Wiosna w komplecie

kwitnace

To był piękny, słoneczny dzień, rześki, ale zapowiadający rychłe nadejście wiosny w pełnym rozkwicie. Właśnie tak wymarzyłam sobie dzień, w którym przyjdzie na świat nasz trzeci synek. Rano pożegnaliśmy się z Wojtusiem, który został pod troskliwą opieką mojej mamy. To miało być nasze pierwsze rozstanie na noc, a właściwie, jak się potem okazało, na kilkanaście nocy.

Z domu wyjechaliśmy o 7.30, a o 9.52 Antoś był już z nami. Niezłą masę zrobił chłopak w brzuchu, bo 3770 g. Tę drugą cesarkę zniosłam dużo lepiej niż pierwszą. Może dlatego, że wiedziałam, co mnie czeka. Niemniej pionizacja tym razem nie była traumatycznym przeżyciem i przebiegła całkiem sprawnie. Mąż od razu dostał synka do kangurowania, a potem przejęłam go ja. Te pierwsze godziny z noworodkiem leżącym na piersi i mężem u boku są absolutnie magiczne, choć ja, podobnie jak przy pierwszej CC, bałam się, że nie będę mogła ruszać nogami i co chwilę prosiłam męża, by dotykał moich stóp, żebym mogła sprawdzić, czy coś czuję. Na szczęście za każdym razem czułam.

Niestety mimo ciągłego przystawiania Antka i nawet spania z nim na szpitalnym łóżku pokarmu miałam jak na lekarstwo. W trzeciej dobie, gdy już szykowałam się do wyjścia do domu, pediatra podczas badania usłyszała u Antosia szmery w serduszku. Zleciła konsultację z kardiologiem i dodatkowe badania, które zakończyły się podejrzeniem bradykardii. To był początek weekendu, więc zostaliśmy na oddziale neonatologicznym. Warunki wspaniałe, ale pobytu tam nie wspominam za dobrze. Z soboty na niedzielę postanowiłam wrócić na noc do domu. Kiedy zobaczyłam Wojtusia, z trudem powstrzymałam łzy. Tej nocy, gdy wyprzytulałam starszego synka i jednocześnie myślałam o młodszym, mleko z moich piersi popłynęło w końcu ciurkiem. W poniedziałek przewieźli nas karetką do kliniki dziecięcej na oddział kardiologiczny. Tu warunki zdecydowanie słabsze, ale za to opieka bardzo troskliwa. Fizycznie pobyt w szpitalu dał mi jednak solidnie w kość. Dostawianie Antosia podpiętego pod kabelki, z kroplówką, z leżaczkiem do fototerapii, bo w międzyczasie podskoczyła mu bilirubina, to była niezła gimnastyka. W ciągu dnia na trzy godziny zmieniał mnie mąż, bym mogła zobaczyć się z Wojtusiem i się wykąpać. Najważniejsze jednak, że bradykardia została wykluczona i przed świętami wyszliśmy do domu.

Teraz uczymy się życia we czworo. Wojtuś zafascynowany małymi rączkami i stópkami braciszka, ale jednocześnie bardzo zazdrosny. Jego świat wywrócił się do góry nogami. Antoś natomiast to niezły głodomorek. Już widzę, że karmienie piersią choćby przez pół roku to będzie wyzwanie. Jestem notorycznie zmęczona, bo Wojtek ostatnio nie śpi w dzień, a Antek z kolei jest aktywny w nocy,  ale powtarzam sobie, że to wszystko minie. Pewnie szybciej, niż się spodziewam, a teraz staram się cieszyć wiosną, tym, że jesteśmy zdrowi i że tyle fajnego przed nami.