Ciąża biochemiczna, wspominki i gdybania

SONY DSC

Kilka dni temu udałam się na wizytę do doktora G. Przywitał mnie ciepło, wyraził współczucie, że się nie udało. O wszystkim już wiedział od swojego kolegi vel przyjaciela, który miał prowadzić moją niedoszłą ciążę. Przed wizytą powiedziałam do męża, że jeśli doktor G. mnie zdołuje, to zmieniam lekarza. Ale tym razem w gabinecie powiało optymizmem. Przyznał, że raczej nie dawał nam dużych szans przy jednym pęcherzyku, a jednak coś się zadziało i to coś w naszym przypadku ponoć dobrze wróży. Zapytałam, czy powinniśmy wykonać teraz jakieś badania, ale stwierdził, że nie ma takiej potrzeby. Byłam już w ciąży, która przebiegała bez komplikacji, mieliśmy zdrowego, donoszonego synka i jego zdaniem tego należy się trzymać. W gabinecie nie dowiedziałam się niczego nowego na temat przyczyn ciąży biochemicznej: wady zarodka, natura dąży do samoistnego zakończenia nieprawidłowo rozwijającej się ciąży itp. Na forum embriologicznym jednej z klinik leczenia niepłodności znalazłam pocieszające informacje, dotyczące wprawdzie osób podchodzących do in vitro, ale myślę, że  można to odnieść także do par starających się zajść naturalnie. Po pierwsze wyczytałam tam, że poronienia biochemiczne rzadziej mają związek z nieprawidłowościami genetycznymi zarodka, a częściej związane są z jego nieprawidłową implantacją (zagnieżdżeniem), po drugie wedle doniesień naukowców kobiety, które doświadczyły ciąży biochemicznej po zabiegu in vitro mają statystycznie większą szansę na prawidłową ciążę w następnych próbach. [Chciałam podać link, ale obecnie strona jest niedostępna].

Doktor G. stwierdził też, że na brak zagnieżdżenia mogła wpłynąć choroba, która przyplątała mi się po powrocie z gór. Osłabiony organizm być może zaczął bronić się przed ciążą, na którą nie czuł się gotowy. Z drugiej strony myślę sobie, że tyle kobiet zachodzi w ciążę w znacznie bardziej ekstremalnych warunkach…

Zgodziłam się z doktorem G., że rozwiązaniem dla mnie jest Clostilbegyt. Brałam go dotychczas cztery razy w życiu. Pierwszy raz po pół roku starań. Zaleciła mi go wtedy nowa lekarka. Stwierdziła, że choć mam naturalnie owulację, co potwierdziła podczas monitoringu, to trzeba trochę zdopingować do pracy jajniki. Zaleciła mi przyjmowanie dwóch tabletek dziennie. Po przeczytaniu licznych opinii w internecie wydało mi się to dość dużą dawką jak na początek. I trochę mnie to przeraziło, a gdy doczytałam jeszcze informacje zawarte w ulotce na temat ryzyka ciąży bliźniaczej, pozamacicznej itd., to dostałam wszystkich możliwych objawów: wysokiej gorączki, wymiotów, biegunki, zawrotów głowy. Jak na złość moja ginekolog była wtedy nieuchwytna. Po dwóch dniach na własną odpowiedzialność przerwałam przyjmowanie leku. Podczas monitoringu lekarka stwierdziła, że to cykl bezowulacyjny. Wtedy jeszcze nie wierzyłam do końca w to, że naszym problemem jest niepłodność.

Za drugim razem przyjmowanie Clostilbegytu zalecił mi przed podejściem do inseminacji Szef Wszystkich Szefów (właściciel jednej z klinik leczenia niepłodności w moim mieście). Opowiedziałam mu, jak fatalnie zniosłam wcześniej przyjmowanie tego leku i ustaliliśmy kompromis, że tym razem zażyję jedną tabletkę na dobę zamiast dwóch. Po takiej dawce pęcherzyk był tylko jeden. Inseminacja się nie udała. Dziś uważam, że była wykonana za późno, ale na niepowodzenie mogły wpłynąć też inne czynniki. Więcej nie podeszliśmy do inseminacji, a o tym jednym podejściu być może tu jeszcze kiedyś napiszę.

Po ponad dwóch latach i pół roku starań zażyłam Clostilbegyt po raz trzeci u kolejnego ginekologa. Dostałam dawkę dwie tabletki dziennie, potem zastrzyk na pęknięcie i do dzieła. Pamiętam, że podczas monitoringu dopytywałam lekarza, czy jest więcej pęcherzyków niż jeden. Powiedział, że więcej, ale czy dojrzałe, to już nie dopytałam. Wtedy byłam na tyle zdeterminowana, że nie przerażała mnie ewentualna ciąża mnoga. Jednocześnie mieliśmy ustalony plan leczenia na kolejne miesiące, co dawało mi pewien komfort psychiczny. No i udało się! Prawie…

Po raz czwarty Clostilbegyt zażywałam w maju w tej samej dawce co za trzecim razem, czyli dwie tabletki dziennie od 2 do 6 dnia cyklu, a potem zastrzyk na pęknięcie pęcherzyka. Skończyło się to ciążą biochemiczną, z której na pamiątkę został mi test z bladziutką drugą kreską.

W tym cyklu nie musimy robić przerwy w staraniach. Doktor G. przywołał podczas wizyty pozytywne przykłady ze swojej praktyki lekarskiej, kiedy to trzy jego pacjentki po takiej ciąży biochemicznej zaszły naturalnie od razu w kolejnym miesiącu starań. I tym sposobem rozbudził we mnie trochę nadziei, ale mimo wszystko moje oczekiwania wobec tego cyklu nie przybierają jakichś niebotycznych rozmiarów. Trzy to niezbyt imponująca liczba jak na lekarza pracującego w klinice leczenia niepłodności. W razie czego mam już wykupiony Clostilbegyt na następny cykl.

W mojej głowie zrodziła się jeszcze ostatnio taka pokrętna myśl, że ta ciąża biochemiczna była mi potrzebna. Że to takie przejście, kreska oddzielająca tę pierwszą ciążę od tej kolejnej, która wierzę, że będzie. Ze szczęśliwym finałem.

Zapisz

Zapisz

Różnie jest

Dziewczyna i morze

Życie sterowane przypływami i odpływami. Przypływ mocy, chęci, pewności, nadziei. Odpływ. Przypływ, odpływ. Raz na jakiś czas przychodzi taki dzień (albo dwa), kiedy wyzwaniem staje się zrobienie prania, listy zakupów, wyjście z domu. Kiedy nie pomagają żadne genialne sposoby na poprawienie sobie nastroju, jak posprzątanie mieszkania, telefon do przyjaciółki czy zjedzenie czekolady. Wystarczy, że ktoś tknie opuszkiem palca w czuły punkt, żeby rozsypać się na kawałki, jak jakieś nieudane kruche ciastko rozpadające się w dłoni. Już wiem, że to trzeba przeczekać, przetrzymać, przespać. Po odpływie zawsze przychodzi przypływ. Budzę się następnego dnia jakby nigdy nic. Za oknem kolejny dzień kalifornijskiej aury. I znowu jestem zwarta i gotowa na wyzwania.  I wydaje mi się, że mogłabym góry przenosić. I że wszystko, co najlepsze jeszcze przede mną. Życie jak kapryśne, nieprzewidywalne morze, a ja chciałabym się zanurzyć na trochę w spokojnej, niezmąconej wodzie.

Kulinarny melanż i przepis na migdałowe herbatniki

Trzeci tydzień czerwca obfitował przede wszystkim w nowe doznania kulinarne. W naszym mieście odbywała się kolejna edycja Festiwalu Dobrego Smaku. Najpewniej przegapiłabym to wydarzenie, gdyby nie E., która namówiła mnie w piątek na wspólny obiad na mieście. Spędziłyśmy więc bardzo miłe popołudnie, szwendając się od lokalu do lokalu i kosztując różnych festiwalowych dań. Spróbowałyśmy między innymi pipka gęsiego,  jeśli wierzyć kucharzowi, bo nie udało nam się go rozpoznać wśród towarzyszących mu owoców i korzennych warzyw oraz kawałków przepysznej kurzej wątróbki. Z deserów najbardziej zasmakował nam ten serwowany w malutkiej pracowni cukierniczej, o której istnieniu nie miałyśmy dotąd pojęcia. Były to cztery aksamitne i rozpływające się w ustach musy czekoladowe, których koniecznie muszę jeszcze spróbować. W sobotę skusiłam się natomiast na ozory wieprzowe, ponieważ nigdy wcześniej ich nie jadłam, a nie odważyłabym się przygotować ich w domu. Nie przypadły mi jednak do gustu, za to M. opędzlował talerz z wielkim apetytem. Na koniec postanowiliśmy nie ryzykować i na zwieńczenie trwającej trzy dni kulinarnej rozpusty zafundowaliśmy sobie pierś kaczki w asyście konfitury figowej.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie przyrządziła w weekend czegoś w domu. Mama przywiozła mi z gór słoiczek ręcznie robionej konfitury z płatków róży. Głowiłam się, do czego ją wykorzystać, aż w końcu na myśl przyszły mi kruche ciastka. Zdecydowałam się upiec migdałowe herbatniki według przepisu Sigrid Verbert z książki „Smakowite prezenty. Słodkie i słone przysmaki na cały rok”.

Herbatniki

Książkę tę kupiłam przed którymiś świętami Bożego Narodzenia, kiedy to miałam ambitne plany przygotowania samodzielnie prezentów dla bliskich. Nie przypominam sobie jednak, bym cokolwiek z niej przyrządziła, aż do ostatniego weekendu. Pierwszą partię herbatników porządnie przypiekłam, bo przez pomyłkę  ustawiłam o kilkadziesiąt stopni za wysoką temperaturę w piekarniku. Wyjęłam je w ostatniej chwili, kiedy to do moich nozdrzy zaczęła dobiegać już woń spalenizny. Drugą partię piekłam we wskazanej w przepisie temperaturze, jednak po skosztowaniu pierwszego ciastka zorientowałam się, że zapomniałam dodać do nich cukru! Na szczęście konfitura z płatków róży, której użyłam do przełożenia herbatników, nadała im wystarczająco słodyczy. Do zlepienia herbatników można oczywiście użyć dowolnej ulubionej konfitury, powideł czy dżemu (w oryginalnym przepisie jest to dżem malinowy). Jak sama nazwa wskazuje, herbatniki najlepiej chrupać, popijając je herbatą, ale kawa też się nada.

SONY DSC

Herbatniki z migdałami, cynamonem i malinami

(Sigrid Verbert, „Smakowite prezenty. Słodkie i słone przysmaki na cały rok”)

250 g mąki, 125 g masła, 125 g cukru, 2 jajka, 65 g mąki migdałowej, tarta skórka cytryny, szczypta cynamonu, szczypta soli, dżem malinowy (na około 20 herbatników)

Wymieszać mąkę z mąką migdałową, cukrem, cynamonem, solą i masłem. Wyrobić wszystko delikatnie palcami na sypką masę. Wbić jajka i dodać tartą skórkę cytryny. Szybko wyrobić. Uformować z ciasta kulę, zawinąć ją w folię spożywczą i włożyć do lodówki na dwie godziny. Po tym czasie rozwałkować ciasto na grubość 3 mm, wyciąć herbatniki i w połowie z nich wyciąć na środku gwiazdki. Piec przez 15-20 minut w temperaturze 180°C. Zostawić do wystygnięcia i posmarować dżemem malinowym.

Biorę się za siebie

Bieg na przełaj, Wawrzyniec ChorembalskiBieg na przełaj
Wawrzyniec Chorembalski

Ostatni miesiąc mojego życia był dość wariacki. Z wyjazdu w góry wróciłam chora, potem myślałam, że jestem w ciąży, po czym okazało się, że w ciąży jednak nie jestem. Co chwilę trzeba było odnajdować się w nowej sytuacji i odzyskiwać emocjonalną równowagę. Wszystko to sprawiło, że nie zaprzątałam sobie głowy zdrowym odżywianiem czy dbaniem o formę fizyczną. Przeciwnie, ostatnie dni upłynęły mi pod znakiem leżenia na kanapie przed telewizorem i objadania się słodyczami, na które apetyt podsycały czarne ludziki* panoszące się w mojej głowie i utwierdzające mnie w przekonaniu, że coś od życia mi się należy, a już na pewno czekolada i lody. W weekend powiedziałam sobie: DOŚĆ. Trzeba się za siebie wziąć.

Tydzień rozpoczęłam zatem z ambitnym postanowieniem powrotu do zdrowego stylu życia (przynajmniej takiego na miarę moich możliwości). W sobotę pofatygowałam się na ekotarg organizowany w naszym mieście przez jedną z restauracji. Szłam tam z konkretnym planem zakupienia nienafaszerowanego antybiotykami drobiu i ewentualnie jakichś warzyw i owoców. Za połówkę kurczaka zapłaciłam jak za złoto, truskawki sto procent droższe niż na zwykłym bazarku (i trzeba przyznać, że lepsze, choć nie umywają się do tych od teściowej), o cenę szparagów to już nawet nie pytałam. Wyjątkowo skusiłam się na tego kurczaka i truskawki, ale chyba będę musiała poszukać innych, równie zdrowych źródeł zaopatrzenia naszej lodówki.

Po prawie miesięcznej przerwie wróciłam do biegania. Przeczytałam gdzieś, że na czczo lepiej spala się tkankę tłuszczową, zwłaszcza z okolic brzucha. W poniedziałek z rana ruszyłam więc do boju. Oj, ciężko mi szło to bieganie. Bagaż nagromadzonych w ostatnich tygodniach stresów trochę ważył, ale część tego „dobrodziejstwa” udało się wypocić, więc następnym razem (czyli jutro) powinno być już lżej. Z piwnicy wygrzebałam też moją damkę, z którą zdążyłam się już czule pożegnać na co najmniej rok. Wszędzie staram się na niej teraz jeździć, nie zraża mnie nawet deszcz, chyba że przechodzi w ulewę, ale na wszelki wypadek wożę ze sobą płaszcz przeciwdeszczowy.

We wtorek przyjaciółka wyciągnęła mnie na ćwiczenia, które mają za zadanie „usuwać blokady energetyczne i  stymulować mięśnie środka”. Wparowałyśmy spóźnione na salę. Patrzę, a instruktorka ma wyraźnie zaokrąglony brzuszek, jednoznacznie wskazujący na ciążę. Po chwili lokalizuję kolejną ciężarną. Jasna cholera, myślę, pomyliłyśmy grupy i jesteśmy na zajęciach dla kobiet w stanie błogosławionym. Ale jednak dobrze trafiłyśmy. Pozostałe dziewczyny nie przypominały ciężarnych. Trochę nie mogłam się skupić na ćwiczeniach, bo trudno mi było uwierzyć, że można być tak giętkim i elastycznym z takim brzuchem i dzidziolkiem w środku jak prowadząca.

Poza tym wróciłam do codziennego rytuału picia mięty zielonej (nie mylić z pieprzową). Zioło to podobno obniża poziom testosteronu, a ja mam go w górnych granicach, przynajmniej tak było jakieś dwa lata temu, gdy badałam jego poziom. Co drugi dzień przyrządzam też siemiankę, która z sezonowymi owocami smakuje bardzo przyzwoicie. Siemię lniane dorzucam zresztą do wszystkiego, co popadnie, nawet do kotletów mielonych, bo widziałam, że tak robi Karol Okrasa. Z domowych ciast i lodów tak całkiem nie rezygnuję, w końcu muszę mieć co spalać, ale kupnym słodyczom mówię głośne „nie”.

Po emocjonalnej huśtawce ostatnich dni wracam zatem na zdrowe tory i włączam tryb control. Skoro na niektóre sprawy nie mam wpływu (w każdym razie nie w takim stopniu, w jakim bym chciała), to  przynajmniej postaram się zmienić to, co mogę. Nie zawsze przychodzi mi to łatwo. Czasami chęć zakopania się w odmętach pościeli na cały dzień jest tak kusząca, że trudno się jej oprzeć, ale walczę.

* Taki pan, co uczył mnie dawno temu grać na gitarze, a potem został psychologiem, powiedział, że mam w głowie za dużo czarnych ludzików. Nieraz z nimi walczę, a nieraz im odpuszczam.

 

Zapisz

W bohaterskim nastroju

Gdy robiłam rano śniadanie, M. prosto spod prysznica wparował do kuchni i dziwnie uradowany orzekł: „Kochanie, tak sobie pomyślałem, że za trzecim razem to już nam się na pewno uda i będziemy mieć dzidziusia”. Też tak myślę, w końcu jak to się mówi do trzech razy sztuka, tylko żeby na ten trzeci raz nie przyszło nam czekać w nieskończoność.

Wczoraj po raz czwarty w ciągu kilkunastu dni pojechałam sprawdzić poziom hormonu beta HCG. To już była wyłącznie formalność, bo po kilku godzinach od odstawienia luteiny przyszła miesiączka, ale skoro lekarz na wszelki wypadek kazał zbadać, to zbadałam. Wynik: 17,21 mIU, czyli spadek. Po raz czwarty kuła mnie ta sama siwiutka pielęgniarka. Za pierwszym razem pytała, czy ciąża ma być, czy nie. Jakoś zniesmaczyło mnie to pytanie. Jakby nie było po mnie widać, że ma być. Kiedy tak bardzo pragnie się dziecka, to trudno sobie wyobrazić, że są kobiety, które przychodząc na to badanie, modlą się o to, by okazało się, że ciąży nie ma. Cóż, nie sądziłam, że po kilku dniach sama będę marzyć o tym, by beta spadła. Okrutna przewrotność.

Ulga, którą odczułam, gdy okazało się, że to nie jest ciąża pozamaciczna, skutecznie złagodziła gorycz porażki. Ukłony w stronę samej siebie, że nie dałam się bezwiednie ponieść optymizmowi M. i nie powiedzieliśmy o niczym jego rodzicom. Wiedziały tylko moja mama i przyjaciółka, którym tak czy inaczej powiedziałabym o wszystkim. Moja najlepsza mama, wróżka ze sporadycznymi przejawami dewocji, poradziła mi, bym sobie dużo marzyła i wyobrażała sobie siebie z dzieckiem i z wózkiem. Ach, mamo, ja się już tak rozmarzyłam, że aż prawie zaszłam w tę ciążę. Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, czy to nie była ciąża urojona. Ale poczytałam w internecie i jednak objawy nie pasują. Uff.  Takie wyobrażanie sobie jest wielce przyjemne i od czasu do czasu na pewno nie zaszkodzi, ale czerwiec postanowiłam jednak mianować miesiącem dbania o samą siebie i zaspokajania własnych potrzeb. Mam zamiar robić wszystko  to, co w ciąży jest niewskazane, zwłaszcza pić wino, chodzić po górach, biegać i jeździć na rowerze. A epizod z ciążą biochemiczną postanawiam potraktować jako dobry omen.

BohaterBohater Małgorzaty Halber

Dwa jeden dla złego wilka

Wilki dwa

Myślałam, że napiszę tu dziś o okruszku i o tym, jak usłyszeliśmy cudownie bijące serduszko, ale nie tym razem…  Test ciążowy zrobiłam pod koniec maja. Druga kreska była taka nieśmiała i bladziutka, nie byłam pewna, czy w ogóle ją widzę, ale M. też ją dostrzegł. Nie mieliśmy nawet śmiałości cieszyć się. Zaraz potem pobiegałam na betę. Wynik: 42,98 mlU. Tego samego dnia poszłam do lekarza. Wiedziałam, że nie będzie sensu robić USG, ale zapisałam się do niego dużo wcześniej, by w razie czego ustalić plan działania na kolejny miesiąc i wziąć receptę na Clostilbegyt. Patrząc na wynik bety, z uśmiechem stwierdził, że to wczesna ciąża. Ja jeszcze nie miałam odwagi wypowiedzieć tego na głos. Potem przyznał, że on boi się mnie prowadzić i poleca mnie opiece swojego przyjaciela i świetnego położnika. Polubiłam doktora G., ale prawda jest taka, że wybrałam go jako lekarza, który pomoże mi zajść w ciążę, a niekoniecznie będzie ją prowadził, więc nie czułam się rozczarowana. Powiedział też, że rokuję dobrze i nie ma potrzeby powtarzać bety, ale jeśli bardzo chcę, to mogę. No to powtórzyłam. Wynik po 48 godzinach: 81,91 mlU, czyli wzrost prawidłowy. Można było zacząć się cieszyć nieco odważniej.

Nowy lekarz wyznaczył wizytę na 8 maja. Dni dłużyły się niemiłosiernie. Martwiło mnie to, że nie mam żadnych objawów. Ani tkliwych piersi (a poprzednio nie mogłam ich dotknąć), ani pobolewania w podbrzuszu, tylko w głowie czasem się zakręciło. Ale lekarz powiedział, że nie ma powodów do niepokoju, każda ciąża jest inna. Poza tym na dwa dni opętały mnie potworne lęki, że dziecko będzie chore. Nawet do kościoła poszłam na poranną mszę, żeby się pomodlić i uspokoić. Wiadomo, jak trwoga to do Boga. Ale coś źle sprawdziłam i mszy nie było, tylko sprzątanie świątyni, więc pomodliłam się nieudacznie i wróciłam do domu. Potem codziennie sobie powtarzałam, że dziecko będzie zdrowe, aż w  końcu odgoniłam złe myśli.

Wyszykowałam się na dzisiejszą wizytę. Zakręciłam włosy, założyłam ładną sukienkę, sporządziłam długą listę pytań i wątpliwości, przygotowałam całą dokumentację z ciąży z T., choć za każdym razem, gdy wyciągam zdjęcia z USG, serce mi pęka. Jakoś nie zdziwiło mnie, gdy lekarz powiedział, że nie widać pęcherzyka. Nie zaczęłam płakać ani powtarzać drżącym głosem, że to niemożliwe. Gdzieś w podświadomości byłam chyba na to przygotowana. Dopiero po chwili, gdy dotarło do mnie, że to może być ciąża pozamaciczna, zebrało mi się na łzy. Lekarz kazał natychmiast powtórzyć betę. Cztery długie godziny czekaliśmy z M. na wynik, rozważając różne scenariusze. Ale żadne z nas już nie wierzyło, że może być z tego ciąża. Beta spadła, dziś wynosi 61,34 mlU. Nie wiedziałam, że można się tak ucieszyć ze spadku bety. Odetchnęliśmy z ulgą. Lekarz kazał jeszcze na wszelki wypadek powtórzyć badanie w piątek i odstawić luteinę, która prawdopodobnie blokuje okres.

Przez te kilka dni czułam się tak, jakby ktoś otworzył dla mnie okna na oścież i wpuścił promienie słońca do środka. A teraz znowu to ciepło wpada tylko przez szybę. Jestem zmęczona. Rozklekotana. Ale jeśli miało się nie udać, to dziękuję, że nie udało się na samym początku, że nawet nie zobaczyliśmy tego okruszka, który był pewnie tylko zlepkiem źle podzielonych komórek, że nie usłyszeliśmy bijącego serca, które potem nagle by ucichło, że nie zdążyliśmy się oswoić z myślą, że jesteśmy we troje.