Planowana niespodzianka

Wczesną wiosną, gdy zieloność zacznie górować nad wszechobecną szarzyzną, w naszym domu pojawi się nowa osóbka. Niedawno ważyła ponoć tyle, co tabliczka czekolady, ale mam nadzieję, że od tamtej pory nabrała masy. Ta osóbka to najprawdopodobniej chłopczyk, choć nie wiedzieć czemu, wszyscy przeczuwali dziewczynkę, a mojej babci to się nawet przyśniła nasza przyszła córeczka. Mam tylko nadzieję, że tym razem synek przejmie więcej cech po mnie, bo jeśli trafi mi się kolejny uparty indywidualista, to  zostanę całkowicie zdominowana przez moich trzech mężczyzn. Tak naprawdę to wielokrotnie wyobrażaliśmy sobie z M. dwóch chłopców bawiących się na dywanie, tylko że Wojtuś miał być tym młodszym bratem, a będzie jednak starszym i doprawdy nie wiem, jak się odnajdzie w tej roli.

W tę ciążę zaszłam tak jak chciałam. Obyło się bez wizyt u lekarza, monitoringu, leków, czyhania na dni płodne. W dodatku wciąż karmiłam Wojtusia piersią i po kilku miesiącach niezbyt intensywnych starań przestałam wierzyć, że ujrzę dwie kreski na teście, nie odstawiając synka. Postanowiłam cieszyć się wakacjami, a o zachodzeniu w ciążę pomyśleć jakoś bliżej jesieni. No i właśnie wtedy się udało, ale na początku o tym nie wiedziałam. Myślałam, że mam kolejny okres, a to było plamienie, ale nie przyszło mi do głowy, by zrobić test. Jeździłam więc sobie na rowerze, dźwigałam Wojtusia i absolutnie się nie oszczędzałam. Aż pewnego dnia poczułam mdłości. Stwierdziłam, że to pewnie jakieś zatrucie pokarmowe. Ale czułam je każdego kolejnego poranka i wtedy to już wiedziałam, że jestem w ciąży.

Mdłości towarzyszyły mi przez cały pierwszy trymestr. Nie tylko z rana, ale i popołudniami, a czasem i w nocy. Do tego jadłowstręt, obrzydzenie do różnych zapachów, zawroty głowy i obezwładniająca senność oraz w pakiecie bardzo żywy i spragniony atrakcji półtoraroczniak. Gdyby nie pomoc mojej mamy i większe zaangażowanie ze strony męża to nie wiem, jak przetrwałabym ten początek. Teraz jest o niebo lepiej, ale nie ma taryfy ulgowej. W dodatku Wojtuś przechodzi ostatnio trudny okres. Bardzo się buntuje i z niebywałą zawziętością walczy o swoje, a ja jak nigdy dotąd potrzebuję odskoczni i cóż, napiszę szczerze − ucieczki z domu. Ale w obecnej sytuacji to raczej niemożliwe. Co jakiś czas w mojej głowie pojawia się myśl o żłobku, jednak uważam, że akurat teraz Wojtek kompletnie by się w nim nie odnalazł, a w domu pewnie mielibyśmy co chwilę szpital. Na szczęście jest babcia, na której przyjazd w tygodniu czekam jak na zbawienie i w końcu uczę się wykorzystywać jej obecność na własne przyjemności.