Kisielowe love, czyli burak dla niejadka i trochę o naszym rozszerzaniu diety

Jedną z pamiątek, które zachowały się z mojego wczesnego dzieciństwa, była torba pełna budzików. Cóż, rodzice nie dysponowali wtedy takimi cudacznymi zabawkami, jakie mamy do wyboru obecnie. Tymczasem budzik był  bardzo przydatnym gadżetem w trakcie rozszerzania mojej diety. Na sam dźwięk wydawanego przez niego dzwonka rozdziawiałam paszczę, do której moja mama chybcikiem pakowała mi łyżkę zupy czy też innego pokarmu. Wielokrotnie słyszałam te opowieści i obiecałam sobie, że ja nie będę mojemu dziecku wmuszać jedzenia, uciekając się do tego rodzaju sztuczek.

Tak mi się marzyło, że Wojtuś nie pójdzie w moje ślady, ale jednak jako syn mój nieodrodny entuzjastą jedzenia wszelakiego zdecydowanie nie jest. A początki były bardzo obiecujące. Pierwsze marchewki, dynie, ziemniaczki, pietruszki pochłaniał tak, że aż mu się uszy trzęsły. Potem odmówił jedzenia czegokolwiek innego niż moje mleko. Obecnie mamy kilka pewniaków w menu, które raczej zawsze przejdą, a ja nieustannie staram się przekonywać go do nowych smaków i konsystencji.

Zaczęliśmy tradycyjnie, czyli od papek. Na BLW w szóstym miesiącu Wojtek zdecydowanie nie był gotowy. Gdy skończył siedem miesięcy zaczęłam nieśmiało podawać mu owoce i warzywa, które same rozpływały się w ustach: dojrzałą gruszkę pokrojoną w słupki, mango, batata ugotowanego na parze. Teraz stosuję metodę mieszaną. Codziennie daję mu coś do przegryzienia (zębów na razie brak), ale jednocześnie dostaje inne pokarmy łyżeczką. Największy problem mam z obiadami, bo Wojtek nie lubi moich zup i nieraz odmawia zjedzenia choćby odrobiny. Rozsmakował się zwłaszcza w dwóch słoiczkach: delikatnych jarzynkach z królikiem i delikatnych jarzynkach z cielęciną. Z domowych zup polubił rosół i krupnik. Na szczęście gdy dostaje coś, co może zjeść sam, nie grymasi. I tak zaznajamiam go z brokułami czy fasolką szparagową, a z innych warzyw, których nie może wygodnie chwycić, przygotowuję mu pesto i podaję oblepione nim kluski, np. penne.

Uparłam się, żeby włączyć Wojtkowi do diety buraki. Niestety, żadne zupy krem z burakiem w roli głównej nie posmakowały mu. Od święta mogę mu podać pieczonego buraka do rączki (choć nie wiem, czym bym doczyściła potem kuchnię), ale chciałam, by burak zagościł u nas na stałe. No i znalazłam w końcu sposób na tego buraka. Wojtuś uwielbia kisiel. Początkowo przygotowywałam mu gruszkowo-jabłkowy, potem wymyśliłam, że można go komponować z warzywami, np. marchewką, dynią czy właśnie burakiem. Hitem jest u nas obecnie kisiel gruszkowo-malinowo-buraczkowy, który i mnie bardzo smakuje.

Domowy kisiel gruszkowo-malinowo-buraczkowy

kisiel

Składniki:
słodka, dojrzała gruszka
kilka mrożonych malin
kawałek ugotowanego lub upieczonego buraka*
łyżeczka mąki ziemniaczanej

Gruszkę pokroić w kostkę i podgotować do miękkości na parze. Maliny opłukać pod bieżącą wodą, następnie poddusić je w rondelku, podlewając odrobiną wody. Dodać do nich gruszkę wraz z wodą z gotowania na parze. Kawałek buraka zblendować i dołożyć do owoców.  Wszystko chwilę podgotować, jeśli to konieczne − dolać wody. Następnie rozgnieść owoce i buraka tłuczkiem do ziemniaków. W niewielkiej ilości zimnej wody rozpuścić mąkę ziemniaczaną i dolać do rondla. Chwilę podgotować.

* Im więcej buraka, tym bardziej będzie on wyczuwalny w smaku. Ja ostatnio dołożyłam aż połowę i w tej wersji kisiel nie był zjedzony z takim apetytem jak poprzednio.

 

Październikowe małe przyjemności

pazdziernik

Październik, październik… Dziwny to był miesiąc. Pełen sprzeczności. Dużo uciech i wdzięczności, trochę słonecznej pogody, którą wykorzystaliśmy do cna, spacerując wśród szeleszczących liści, ale i nieco smutku oraz stresujących wieści, które wciąż trzymają w napięciu. Jedno się nie zmienia − przeciekający przez palce czas. Musiałam przejrzeć zdjęcia w telefonie, by przypomnieć sobie październikowe przyjemności.

Coś dla ciała

Biustonosz dla matki karmiącej

Po siedmiu miesiącach karmienia piersią sprawiłam sobie wreszcie porządny biustonosz do karmienia, a to za sprawą koleżanki, która też karmi i poleciła mi markę Alles. Mają stacjonarny sklep w naszym mieście, dzięki czemu mogłam bez problemu dobrać odpowiedni dla siebie rozmiar stanika. Jestem nim zachwycona. Po pierwsze jest ładny, ale najważniejsze, że jest wygodny. Nie umywa się do tych sieciówkowych, np. z H&M, których dotychczas używałam. Wydawało mi się, że pewnie wszystkie biustonosze dla matek karmiących są zaprojektowane w ten sam sposób, ale ten z Alles jest dużo fajniej skonstruowany, dzięki czemu się nie odkształca. Świetnie dopasowuje się do piersi, nadając im ładny kształt za sprawą delikatnego usztywnienia, a przy tym nie uwiera i w ogóle czuję się w nim jak w sportowym, bawełnianym staniku, a tymczasem mam na sobie całkiem kobiecy biustonosz. Upatrzyłam sobie już kolejny model i w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze trochę pokarmić Wojtka. Swoją drogą nasze cyckowo-azylkowo (jak mawia Śliwka), trwa w najlepsze i wygląda na to, że z wyboistych ścieżek zboczyliśmy w końcu na gładką i przyjemną mleczną drogę.

Półkule kąpielowe

Październik był jakiś przełomowy, bo pierwszy raz od pojawienia się Wojtka na świecie wzięłam kąpiel w wannie zamiast szybkiego prysznica. Niestety, zmusił mnie do tego okropny ból korzonków, przez który nie mogłam normalnie funkcjonować. Kąpiel specjalnie na to nie pomogła, ale dobrze wpłynęła na moje samopoczucie, zwłaszcza że rozpuściłam sobie półkulę kąpielową z suszonym nagietkiem z Ministerstwa Dobrego Mydła. Odkąd je odkryłam, to nie wyobrażam sobie bez nich kąpieli. Róża z glinką to jak na razie moja ulubiona kompozycja. Gorąco polecam te półkule wszystkim wielbicielom moczenia się w wannie. Jak już marnować tyle wody, to niech będzie to jak najprzyjemniejsze doznanie i uczta dla ciała.

cof

Coś dla ducha

Porzuciliśmy „Miasteczko Twin Peaks”, po którym nie mogłam spać, na rzecz nowej „Watahy”. Ach, jak ja tęsknię za górami. W Bieszczadach byliśmy tylko raz, ale wspaniale wspominam ten wyjazd. Niestety, jechaliśmy około 9 godzin w każdą stronę, więc pewnie za szybko tam nie wrócimy. A trzeba przyznać, że jest coś wyjątkowego i urzekającego w tych górach. Na razie pozostaje podziwiać Bieszczady w serialu. Sama akcja w tym sezonie „Watahy” też całkiem wciągająca. O dziwo, jakoś udaje nam się być na bieżąco z odcinkami, choć czasami wymaga to niebywałej gimnastyki, ale dla tych zimowych, górskich widoków warto.

wataha

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz