Pół roku Wojcieszka

Jutro nasz synek skończy sześć miesięcy. Tym razem nie napiszę: „Kiedy to minęło?”. Bo z jednej strony minęło zatrważająco szybko, a z drugiej strony dobrze pamiętam te pełne radości, ale i jakże wymagające dni, tygodnie, miesiące. Macierzyństwo to dotąd moje największe życiowe wyzwanie. Dużo trzeba z siebie dać, ale najwspanialsze jest to, że jeszcze więcej się zyskuje.

Wojtuń. Szogun i Wiercipiętek, jak zwykłam nazywać go, gdy siedział sobie jeszcze w moim brzuchu. Sen to wciąż dla niego strata czasu. Drzemki w dzień po pół godziny do czterdziestu minut. Ledwo ugotuję obiad, nałożę na talerz, czekam, aż przestygnie, zabieram się za jedzenie, a on się budzi i domaga cycka. Na spacerach śpi nieraz dłużej (godzina dziesięć to rekord), ale wtedy to nie mam szans, by coś w domu ogarnąć. No i po takim godzinnym łażeniu sama jestem wypompowana. No lubi chłopak, by się nim zajmować. Ale też szybko się nudzi. Na przykład w samochodzie. Fotelik to raczej nie jest jego ukochane miejsce. Nie może pojąć, że w trakcie jazdy nie wyciągnę go z niego i nie wezmę na ręce. Czasem zasypia, a czasem drze japę całą drogę. Dlatego też w tym roku odpuściliśmy dalszy wakacyjny wyjazd. Nie mam na to siły, a i dla niego pewnie żadna przyjemność. Za to wciąż kocha kąpiele w wanience i fikanie na golasa. Ku mej uciesze lubi też ze mną tańcować, gdy noszę go na rękach (jakieś trzy miesiące temu raczej nie było o tym mowy). Jeśli potrzebuję zastrzyku energii, to włączam nam tegoroczny przebój lata „Despacito”, ewentualnie moje niegdysiejsze, zumbowe hity „Bailando” i „La Tortura”. Na wyciszenie najlepiej sprawdzają się: Alabama Shakes „This Feeling”, Sorry Boys „Zwyczajne cuda” i wspaniały, wakacyjny Devendra Banhart. Uwielbiamy zwłaszcza „Mi Negrita”.  Tata z kolei upodobał sobie „Kołysanki utulanki” Turnau & Umer. Wojtuś zapada przy nich w sen, naturalnie ostro bujany i wożony po całym mieszkaniu w naszym niezawodnym retro wózku. Co ja bym zrobiła bez tego wózka…

No wymagający trafił nam się gagatek. Ale kochamy go bezgranicznie. Uwielbiam te wielkie ślepia wpatrujące się we mnie z samego rana. Małe łapki wędrujące po mojej twarzy, ciągnące za włosy, paluszki lądujące w moich oczach czy, o zgrozo, w dziurkach nosa, i syrki na głowie i buzi. Tak wyglądają nasze poranki. Śmiech w głos, gdy cmokamy go w szyjkę lub „pierdzimy” w brzuch. A wieczorem, gdy już zaśnie, to najchętniej położyłabym się obok, przytuliła i zasnęła otulona tym niemowlęcym zapachem. I pewnie czyniłabym tak każdego dnia, gdyby to nie była jedyna pora, kiedy mogę na spokojnie zrobić coś tylko dla siebie. Ale dziś uciekam już do niego, nacieszyć się tym moim półrocznym szczęściem.

 

 

Na wakacjach w małym miasteczku

cofGdy tylko usłyszałam, że nadchodzi fala upałów, spakowałam siebie i Wojcieszka i uciekliśmy z naszego mieszkania usytuowanego w ruchliwej okolicy w wielkim mieście na wakacje do teściów. Nie jest to niestety wieś, a małe miasteczko, ale jest domek z ogródkiem położony w spokojnej okolicy, a jednocześnie całkiem blisko cywilizacja w postaci sklepów, lodziarni, basenu itd.

Jak nam tu fajnie. M. pracuje, więc przyjeżdża do nas co dwa dni, czasem co dzień (100 km w jedną stronę). Teściowie są na emeryturze, dobrze się dogadujemy, dlatego pobyt tutaj to dla mnie czysta przyjemność. Nie muszę się martwić codziennie o obiad, sprzątanie po gotowaniu, robienie zakupów itd. Mam dzięki temu więcej czasu dla Wojcieszka i dla siebie, choć dni mijają mi tu  bardzo szybko. Dotleniamy się, przesiadując w ogródku i na tarasie. Chodzimy na spacery, krótkie, ale przy każdej okazji, by jak najbardziej oswoić wózek. Ach, jaka to wygoda wyjść tak po prostu z domu i nie musieć się tarabanić z trzeciego piętra. Wojtuś przez wszystkich wybawiony, zwłaszcza przez babcię, bardzo dojrzał i stał się ufniejszy względem ludzi innych niż tata i mama. Do niedawna na widok każdej nowej osoby zaczynał płakać, teraz zdarza się to sporadycznie. Ja również czuję się spokojniejsza i pewniejsza, wiedząc, że obok są teściowie czy dwie ulice dalej moja zaradna szwagierka, która wpada do nas ze swoimi chłopakami (2,5- i 6-letnim). Wtedy się dzieje. Gdy tylko jeden zaczyna płakać, to Wojtek natychmiast dołącza. A poza tym kuzyni głaszczą go, przynoszą zabawki, starszy dopytuje o wiele spraw, asystuje przy czynnościach pielęgnacyjnych, prosząc na przykład, bym nie zakładała Wojtusiowi za szybko pampersa, ażeby pupa mu odpoczęła. Nie spodziewałam się takiego zainteresowania. Jestem zaskoczona, ale boję się, co to będzie, gdy Wojtek trochę podrośnie i zechce się z nimi bawić, a oni będą go mieli w nosie.

Tak sobie myślę, że te wielopokoleniowe rodziny mieszkające w jednym domu to wcale nie było głupie rozwiązanie, zwłaszcza przy małym dziecku, kiedy to niejednokrotnie dodatkowe ręce do pomocy są na wagę złota, a i dobrze móc się poradzić kogoś bardziej doświadczonego.  Żeby taki układ się sprawdził, muszą być oczywiście spełnione określone warunki. Przede wszystkim trzeba nadawać z teściami lub z rodzicami na tych samych falach, no i dobrze mieć wystarczająco dużą przestrzeń, by nie wchodzić sobie na każdym kroku w drogę (w moim przypadku zbawieniem są dwie łazienki). Dostrzegam też wiele plusów mieszkania w mniejszym miasteczku. Kto wie, może to całkiem dobra alternatywa dla życia na wsi czy w metropolii…

dav

sdr

cof

rzezba

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lipcowe małe przyjemności

Zawsze z przyjemnością czytam na odwiedzanych przeze mnie blogach wpisy z cyklu „Lubię to” z różnymi inspiracjami i odkryciami. Od dawna myślałam o tego rodzaju cyklu u siebie, ale będąc w ciąży nie zdążyłam tego pomysłu zrealizować, a potem tym bardziej nie miałam na to czasu. I tak minął marzec, kwiecień, maj, przyszło lato, właśnie przemknął lipiec, więc uznałam, że to już najwyższy czas, by do takiego wpisu przysiąść. Plan jest taki, aby co miesiąc napisać Wam o tym, co aktualnie mi się spodobało, co mnie zachwyciło czy zainspirowało, ale co nie jest związane (przynajmniej nie bezpośrednio) z macierzyństwem. Macierzyństwo wciągnęło mnie bez reszty, jednak czuję, że czas pomyśleć odrobinę o sobie i wygospodarować dla siebie nieco więcej przestrzeni. Niech to będzie pierwszy krok.

Serial „Ania, nie Anna”

anneWszyscy dookoła polecają ten serial, więc i ja się skusiłam do jego obejrzenia, zwłaszcza że postać Ani z Zielonego Wzgórza była mi w młodzieńczych latach bardzo bliska, żeby nie powiedzieć, że się utożsamiałam z jej marzycielską naturą. Oglądanie go było dla mnie nie tylko małą, ale wręcz dużą lipcową przyjemnością. To pierwszy serial, który udało mi się zobaczyć, od kiedy Wojtuś jest z nami. Swego czasu zrobiłam jeszcze podejście do „Wielkich kłamstewek”, ale chyba nie wciągnęłam się w nie wystarczająco, a poza tym podjęte tematy, postacie jakoś nie wpływały dodatnio na mój nastrój. Co innego serial o Ani. Przy nim odetchnęłam, pośmiałam się, wzruszyłam, zachwyciłam pięknymi widokami i główną bohaterką. Gorąco polecam, uprzedzając jednocześnie, że to zdecydowanie dziewczyńskie klimaty.

Miejsce w sieci

rudorozSzukając jakiejś fajnej tapety na pulpit, trafiłam na piękny blog Magdy o nazwie Rudoróż. Jego autorka co miesiąc udostępnia do pobrania tapety własnego autorstwa, które idealnie trafiają w mój gust. A i poczytać przyjemnie, ostatnio na przykład o miłości do gór. Zajrzyjcie!

Smakołyki

Dotychczas przy Wojcieszku trudno było mi znaleźć czas na pieczenie i szykowanie sobie zdrowych słodkości do przegryzienia. A że nie potrafię się bez tego rodzaju smakołyków obejść, to powinnam mieć zawsze coś takiego na podorędziu. Na szczęście teraz można znaleźć w sklepach różne smakołyki nieskładające się z samego cukru czy syropu glukozowo-fruktozowego. W lipcu wypatrzyłam w osiedlowej żabce pełnoziarniste ciastka z liofilizowaną maliną. Bardzo mi posmakowały i tak zajadałam się nimi przy każdej okazji. Mimo wszystko mam nadzieję, że w sierpniu znajdę trochę więcej czasu na domowe smakołyki, zwłaszcza że teraz taki owocowy dobrostan i nie trzeba wiele zachodu, by coś zdrowego i smacznego przyrządzić.

ciastkaCiuchowe łowy

W pewną lipcową sobotę udało mi się wyskoczyć na małe zakupy. Kupiłam sobie lniane spodnie, które równie dobrze mogłyby uchodzić za pidżamowe, i wzorzystą spódnicę w Tatuum. No i ta spódnica okazała się jak najbardziej trafionym łupem. Polubiłam się z nią. Najpierw czekałam na jakąś okazję (typu kawa z przyjaciółką), by ją założyć, ale doszłam do wniosku, że taka okazja może się i do końca wakacji nie trafić, więc zakładam ją nawet na zwyczajny spacer po parku z dzieckiem.

edfI to by było na tyle. Mam nadzieję, że sierpień będzie obfitszy w małe przyjemności, bo troszkę mizernie to wygląda. Nagietkowo-cytrynowe półkule kąpielowe czekają od marca na wypróbowanie.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz