Dylematy

Mijający tydzień nie zaczął się szczęśliwie. W poniedziałek moja mama wywróciła się w swoim własnym mieszkaniu i złamała obojczyk. Bardzo mnie to przygnębiło, bo w ostatnim czasie za dużo problemów na nią spada. Tego samego dnia mieliśmy USG. Lekarz badał mnie ponad godzinę. Leżenie na plecach nie jest najwygodniejszą pozycją w zaawansowanej ciąży, ale zacisnęłam zęby i jakoś wytrzymałam, za to przez kolejne dwa dni nie byłam w stanie się wyprostować z powodu bólu w plecach. Niestety, okazało się, że synek jest dwa razy okręcony pępowiną wokół szyi. Lekarz uspokajał, że to typowe i wiele dzieci się okręca, ale jednocześnie trochę nas zestresował, mówiąc, że przy tak obciążonym wywiadzie ginekologicznym jak nasz warto by rozważyć rozwiązanie ciąży w 38 tygodniu. Nasz lekarz prowadzący ostatnio był nieugięty i upierał się przy tym, by był to skończony 39 tydzień. Tego samego dnia zadzwoniłam do niego, by zapytać, co robimy w tej sytuacji. Słysząc mój płaczliwy głos, zaproponował, bym przyjechała w czwartek do szpitala na KTG i że wówczas porozmawiamy o ewentualnej zmianie terminu. Do czwartku udało nam się trochę ochłonąć. Teściowa kolejny raz opowiedziała, jak to rodziła mojego M. 24 godziny, bo był calutki owinięty w pępowinę, podobnie jak jego siostra. Chrześniak męża również, przez co poród na skutek braku postępu zakończył się cesarskim cięciem, więc to chyba rodzinne.

W czwartek jak zwykle przeżyliśmy chwilę grozy, bo pielęgniarka nie mogła znaleźć tętna. W końcu się udało, ale potem synek słabo się ruszał. W sumie nie dziwiło mnie to, bo skoro od rana fikał, to wreszcie musiał sobie trochę odpocząć. Mój lekarz stwierdził, że zapis KTG jest dobry, ale dla naszego spokoju po pół godzinie i zjedzeniu czegoś słodkiego zalecił powtórkę. Drugi zapis wyszedł już wzorowy. Nastawiliśmy się na to, że doktor będzie nadal nalegał na termin cięcia w skończonym 39 tygodniu, ale zaproponował (nie bez pewnego ociągania) cięcie tydzień wcześniej, czyli w skończonym 38. Wytłumaczył nam, że dawniej planowe cesarki były standardowo robione dwa tygodnie wcześniej, ale z czasem zaczęto się z tego wycofywać, bo nie wszystkie dzieci okazywały się w pełni gotowe na przyjście na świat, a ten skończony 39 tydzień jest już na pewno bezpieczny. Ale też kiedyś nie było tak rozwiniętej ultrasonografii, dzięki której można by ocenić, czy dziecko jest już donoszone. Mam wrażenie, że ostateczną decyzję lekarz pozostawia nam, a nas z kolei przytłacza ciężar odpowiedzialności. Na pewno nie chcemy czekać do skończonego 39 tygodnia, ale martwię się, że wyciągając synka dwa tygodnie wcześniej, czegoś go pozbawimy. Z drugiej strony sen z powiek spędza mi strata pierwszego dziecka i to, że nie wiemy na sto procent, co się wtedy stało. Błoniasty przyczep pępowinowy to tylko domniemana przyczyna. Wizja tego, że synek mógłby być z nami tydzień wcześniej jest bardzo kusząca. Zastanawiamy się, co wiąże się z większym ryzykiem. Przytrzymanie dziecka nieco dłużej, czy pozbawienie go tych kilku dni na dojrzewanie w łonie matki. Na początku przyszłego tygodnia mamy kolejne KTG i wizytę u mojego lekarza prowadzącego, podczas której musimy już podjąć decyzję i podpisać umowę ze szpitalem.

Martwię się troszkę o tego naszego Wiercipiętka. Najgorsze są noce. Budzę się po trzy, cztery razy i sprawdzam, czy dziecko się rusza. Czasami śpi (ma prawo!), więc muszę trochę odczekać. Spaceruję wtedy po mieszkaniu, coś piję, czytam książkę i czuwam. A potem sama nie mogę zasnąć. Nie ma więc łatwo to moje dziecko. Może lepiej by mu było po drugiej stronie brzucha niż w łonie roztrzęsionej matki. Ale ogólnie moje samopoczucie nie jest takie złe. Wyobrażam sobie nasze życie we troje i cieszę się, że to już tak blisko. Dziś M. odebrał kołyskę. W weekend zarządzam więc wielkie sprzątanie, a potem wreszcie zabierzemy się za urządzanie kącika dla naszego chłopca. Same przyjemności.

Lutowy spleen

dav

Na początku tygodnia dopadła mnie okropna chandra. Atak paniki, strach, płacz, nieprzespane noce, przedrzemane dni, wszechogarniająca niemoc, brak chęci na cokolwiek. Na szczęście już przeszło. Znowu jestem na fali wznoszącej. W czwartek wysprzątałam całe mieszkanie, co zawsze działa na mnie niezwykle kojąco. Żałuję tylko, że w ciąży nie mam na to tyle siły co wcześniej i że zajmuje mi to dwa razy więcej czasu. Ale obudzić się w sobotę w wychuchanych czterech ścianach. Bezcenne.

W piątek odwiedziła mnie moja bliska koleżanka, która też jest w ciąży. Z tej okazji nasmażyłam racuchów z jabłkami i kupiłam pierwsze w tym roku tulipany. Termin ma dwa tygodnie po mnie i też oczekuje synka. Znamy się od dziecka. Moja mama zawsze powtarzała, że oczami wyobraźni to widzi nas obie z brzuchami. I przepowiedziała. Ich ciąża również wyczekana i po różnych przejściach. Co za ulga, że możemy równocześnie cieszyć się tym stanem, a nie spoglądać tęsknie na powiększający się brzuch jedna u drugiej i stronić od wszelkich spotkań. Ale tego rodzaju sytuacja ma również swoje minusy, a właściwie jeden podstawowy − porównywanie. Na początku ciąży trochę się w tym zapędziłyśmy, telefonując do siebie po kolejnych wizytach, badaniach i analizując nasze wyniki i parametry rozwojowe naszych pociech. Na szczęście w odpowiednim czasie udało się nad tym zapanować, dzięki czemu mamy na koncie kilka bardzo udanych ciężarówkowych wyjść w miasto. Obawiam się jednak, że gdy nasze chłopaki pojawią się już na świecie, to tak zupełnie nie obejdzie się bez  porównywania. Obyśmy tylko zachowały w tym umiar i nie uczyniły z naszych dzieci obiektów rywalizacji. To byłoby nie do zniesienia.

Tymczasem odliczamy z M. dni do spotkania z synkiem. Toczymy dyskusje na temat imienia, dużo mówimy do brzucha, smyramy małego po wypinającej się przez brzuch pupce i nieustannie zastanawiamy się, co też on sobie tam myśli. M. obstawia, że codziennie budzi się zaskoczony, że jego domek znowu się skurczył. Fajnie jest. Czasem tylko, przelotnie pojawia się ta myśl, że już raz byliśmy w tym miejscu, tak blisko, na wyciągnięcie ręki. I to szczęście chwycone w garść prysło wtedy jak mydlana bańka. Dlatego choć cieszę się tym stanem i staram się kontemplować te chwile, to bardzo chciałabym już być o krok dalej.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lubię tę zimę

edf

Za pierzyną śniegu, która zaścieliła chodniki i wyliniałe trawniki.

Za wspólne śniadania i powroty do łóżka tuż po nich, by poczytać, by dopić herbatę, by pomarzyć.

Za roześmiane bałwany spotykane podczas przedpołudniowych przechadzek po parku.

Za domowe ciasta zjadane bez wyrzutów sumienia.

Za szczęśliwe dzieci na sankach. Z czerwonymi nosami i policzkami, poruszające się niczym mali kosmonauci w swoich zimowych kombinezonach.

Za męża, który wreszcie z entuzjazmem chodzi ze mną na spacery, przynosi do łóżka wodę z miodem i cytryną i gada do brzucha tak, że cała topnieję.

A najbardziej za to smyranie w okolicy pępka, wiercenie się i rozpychanie. Za tę obecność we dnie i w nocy.

Lubię tę zimę. Taką śnieżną i mroźną, czasem słoneczną, a czasem pochmurną. Pierwszy raz od tylu lat bez nart i z dala od gór. Ale i tak najlepszą. I jednocześnie jak nigdy dotąd czekam na wiosnę.

cofcofsdr

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz