Co się dzieje, gdy tracisz dziecko w 9 miesiącu ciąży

Gdy tracisz dziecko w 9 miesiącu ciąży, najpierw dowiadujesz się, że musisz urodzić je naturalnie, bo cesarskie cięcie to zbyt duże ryzyko. Lekarze powtarzają Ci to tak długo, aż sama się przy tym upierasz i przekonujesz męża i rodzinę, że tak trzeba. Mąż, jeśli jest mężczyzną Twojego życia, zostaje przy Tobie do końca. Po trzech dniach spędzonych wśród kobiet w ciąży i słuchania 24 godzinę na dobę bijących serduszek, dochodzisz do wniosku, że albo wypiszesz się na własne żądanie, albo zwariujesz, choć przecież wiesz, że żadna z nich nie jest tam bez powodu.

Potem wracacie sami do domu. Wciąż nie możesz uwierzyć w to, co się stało. Po drodze robicie olbrzymie zakupy, by nie musieć opuszczać mieszkania przez najbliższe kilkanaście dni. Rodzina martwi się, że nie będziesz mieć apetytu, aż głupio Ci się przyznać, że pożarłabyś konia z kopytami. To też ze strachu, żeby nie musieć wracać do szpitala.

W domu na szczęście już nie ma łóżeczka, wózka ani wanienki. Nie pozwoliłaś tego wszystkiego wyrzucić, mama M. zabrała na przechowanie. Za to w szufladach leżą poskładane i wyprasowane ubranka, w łazience kosmetyki, środki higieniczne, kilka paczek pieluszek. Część rozdajesz dzieciom z rodziny, z części korzystasz przez kolejne tygodnie. Czujesz się dziwnie, używając ekologicznego płynu do kąpieli dla niemowląt, który kupiłaś dla swojego dziecka.

Rodzina już wie, przyjaciele i znajomi jeszcze nie. Jedna osoba przysyła wiadomość z pytaniem: „Czy już jesteś mamusią?”. Zastanawiasz się. Jestem, czy nie jestem… Tak, czujesz się mamą, zaczęłaś się czuć mamą, od kiedy dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży, a potem, z każdym kolejnym ruchem i kopnięciem, to uczucie pęczniało w Tobie. Jesteś mamą, ale bez dziecka.

M. bierze tabletki nasenne, Ty zasypiasz bez problemu i śpisz jak kamień. Chciałabyś przespać to wszystko i obudzić się w innym świecie, w jakimś innym życiu. Ale budzisz się codziennie w tym świecie i naprawdę ciężko znaleźć ci powód, by wstać z łóżka. Próbujecie czymś się zająć. Wpadacie na pomysł, by obejrzeć cały Dekalog Kieślowskiego. Pierwsza część jakby była nakręcona specjalnie dla was.

Jest zima, a Ty nie mieścisz się w prawie żaden płaszcz, tylko ten jasnobłękitny, ale nienawidzisz tego, że musisz w nim wtedy chodzić. Najchętniej ubrałabyś sie od góry do dołu w smolistą czerń. I ten pociążowy, obwisły brzuch, jakby doczepiony, po jakiejś innej osobie. Gdy tylko dostajesz zielone światło od lekarza, zaczynasz ćwiczyć. Ćwiczysz tak gorliwie, że nabawiasz się zapalenia stawów.

Najbardziej boisz się spotkań z sąsiadami. Wstydzisz się, jakbyś poniosła życiową klęskę. Wychodzisz więc w porach, kiedy są w pracy. W końcu jednak natykasz się na sąsiadki, które gratulowały Ci ciąży i trzymały kciuki za pomyślne rozwiązanie. O nic nie pytają. Zastanawiasz się, jakie scenariusze rodzą się w ich głowach.

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Płaczesz na co drugiej reklamie. W tym roku są wyjątkowo wzruszające. Zostajecie sami w domu. M. zamawia kilka potraw w pobliskiej jadłodajni. W Wigilię dostajesz okres i pierwszy raz od bardzo długiego czasu cieszysz się z tego powodu.

A potem przychodzi Nowy Rok. Serce Ci pęka z tęsknoty za synkiem, ale postanawiasz pozbierać się do kupy. Dla męża, dla mamy, dla babci… Dla siebie. Chodzisz do psychoterapeuty. Pomaga Ci nie bać się sąsiadów. Czujesz, że rana z każdym dniem coraz bardziej się zabliźnia. Dostrzegasz złe rzeczy, które przytrafiają się innym ludziom. Inni też tracą dzieci, nawet ci znani. Zawsze jednak się myśli, że nieszczęścia przytrafiają się całej reszcie, a nie Tobie, a jednak…

Wszystkie znaki na ziemi i niebie

Siedziałyśmy z Be w pijalni czekolady. Bo to był Dzień Czekolady, a taki dzień trzeba przecież uczcić. Stolik idealny do snucia z życia wziętych pogawędek. Opowiadam Be o wizycie, o moim nowym lekarzu, o planach. A plany są takie, że w przyszłym miesiącu próbujemy stymulacji Clo.  Be dopytuje o szczegóły, a ja tłumaczę, że przy stymulacji wzrasta ryzyko ciąży mnogiej. Ryzyko, a może szansa? Dwoje naraz jawi nam się jak wygrana na loterii, tylko dr G. studzi nasz zapał, przestrzegając, że ciąża mnoga to nie przelewki. I wtedy ktoś przysyła mi wiadomość . Zdjęcie, numer nieznany. Na początku skupiam się na uśmiechniętej kobiecie, analizuję jej rysy twarzy, próbując rozpoznać w niej kogoś znajomego. Po chwili dostrzegam też wózek, spacerówkę bliźniaczą, a w niej − dwoje dzieci, bliźniaki! Patrzymy z Be na to zdjęcie i trochę nie dowierzamy. Kto czyta w moich myślach?

A na dokładkę M. wszędzie widzi bociany, tak jak w zeszłym roku…

Przesilenie

To miała być zupełnie inna wiosna. Z pachnącym dzieckiem śpiącym obok nas w łóżku, wożonym w wózku przez miejskie parki i podmiejskie lasy, przytulanym, całowanym i kochanym najbardziej na świecie. Było tak blisko. Przez 9 miesięcy żyliśmy sobie we troje, szczęśliwi i przekonani, że to, co najgorsze, mamy już za sobą. Po trzech latach starań i walki z niepłodnością doczekaliśmy się naszego cudu. Unosiłam się nad ziemią ze szczęścia i żadne szalejące ciążowe hormony nie były w stanie nawet na chwilę zepsuć mi nastroju. Cieszyłam się każdym dniem spędzonym z naszym chłopcem. A potem nastał zimny i paskudny listopad, nadszedł dzień terminu porodu, już za chwilę mieliśmy się spotkać, wieczorem patrzyliśmy jeszcze na to, jak synek się wierci, śmialiśmy z wymierzanych mi kopniaków. Obudziłam się w nocy, nie mogłam spać, zaczęłam czytać książkę. Zorientowałam się, że nie czuję ruchów… W szpitalu nie znaleźli tętna.

Był zdrowy i piękny. Przyczyna: przyczep błoniasty pępowiny. Zostałam mamą bez dziecka. Z nabrzmiałymi piersiami, pustym, obwisłym brzuchem i głuchą otchłanią w sercu.

Moja mama mówi, że tak było mu pisane, że to przeznaczenie, skoro stało się to dokładnie w terminie porodu, że nasz synek chyba nie chciał się urodzić, ale został z nami do końca… Ksiądz mówi, że „pan bóg” też chce mieć u siebie takie aniołki i że będzie się za nas modlił. Lekarze mówią, że ten przyczep to nie do wykrycia (a w szkole rodzenia twierdzili, że teraz w USG to nawet długość rzęs można sprawdzić), że masa dzieci się z tym rodzi, że położnictwo to loteria, że oni to nie kupowali ubranek ani łóżeczka, dopóki dziecko się nie urodziło, że musimy się starać o kolejne. Ciotki męża (przedział wieku 80+) mówią, że po dziecku nie można za długo płakać, bo dopóki będziemy płakać, to ono nie zazna spokoju i nie będzie tam w niebie szczęśliwe.

Chciałabym w to wierzyć, że to nie tylko biologia, przypadek, że nie jesteśmy ofiarami statystyki. Chciałabym wierzyć, że gdzieś tam jest moje roześmiane dziecko, a z nim nasz pies. I że jest im razem dobrze.

Śniegi stopniały. Po długiej i lodowatej zimie budzę się do życia. Jestem gotowa.

Leon Wyczółkowksi_Wiosna

Leon Wyczółkowski, Wiosna