne.

W piątek odwiedziła mnie moja bliska koleżanka, która też jest w ciąży. Z tej okazji nasmażyłam racuchów z jabłkami i kupiłam pierwsze w tym roku tulipany. Termin ma dwa tygodnie po mnie i też oczekuje synka. Znamy się od dziecka. Moja mama zawsze powtarzała, że oczami wyobraźni to widzi nas obie z brzuchami. I przepowiedziała. Ich ciąża również wyczekana i po różnych przejściach. Co za ulga, że możemy równocześnie cieszyć się tym stanem, a nie spoglądać tęsknie na powiększający się brzuch jedna u drugiej i stronić od wszelkich spotkań. Ale tego rodzaju sytuacja ma również swoje minusy, a właściwie jeden podstawowy − porównywanie. Na początku ciąży trochę się w tym zapędziłyśmy, telefonując do siebie po kolejnych wizytach, badaniach i analizując nasze wyniki i parametry rozwojowe naszych pociech. Na szczęście w odpowiednim czasie udało się nad tym zapanować, dzięki czemu mamy na koncie kilka bardzo udanych ciężarówkowych wyjść w miasto. Obawiam się jednak, że gdy nasze chłopaki pojawią się już na świecie, to tak zupełnie nie obejdzie się bez  porównywania. Obyśmy tylko zachowały w tym umiar i nie uczyniły z naszych dzieci obiektów rywalizacji. To byłoby nie do zniesienia.

Tymczasem odliczamy z M. dni do spotkania z synkiem. Toczymy dyskusje na temat imienia, dużo mówimy do brzucha, smyramy małego po wypinającej się przez brzuch pupce i nieustannie zastanawiamy się, co też on sobie tam myśli. M. obstawia, że codziennie budzi się zaskoczony, że jego domek znowu się skurczył. Fajnie jest. Czasem tylko, przelotnie pojawia się ta myśl, że już raz byliśmy w tym miejscu, tak blisko, na wyciągnięcie ręki. I to szczęście chwycone w garść prysło wtedy jak mydlana bańka. Dlatego choć cieszę się tym stanem i staram się kontemplować te chwile, to bardzo chciałabym już być o krok dalej.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lubię tę zimę

edf

Za pierzyną śniegu, która zaścieliła chodniki i wyliniałe trawniki.

Za wspólne śniadania i powroty do łóżka tuż po nich, by poczytać, by dopić herbatę, by pomarzyć.

Za roześmiane bałwany spotykane podczas przedpołudniowych przechadzek po parku.

Za domowe ciasta zjadane bez wyrzutów sumienia.

Za szczęśliwe dzieci na sankach. Z czerwonymi nosami i policzkami, poruszające się niczym mali kosmonauci w swoich zimowych kombinezonach.

Za męża, który wreszcie z entuzjazmem chodzi ze mną na spacery, przynosi do łóżka wodę z miodem i cytryną i gada do brzucha tak, że cała topnieję.

A najbardziej za to smyranie w okolicy pępka, wiercenie się i rozpychanie. Za tę obecność we dnie i w nocy.

Lubię tę zimę. Taką śnieżną i mroźną, czasem słoneczną, a czasem pochmurną. Pierwszy raz od tylu lat bez nart i z dala od gór. Ale i tak najlepszą. I jednocześnie jak nigdy dotąd czekam na wiosnę.

cofcofsdr

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz