Bilans trzeciotrymestrowy

edf

Był bilans drugotrymestrowy, czas zatem napisać o odczuciach, które towarzyszą mi w trzecim trymestrze.

Poranek kilka dni temu. Świeża dostawa śniegu, korki. Jedziemy do laboratorium po wyniki moich badań.
− Wiesz, martwię się trochę, jakie będę miała wyniki, czy nie mam anemii − żalę się mężowi.
− No coś ty, na pewno nie masz anemii. Od razu widać, że zdrowa dziewucha jesteś, a nie jakaś zabiedzona. Twarz taka porządna, pucki, delikatny drugi podbródek…
− Zamknij się.
No, na męża zawsze można liczyć. Ale wyniki wyszły dobre, więc jakoś te pucki trzeba przeboleć, choć wątpię, że to ich zasługa.

Moja babcia też najczęściej wita mnie słowami: „O, mój grubasek przyjechał!”. Tłumaczę jej, że do kobiet w ciąży nie mówi się per grubasek. „A jak się mówi? No przecież Ty jesteś mój grubasek”  − z rozbrajającą szczerością stwierdza babcia. Wiem, że to z miłości i że dla babci to taka miła odmiana widzieć mnie wreszcie taką okrąglutką, bo zawsze narzeka, że jestem za chuda.

Tylko jak tu się czuć pięknie w tym błogosławionym stanie? Traktuję te sytuacje z przymrużeniem oka, ale przyznam, że na końcówce ciąży trochę spadło mi poczucie własnej atrakcyjności. Brzuch, jak to mówi moja krawcowa, że nic tylko garnki stawiać. Wprawdzie nie tyczyło się to mojego brzucha, a jej wnuczki, ale i mój nabrał podobnych kształtów i co dzień ze zgrozą stwierdzam, że kolejny sweterek, który miał posłużyć do rozwiązania, jest przykrótki. Żeby chociaż wraz z tym brzuchem i cycki urosły, a tu nic, co najwyżej pół rozmiaru. Za to doczekałam się żylaków na jednej nodze (babcia mówi, że po ciąży znikną) i pierwszych rozstępów w okolicy pępka. Na razie widać je tylko pod światło, ale wiem, że tam są i zaprezentują się w całej swej krasie tuż po porodzie.

cof

Z pierwszej ciąży moje ciało wyszło niemalże bez szwanku (nie licząc nadmiarowych kilogramów). Myślałam, że to dzięki smarowidłom, które w siebie z namaszczeniem wcierałam, ale sprawdziły się przepowiednie kosmetycznych sceptyków, że można wsmarowywać w skórę cuda niewidy, a rozstępy jak mają być, to i tak będą. Myślę, że moja skóra na brzuchu nie zdążyła odzyskać jędrności po pierwszej ciąży i stąd te „zmarszczki miłości”, jak je pięknie i pocieszająco określają niektóre kobiety. Do repertuaru ciążowych dolegliwości dołączyły w trzecim trymestrze atopowe zapalenie skóry na dłoniach (krostki, swędzenie, pieczenie), świąd skóry (brzuch swędzi jak cholera), wieczorna zgaga, poranny i nocny nieżyt nosa. Ale za to nie bolą mnie plecy i wciąż mam siłę na pieczenie ciast i sprzątanie (lubię bardzo!), a cała reszta to przecież drobiazgi, w dodatku stan przejściowy (no, może poza tymi rozstępami, których nie tak łatwo się pozbyć). Ale to tylko kropla goryczki w oceanie szczęśliwości, po którym sobie dryfuję na co dzień, choć przyznaję, że czasem nawiedzi mnie jakiś emocjonalny sztorm w postaci chandry. Na szczęście szybko mija, zwłaszcza gdy widzę (i czuję, oj, czuję :) ) Wiercipiętka uprawiającego gimnastykę w moim brzuchu. Jak tu nie kochać tego brzucha? Choćby i z tymi rozstępami i swędzącą skórą. Za to z jakim wyjątkowym, wyczekanym i wytęsknionym chłopcem na pokładzie. (Ale jak macie jakieś sprawdzone sposoby na rozstępy, to chętnie poczytam).

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Być jak Mama Muminka

muminki-z-mama-na-czeleŹródło

Jako dziecko nie przepadałam za Muminkami. Zawsze doznawałam pewnego zawodu, gdy okazywało się, że to właśnie na tę bajkę kolej w Dobranocce. Bardziej przemawiały do mnie Smerfy albo Pszczółka Maja. Ale w dorosłym życiu uległam muminkowej modzie i zaczęłam doceniać urok tych trollowatych istot.

Czytanie kolejnych tomów muminkowych opowieści zbiegło się u mnie ze staraniami o dziecko i to pewnie dlatego moją uwagę zaczęła przykuwać zwłaszcza postać Mamy Muminka. Lubię ją bardzo, imponuje mi jej podejście do wychowywania i chyba mogę przyznać, że w pewnych kwestiach jest dla mnie mamową idolką.

Z jednej strony Mama Muminka to taka typowa mama, na którą zawsze można liczyć, która potrafi wyratować z opresji, która jest strażniczką domowego ogniska, przyrządza różne pyszności i sprawia, że w Dolinie Muminków jest tak rodzinnie, ciepło, a życie toczy się swoim uporządkowanym rytmem. Podoba mi się to, że traktuje Muminka poważnie. Nigdy nie krytykuje jego pomysłów, nawet tych najbardziej osobliwych. Przeciwnie, ma w sobie coś z dziecka i potrafi jak dziecko zachwycić się tym, co wymyślił jej synek. Na przykład swoją bransoletką i naszyjnikiem Panny Migotki zatopionymi w stawie, bo Muminek uznał, że tak wyglądają o wiele ładniej. Albo śniegiem i tym, że srebrna taca tak doskonale nadaje się do zjeżdżania po lodzie, a nie wyłącznie do serwowania jedzenia. Podoba mi się też to, że pozostawia Muminkowi wiele swobody. Nie straszy go, nie jest matką kwoką, która wszędzie upatruje niebezpieczeństw (w czym moja mama i babcia zawsze były mistrzyniami). Pozwala swojemu synkowi uczyć się na własnych błędach. I na pewno nie jest też zrzędą, która tuż po przebudzeniu z zimowego snu marudzi, że naczynia są niepozmywane. Chciałabym być dla swojego dziecka trochę jak Mama Muminka. Mieć tę cierpliwość, ciekawość, umiejętność patrzenia na świat z dziecięcej perspektywy, ten spokój i luz.

mama-muminka_cytat

Ale gdy myślę o moim macierzyństwie, próbując się na nie jakoś przygotować, wyobrazić je sobie, wyznaczyć priorytety, to przychodzi mi też do głowy taka refleksja, że nie chciałabym się w tej opiece nad dzieckiem całkowicie zatracić, zapominając przy tym o sobie, o tym, że poza byciem matką jestem też przede wszystkim kobietą. Mam zamiar wygospodarować kawałek przestrzeni dla siebie − na realizację własnych pasji i zainteresowań, na odrobinę sportu, na małe przyjemności, jak długa kąpiel po całym dniu (niestety, obecnie z trudem mieszczę się w naszej wannie, więc żadna to frajda). I jeszcze w ramach noworocznych postanowień obiecuję sobie, że gdy już wyrwę się na chwilę z domu na spotkanie z bezdzietnymi koleżankami, to nie będę tą, która mówi wyłącznie o konsystencji kupek i długości drzemek.

Hmm… Ciekawe, czy gdy się tak bardzo czeka na to upragnione dziecko,  to taki plan jest w ogóle możliwy do zrealizowania?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Refleksje powizytowe

Obudziłam się za wcześnie, prawie dwie godziny przed budzikiem. Tak jest zawsze, gdy czeka mnie dzień po brzegi wypełniony obowiązkami. W mojej uporządkowanej, obecnie już dość leniwej ciążowej egzystencji takie dni nie zdarzają często, więc organizm od razu reaguje nadmiernym podekscytowaniem. A na tamten czwartek upchnęłam wszystkie zaległe i niecierpiące zwłoki sprawy. Ale najważniejszym punktem programu było kolejne USG.

Tym razem lekarz nie miał problemu ze zlokalizowaniem przyczepu pępowiny. Usłyszeliśmy: „Przyczep wydaje się być prawidłowy”. Potem powtórzył to jeszcze raz. Ulga, chociaż słowo „wydaje się” budzi w nas oczywisty niedosyt. Ale nie liczyłam na to, że ktoś da nam stuprocentową gwarancję. Materia zbyt delikatna i niepewna. Mimo to czuję się zdecydowanie spokojniejsza. Doktor obejrzał też dokładnie naszego malucha, który waży już ponad 1,5 kilograma, ale raczej nie zapowiada się na dużego osobnika. Na ostatnich badaniach jakoś tak wyszło, że nie widzieliśmy jego twarzyczki, więc gdy tym razem lekarzowi udało się ją uchwycić i zobaczyłam na ekranie naszego pyzolka z rozdziawioną buźką, o wzruszenie nie było trudno. Pierwsza myśl − jest taki podobny do braciszka.

Synek ułożył się już główką do dołu. Lekarz zdziwił się, gdy powiedziałam, że i tak planujemy cesarskie cięcie. Im bliżej rozwiązania, tym częściej spotykam się z taką reakcją. Myślałam, że mam to przepracowane, bo decyzję o cesarskim cięciu podjęłam jeszcze zanim zaszłam w tę drugą ciążę, a jednak powtarzające się ostatnio o to pytania wprawiły mnie w lekkie rozchwianie i musiałam ponownie zmierzyć się z tym tematem. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie jednak innego rozwiązania. To byłoby dla mnie psychicznie nie do przejścia. Do porodu siłami natury trzeba determinacji i przekonania. I wtedy może to być niesamowite, dające poczucie niebywałej siły doświadczenie, jeśli oczywiście po drodze nie przydarzą się komplikacje, na które nie mamy wpływu. Tak naprawdę to ja się trochę boję tej cesarki, bo nie wiem, co mnie w związku z nią czeka. Poród naturalny (wielogodzinny, bez znieczulenia) już przeżyłam. Znam ten ból, wiem, że mogłabym mu sprostać, ale przeraża mnie nieprzewidywalność. A może byłoby tak, że umęczyłabym się, dała z siebie wszystko, a na koniec lekarze i tak w biegu musieliby mnie ciąć. To ja już podziękuję i poproszę na spokojnie i bez pośpiechu. Przykro mi, synu, że pozbawię Cię tych dobroczynnych bakterii, które skolonizowałbyś podczas przechodzenia przez kanał rodny, zyskując tym samym odporność na całe życie. Ostatnio przeczytałam też, że przychodząc na świat przez cesarskie cięcie, będziesz bardziej narażony na otyłość. Przykro mi, jednak musisz mi zaufać, a ja wiem, że tak będzie dla nas najlepiej. Nie aspiruję do roli Matki Polki, ale obiecuję, że dla Ciebie będę najlepszą wersją siebie.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

O błoniastym przyczepie pępowiny

Pierwszy raz usłyszeliśmy o tym po sekcji zwłok naszego synka. Mąż pojechał odebrać wyniki badania patomorfologicznego, na które zdecydowaliśmy się, by dowiedzieć się, co mogło być przyczyną śmierci naszego dziecka i ewentualnie ustrzec się przed tym w przyszłości. W szpitalu powiedziano nam, że pani doktor, która będzie przeprowadzać to badanie, jest specjalistką w tej dziedzinie i jeśli coś było nie tak, to na pewno to znajdzie. No i znalazła: nieprawidłowy, błoniasty przyczep pępowiny. Możliwa przyczyna zgonu: rozerwanie mniejszego naczynia z krwawieniem do jamy owodni. Wytłumaczono nam to w ten sposób, że pępowina w jednym miejscu nie była wystarczająco chroniona i jedno z naczyń zostało naderwane. Dodatkowo przyczep nie był umiejscowiony centralnie, tylko nieco z boku. Patomorfolog powiedziała, że nie miałam szans tego wyczuć, wszystko trwało kilka sekund.

Mój obecny lekarz prowadzący zasugerował, że to nie musiała być bezpośrednia przyczyna, a jedynie pośrednia, do której doprowadziło coś innego. Ale nic innego nie udało się wskazać. Dziecko było zdrowe, wykonane dzień wcześniej badanie KTG wyszło bardzo dobrze, ja też zostałam określona jako pacjentka bez obciążeń. To był 40 tydzień ciąży, kolejnego dnia miałam dostać skierowanie do szpitala. Myśl, że mógł być jakiś inny, niewykryty powód, nie jest dla mnie w żaden sposób pocieszająca. Łatwiej stawić czoło temu, co znane.

Po wynikach sekcji zaczęliśmy przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji na temat błoniastego przyczepu pępowiny. Zastanawialiśmy się, czy nasz ówczesny ginekolog czegoś nie przeoczył, czy może my mogliśmy jakoś temu zapobiec. Mąż skonsultował się z kilkoma innymi lekarzami. Dowiedzieliśmy się, że nie sprawdza się tego w standardowych badaniach, że tego typu błoniasty przyczep zdarza się w przypadku kilkunastu procent ciąż, co najczęściej okazuje się już na sali porodowej po narodzinach dziecka. Ponadto błoniasty przyczep pępowinowy pojawia się częściej przy ciążach mnogich. Mimo występowania tego rodzaju patologii można urodzić dziecko naturalnie bez żadnych powikłań, ale bezpieczniejsze w tej sytuacji jest wykonanie cesarskiego cięcia.

Kilka dni temu byliśmy na USG, które wypadło na przełomie 29/30 tygodnia ciąży. Podczas tego badania miał zostać sprawdzony między innymi przyczep pępowiny. Niestety, nie udało się go uwidocznić. Synek wiercił się i zasłaniał swoim ciałkiem łożysko, które w obecnej ciąży mam umiejscowione na tylnej ścianie. Wszystko inne z punktu widzenia medycznego nie wzbudziło u lekarza żadnych zastrzeżeń, mimo to cały dzień zajęło mi dojście do siebie po tym badaniu. Zaczęłam się zastanawiać, co właściwie chciałabym od niego usłyszeć. Na pewno odetchnęłabym z ulgą, gdyby się okazało, że tym razem przyczep jest prawidłowy, ale po sugestii mojego ginekologa, że przyczyna śmierci mogła tkwić gdzieś indziej, pewnie i tak nie poczułabym się zupełnie spokojna. Gdybym z kolei usłyszała, że przyczep jest nieprawidłowy, to do końca ciąży miałabym wrażenie, że siedzę na bombie, która w każdej chwili może wybuchnąć, ale w tej sytuacji być może lekarz zdecydowałby się wykonać cesarskie cięcie nieco wcześniej niż jest to standardowo przyjęte.

Zdecydowaliśmy się pójść na jeszcze jedno USG do innego specjalisty. Raczej nastawiam się na to, że i tym razem nie uda się uwidocznić przyczepu. Mam poczucie, że lekarze nie przywiązują do tego wagi i to przede wszystkim my zabiegamy o dodatkowe badania, by to sprawdzić. Odnoszę też wrażenie, że nie za dużo na ten temat wiadomo. Od jednego z lekarzy usłyszeliśmy, że możemy to zbadać w 25/26 tygodniu ciąży, od drugiego, że najwcześniej po 28 tygodniu, co potwierdził też mój ginekolog, ale myślę, że po porostu przychylił się do opinii specjalisty, którego bardziej ceni. Ponoć występowanie takiego przyczepu nie jest uwarunkowane genetycznie.

Czekamy zatem na kolejne USG, a ja kurczowo trzymam się myśli, że tym razem wszystko będzie dobrze. Naprawdę całą sobą w to wierzę, ale nie pogniewałabym się, gdyby ktoś przewinął ten piękny, ciążowy film i była już połowa marca, a obok mnie smacznie spał nasz synek.