Wakacje objazdowe

Fala upałów wygnała nas z dużego miasta i z naszego mieszkania, którego o tej porze roku bardzo nie lubię. Te wakacje spędzamy więc objazdowo i towarzysko. Jeździmy z Wojtusiem od jednej babci do drugiej, zahaczając przy okazji o naszą rodzinną działkę. Dużo przebywamy na świeżym dusznym powietrzu, moczymy nogi w dmuchanym basenie, gadamy z psami i rudym kotem, chodzimy boso po trawie i jeździmy wieczorami na rowerze, rozkoszując się podmuchami wiatru. Chciałabym też napisać, że objadamy się malinami i porzeczkami z ogródka babci D., ale to nieprawda. Objadam się nimi ja, a Wojtuś rzuca psom lub turla je niczym piłeczki i za nic w świecie nie chce spróbować. Ale myślę sobie, że kiedyś to się zmieni. Odwiedzamy też wszystkie okoliczne place zabaw. To rozrywka przede wszystkim dla mojego dziecka. Ja muszę się do tego trochę wewnętrznie przymusić. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze tylko wyjazdu w góry. Tęsknię za nimi bardzo i  w tym roku nie spocznę, póki gdzieś się nie wybierzemy.

Mam poczucie, że to lato nie idzie na marne, choć zmiany miejsca burzą z trudem wypracowaną rutynę i owocują tysiącem nocnych pobudek. W sierpniu moje myśli zawsze uciekają już w stronę jesieni, a momentami i zimy, świąt, cynamonu, pieczenia pierników… Postanowiłam zostać jeszcze trochę z Wojtusiem w domu. Cieszę się na to, co przed nami. I martwię trochę też. Jak my się odnajdziemy po takim gorącym, aktywnym lecie w te listopadowe słoty? Muszę się dobrze przygotować na chłodne miesiące i zgromadzić w sobie jak najwięcej słonecznej energii. Jesienią chciałabym też zakończyć naszą mleczną drogę. Od dłuższego czasu spędza mi to sen z powiek. I jak na razie wydaje się równie odległe i nieosiągalne jak podróż na Księżyc.

Co lubi Wojtuś. Ku pamięci

Lubi kąpać się na stojąco. Od miesięcy nie siedzi w wanience i żadne zabawki nie są go w stanie do tego nakłonić. On zatem stoi, a my go polewamy wodą z wanienki, by nie zmarzł. Ostatnio wypróbowaliśmy polewanie prysznicem. Spodobało się, więc będziemy praktykować.

Lubi być w ruchu. Od zawsze. Myślę, że niemożność przemieszczania się bardzo mu doskwierała we wczesnoniemowlęcych czasach. Za to w wieku siedmiu miesięcy zaczął pełzać z zawrotną prędkością, nie zważając na przeszkody w postaci nóg od stołu czy meblowych kantów. Chodziłam za nim krok w krok. Wspominam to jako jeden z najtrudniejszych okresów, kiedy to nie miałam czasu na nic, bo pilnowałam dziecka. Potem nastała era raczkowania. W końcu wszystkie potencjalne przeszkody obkleiliśmy folią bąbelkową, a M. uparł się, by porozkładać po całym mieszkaniu maty piankowe, żeby Wojtusiowi nie marzły dłonie. Dopiero niedawno się ich pozbyłam, gdy Wojtek zaczął sprawnie chodzić (a właściwie biegać).

Lubi jeść rosół. Jedyna domowa zupa, którą zje zawsze. Ku uciesze męża po latach przerwy rosół gości u nas co najmniej raz w tygodniu, choć trzeba przyznać, że i jego entuzjazm na widok mrugających do niego po podniesieniu pokrywki oków już nieco osłabł. No bo ileż można jeść rosół, kiedy to na tapecie powinny być botwinka czy wiosenna.

Lubi zabawki, które można ciągnąć. Drewnianego konika na sznureczku, pieska, koparkę, a najbardziej to zdezelowany, plastikowy telefon z słuchawką. Relikt przeszłości odziedziczony po kuzynach. Ale do szczęścia wystarczy byle kabelek, który daje się wlec po podłodze.

Lubi panią z warkoczami w jednej ze swoich książek. Zawsze śmieje się na widok tego obrazka. Jak się przesunie paluszkiem, to te warkoczyki można jej obciąć. Lubi też zrzucać książki i przewracać w nich strony. Ostatnio lubi nawet Pucia, bo tam jest piesek. A pieski Wojtuś lubi bardzo. I woła na nie: „Ja, ja, jaj!”.

No i wreszcie lubi wychodzić na dwór. A pamiętam, jak w zeszłym roku o tej porze na każde wyjście z Wojtusiem szykowałam się jak na wojnę. Skarżyłam się mamie, że ja tak marzę o tym, by sobie po prostu pospacerować z dzieckiem po parku, nie martwiąc się, że będzie płakać wniebogłosy. Mama pocieszała mnie, że i ja się tego doczekam, a Wojtuś jeszcze będzie mi swoje buty przynosił. No i przynosi! Tyle że teraz to nie ma mowy o spokojnym spacerowaniu, tylko trzeba ganiać za spragnionym wrażeń i ruchu dzieckiem. Ale na to nie narzekam, tylko korzystam do oporu z tej rozsłonecznionej, letniej wiosny.

wojtek-i-wozek

Falstart

A jednak nie będę mamą na etacie. Nie wiem, co mnie podkusiło, by pod koniec roku szkolnego decydować się na pracę na stanowisku nauczycielki. No dobra, przyznaję, że nie bez znaczenia była perspektywa niemalże dwumiesięcznych wakacji. Okazało się jednak, że to był pod wieloma względami falstart, a ja przeżyłam brutalne zderzenie ze szkolną rzeczywistością. Po pierwsze nigdy nie pracowałam w tym zawodzie, ale wydawało mi się, że do tego dojrzałam i że będę czerpać z tego przyjemność. Po drugie zgubiło mnie zbyt idealistyczne podejście do pracy w szkole i brak doświadczenia. Gimnazjaliści doskonale wyczuli to, że nie jestem typem srogiej pani, która bez wahania stawia jedynki i niestety szybko mnie zdominowali. Z czwartoklasistami, którzy przypadli mi w udziale, czułam się jak w przedszkolu. Byli zainteresowani wszystkim innym, tylko nie lekcją i tym, co do nich mówię. Z rodzicami na szczęście nie miałam styczności, bo w porę się opamiętałam i porzuciłam to zacne, ale jakże niedoceniane zajęcie.

Powrót do pracy miał być odskocznią, a stał się źródłem frustracji i stresu. Z ulgą wróciłam do domowych obowiązków i etatu mamy. Na razie zawieszam szukanie nowej pracy na bliżej nieokreślone jutro. Na pewno na moment, gdy zakończy się nasza mleczna droga i Wojtek zacznie przesypiać noce, a przynajmniej wieczory. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę szukać pracy w szkole. Jedno mogę stwierdzić − jestem pełna podziwu dla wszystkich nauczycieli. Epizod ten zaliczam do kategorii: „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Może to był taki prztyczek w nos na przyszłość, kiedy to Wojtuś przekroczy szkolne progi, bo rośnie mi niezłe ziółko. Teraz czas pomyśleć o jakimś wakacyjnym wyjeździe. Góry czy morze? Oto jest pytanie. Chyba jednak morze. Piasek jest taki zajmujący. Choć za górami tęsknię już tak bardzo, że aż słów mi brak.

Wiosenne rewolucje

To był wspaniały miesiąc. Zachłysnęłam się wiosną, zielenią, słońcem. Przebudziłam wreszcie na dobre z zimowego snu i odetchnęłam pełną piersią. To był miesiąc pierwszych kroków Wojtusia. Stawiał je między innymi w niezapominajkowym raju, czyli kameralnym parku, który wczesną wiosną pokrywają dywany jasnoniebieskich kwiatuszków. Dawniej przejeżdżałam tamtędy na rowerze do pracy, marząc o tym, że kiedyś zabiorę tam swoje dziecko. Zeszłej wiosny Wojtuś nie przepadał za długimi spacerami i przebywaniem poza domem, więc w tym roku nadrabiamy zaległości. A odkrywanie świata na nowo z niespełna półtoraroczniakiem jest fascynujące. Znają nas już chyba wszystkie psy z sąsiedztwa. Wojtek na widok każdego krzyczy na powitanie: „Ja, ja, jaj!”. Z podobnym entuzjazmem odnosi się do gołębi, tramwajów i autobusów. Mieliśmy iść do zoo, ale boję się, że ochrypnie.

wojtek-i-niezapominaki

W kwietniu sporo rozmyślałam o odstawieniu Wojtusia od piersi. A im więcej gdybałam na ten temat, tym bardziej on się tej piersi domagał. W końcu wsłuchałam się w swoją intuicję i doszłam do wniosku, że na kategoryczne odstawienie nie jestem gotowa i chciałabym, żeby wyszło to bardziej naturalnie. I być może niedługo tak się stanie, bo od połowy maja wracam do pracy. A właściwie zaczynam zupełnie nową pracę. Któregoś wieczoru coś mnie tchnęło i wysłałam kilka aplikacji. No i pech chciał, że z jednego miejsca się odezwali. Rodzina przyklasnęła, babcie obiecały pomagać, także nie ma wyjścia, trzeba iść do roboty, ha, ha. Jestem podekscytowana i trochę przerażona. Wojtek na początku będzie zostawał głównie z moją mamą, od czasu do czasu z drugą babcią lub z tatą. O nasze rozstania jakoś specjalnie się nie martwię. Myślę, że oboje do tego dojrzeliśmy i dobrze nam to zrobi. Tymczasem sen z powiek spędza mi to, czy dam sobie radę zawodowo w nowym miejscu. Czuję jednak, że muszę spróbować i że puzzle właśnie znalazły się na właściwych miejscach.

Z roczniakiem w domu

Gdy dziecko kończy rok, najczęściej pojawiające się pytania to: Czy jeszcze karmisz piersią? Czy już chodzi? Czy wracasz do pracy? W każdym razie są to sprawy, o które pytają mnie moje sąsiadki. Nic w tym dziwnego, bo to kwestie, które i mnie nurtują. Pierwsze kroki Wojtuś ma już za sobą i niedługo pewnie zacznie chodzić na dobre, a ja z jednej strony wyczekuję tego etapu, a z drugiej wcale mi się do niego nie śpieszy. Piersią wciąż karmię, choć nie ma dnia, a właściwie nocy, bym nie rozmyślała o odstawieniu, ale to temat na osobny post. A jeśli chodzi o pracę, to przez jakiś czas postanowiłam zostać na domowym etacie.

Po pierwsze, to nie mam pracy, do której mogłabym wrócić, bo gdy zaszłam w ciążę z Wojtusiem, byłam zatrudniona na zastępstwo i od początku wiedziałam, że umowa nie będzie przedłużona. Wcześniej pracowałam naukowo i dodatkowo jako freelancer. Praca naukowa to zamknięty rozdział w moim życiu, ale do zleceń teoretycznie mogłabym wrócić, tylko wymagałoby to przeorganizowania naszej codzienności. Nie wyobrażam sobie pracować w domu przy Wojtusiu. Nie można go na zbyt długo spuścić z oczu, a gdy już zaśnie, to najczęściej ja też drzemię z nim lub regeneruję się, czytając książkę czy przeglądając Internet. O nadgonieniu jakichś domowych obowiązków nie ma mowy, bo Wojtka budzi najcichszy szmer, chyba że zależy mi na tym, by się obudził, to wtedy oczywiście śpi kamiennym snem. Pozostają wieczory, ale jako typowy ranny ptaszek nigdy o tej porze nie byłam wydajna, a po całym dniu z Wojtkiem to już tym bardziej. I jeszcze jedna kluczowa dla mnie kwestia. Gdy się tak przebywa z dzieckiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, to raczej  człowiek miałby ochotę z rana się wyszykować, zamknąć za sobą drzwi i poprzebywać trochę z dorosłymi ludźmi, a niekoniecznie zostać w czterech ścianach i rozgardiaszu.

Do jesieni postanowiłam dać sobie czas, nacieszyć się w pełni wiosną i latem, zwłaszcza że z takim roczniakiem podskakującym w wózku na widok każdego mijanego psa, gołębia, autobusu czy tramwaju jest naprawdę wesoło. Żal by mi było tych ciepłych miesięcy, które na pewno dają większe pole do popisu niż zima. W zeszłym roku nie nacieszyłam się nimi wystarczająco. Przyznaję jednak, że miewamy też trudne dni, kiedy marzę o tym, by wyjść z domu na te kilka godzin, wrócić stęskniona do mojego dziecka i zająć się nim z nową energią. Ale wtedy z opresji ratuje nas najczęściej babcia. Jesienią będę się martwić, co dalej. A może wcale nie trzeba będzie się martwić, bo życie przyniesie najlepsze rozwiązanie w najdogodniejszym momencie…

Rok temu…

tort-w-sypialni

Rok temu patrzyłam przez okno na szpitalny dziedziniec. Było mroźnie i słonecznie. A nad ranem zaczął prószyć śnieg. Patrzyłam w to okno i nie mogłam przestać się uśmiechać. Wydawało mi się, że unoszę się lekko nad ziemią. A obok mnie, na wyciągnięcie ręki spałeś Ty.

To był najbardziej przełomowy i wyjątkowy rok w moim życiu. Rok z naszym synkiem Wojtusiem. Rok, w którym oddałam się macierzyństwu, byciu z Nim i dla Niego, budzeniu się i zasypianiu przy tym małym, ciepłym ciałku.

Czy coś bym zmieniła, gdyby ktoś pozwolił mi cofnąć czas? Chyba bardziej cieszyłabym się chwilą, mniej przejmowała błahościami dnia codziennego. Tym, że niepozmywane, że nieodkurzone, że obiad jemy na kolację… Może udałoby mi się żyć jeszcze uważniej. Ale na pewno nie oddałabym ani jednej chwili, którą spędziliśmy razem. Nie żałuję nieodbytych wizyt u kosmetyczki czy u fryzjera, nieobejrzanych seriali, nieprzebiegniętych dystansów i niedojedzonych w spokoju śniadań. Na to wszystko przyjdzie jeszcze pora, a Ciebie takiego małego i pachnącego miałam tylko raz. I nie wymazałabym nawet tych łez z bezsilności czy zmęczenia, małych smutków, które czasem wkradały się w nasze życie. Dziś wiem, że były potrzebne i oczyszczające. Z nich również utkane jest moje macierzyństwo.

Ten rok minął, zanim się obejrzałam, zanim na dobre rozgościłam się w byciu mamą. I wciąż mi tego mało.

LiśćWojtusiu, jesteśmy dumni i przeszczęśliwi, że zostałeś naszym synkiem. Rok temu dzięki Tobie obudziliśmy się na nowo do życia.

wojcieszektorcik-na-stole

Spacery po dzielni

Ostatnio naszło mnie na wspominki i zapragnęłam zajrzeć do moich dawnych wpisów z początków macierzyństwa, a nawet z okresu ciąży. Przy niektórych zakręciła się łezka w oku, przy innych uśmiałam się w duchu, ale przede wszystkim utwierdziłam się w przekonaniu, że lubię ten mój blogowy pamiętnik i nie jestem gotowa na rozstanie z tym wirtualnym światem. Tyle cennych chwil poszłoby w zapomnienie, gdyby nie to miejsce. Tylko z czasem na pisanie bardzo krucho, jako że Wojciech to żywe srebro. Te dwie godzinki wieczorem, które mam dla siebie pomiędzy jedną a drugą pobudką, mijają niepostrzeżenie. Ale dzisiaj to już muszę Wam o czymś napisać. Mianowicie po raz pierwszy od kiedy mam Wojtka, doświadczyłam tego, że ktoś zupełnie obcy postanowił mnie pouczyć, co jest najlepsze dla mojego dziecka.

Jak co dzień koło południa wyszliśmy sobie z Wojtkiem na spacer, to znaczy ja szłam, a Wojtuś był wieziony przeze mnie w spacerówce. Podążaliśmy osiedlową uliczką w stronę warzywniaka, kiedy z daleka dostrzegłam kobiecą postać w lisiej czapie, z rozwianym włosem i papieroskiem w dłoni. Gdy się mijałyśmy, kobieca postać zagadnęła do mnie z troską:

− Proszę Pani, psycholodzy się w radiu wypowiadają, że nie można wozić dziecka tyłem do siebie, że dziecko musi widzieć mamę, by czuć się bezpiecznie…

A ja myślałam, że o drogę będzie mnie pytać. W tym momencie przerwałam i może niezbyt błyskotliwie, ale kulturalnie, odpowiedziałam, że najlepiej, by każdy był ekspertem od własnego dziecka. I poszliśmy sobie z Wojtkiem dalej. Poniewczasie żałowałam, że nie powiedziałam czegoś na temat konsekwencji palenia papierosów, ale jak zawsze w takich sytuacjach lotne riposty przychodzą do głowy, gdy już na nie za późno.

Przyznam, że ani trochę nie przejęłam się tym, co owa pani miała mi do powiedzenia i podeszłam do całej sytuacji ze śmiechem. Niestety, to takie nagminne, że każdy czuje się specjalistą w dziedzinie wychowywania czyichś dzieci i rości sobie prawo do tego, by bez ogródek zaczepić młodą matkę na ulicy i ją skrytykować. Ja też mam swoje zdanie na różne tematy, ale nie odważyłabym się zaczepić kogoś na przykład na przystanku i powiedzieć mu, żeby nosił czapkę, bo się przeziębi.

Ale jest i druga strona medalu. Kiedyś, gdy nie mieliśmy jeszcze dzieci z M., to zdarzało nam się krytycznie oceniać między sobą zachowania napotykanych w różnych sytuacjach rodziców. Od kiedy mamy pod swoimi skrzydłami dość charakternego osobnika, to zdecydowanie spuściliśmy z tonu. Jakiś czas temu postanowiliśmy się wybrać z Wojtusiem na burgery do restauracji. Sobota koło południa, poza nami może z jedna para, ale Wojtkowi się nie podobało. Zamiast zjeść na spokojnie te burgery, to najpierw w biegu jadłam ja, a ojciec nosił i zabawiał marudzącego Wojtusia, a potem zamiana. I wtedy przypomnieliśmy sobie, jak to wracając z wypadu w góry, podczas którego usilnie staraliśmy się o naszego synka, w jednej z popularnych pizzerii obserwowaliśmy parę z dzieckiem. Oni jedli pizzę, a niemowlę siedziało w krzesełku i patrzyło w ekran postawionego przed nim smartfona, na którym migała jakaś bajka. Byliśmy zniesmaczeni, że jak tak można i my to byśmy tak nie zrobili. Oczywiście te uwagi wymieniliśmy między sobą. No fakt, nie robimy tak, ale mimo wszystko mam dla tych rodziców wiele zrozumienia.

wojtekaJeszcze słówko o naszych spacerach. Jak pewnie dobrze pamiętacie, Wojtek nie pałał miłością do wózka. Polubił go, dopiero gdy zaczęliśmy jeździć w spacerówce z siedziskiem przodem do kierunku jazdy.

Grudniowe małe przyjemności i … blogowy urlop

Jak dobrze, że zaraz po listopadzie przychodzi grudzień. Można czym prędzej strzepnąć z siebie niczym kurz wszelkie troski i już od pierwszego grudnia zacząć rozpalać w sobie i dookoła zimowo-świąteczny nastrój. I choć do końca miesiąca jeszcze kawałek, to już nazbierałam trochę małych przyjemności. Swoiście grudniowych.

Do noszenia

czapka czapka_2Tę ciepłą i miękką czapkę zakupiłam sobie u Inu (inu.com.pl), której profil na instagramie śledzę jakoś od lata i niezmiennie zachwycam się jej włóczkowymi dziełami, a także podziwiam za talent, determinację i niesamowitą pracowitość. Długo zwlekałam z zamówieniem czapki, bo wciąż nie mogłam się zdecydować na kolor. Podobała mi się i pudroworóżowa, i bordowa, i błękitna, i ta lisia też bardzo mi się podobała. Któregoś ranka okazało się, że jest dostępnych kilka sztuk od ręki, a wśród nich moja jasnoszara w białe serduszka. I to był bardzo dobry wybór. Dzięki stonowanej kolorystyce pasuje do moich zimowych okryć wierzchnich, a ten biały pompon kojarzy mi się ze śniegową kulą. Czapka jest bardzo starannie wykonana, tak od serca, no i od serca zapakowana, z odręcznie napisaną dedykacją. Za każdym razem gdy ją zakładam, to mam uśmiech na twarzy. To jest taka przyjemność mieć coś, co ktoś wykonał dla nas, wkładając w to dobrą energię i serce. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak zamówić czapę dla Wojtusia.

Kalendarz adwentowy

Z małym poślizgiem, bo późnym wieczorem 1 grudnia zawisł u nas zeszłoroczny kalendarz adwentowy. Tak jak poprzednio w każdym pudełeczku znajduje się myśl na dany dzień, a także czekoladki dla mnie i dla męża. Dla Wojtka kupiłam kilka zabawek, które miał dostawać co parę dni, ale uznałam, że dwie z nich są jednak za dorosłe dla niego, a pozostałe dałam mu w pierwszym tygodniu.

Wszystkie cytaty do kalendarza wybrałam z książki, którą podarowała mi moja przyjaciółka, mianowicie „Duży, mały poradnik życia”. Wybierałam je głównie dla siebie i męża, żebyśmy na każdy dzień mieli taką przewodnią myśl, np. „Rób to, co i tak musisz zrobić,
w pogodnym nastroju”, „Nie pozwól, żeby twoje marzenia
zarosły chwastami” albo ze szczególną dedykacją dla męża „Popieraj swoją żonę. Bądź jej najlepszym przyjacielem i największym fanem”. Do pudełeczek trafiły losowo, więc i ja mam niespodziankę. Zdarza się jednak, że w porannym biegu zapominamy o tym, by stanąć przy kalendarzu i pudełko otwieramy wspólnie dopiero wieczorem. Tak naprawdę to nie mogę się już doczekać kalendarza, z którego Wojtuś będzie coś więcej rozumiał. To dopiero będzie frajda, a w tym roku po prostu chciałam podtrzymać tradycję.

Miejsca w sieci

Są takie dwa blogi, które śledzę od lat, mianowicie Magiczny Domek i Home Fragrance. A przed świętami zaglądam na nie ze szczególną przyjemnością, bo dziewczyny swoimi wpisami cudownie tworzą przedświąteczny, rodzinny klimat. To takie internetowe kalendarze adwentowe, do których zaglądam podczas wieczornego karmienia Wojtusia. Uwielbiam takie  wpisy o zwyczajnej codzienności, o jej celebrowaniu i dążeniu do tego, by skupiać się na pozytywach. Sama bardzo bym chciała stworzyć Wojtusiowi taki ciepły, spokojny dom.

Książki

Wiecie, że uwielbiam książki dziecięce, a najbardziej lubię te świąteczno-zimowe. W tym roku do naszej biblioteki dołączyło kilka nowych tytułów: „Święta Tupcia Chrupcia”, „Wyprawa Świętego Mikołaja”, „O zimie”, „Kicia Kocia Zima”, „Pani Imbir i Szkoła Elfów”. Tę ostatnią pozycję dołożę do prezentu dla mojej chrześnicy. Mam nadzieję, że kiedyś nadejdą takie czasy, gdy będziemy sobie czytać te wszystkie zgromadzone przeze mnie bajki wspólnie z Wojtusiem. Teraz to przyjemność głównie dla mnie. Lubię sobie usiąść na dywanie obok brojącego Wojciecha, poczytać na głos, pooglądać prawdziwą, śnieżną zimę na ilustracjach. Nieraz na chwilę uda mi się zainteresować synka, ale jednak najbardziej zajmuje go obecnie przemieszczanie się, wstawanie, chodzenie przy meblach i odklejanie wszelkich zabezpieczeń. Na książki przyjdzie jeszcze czas.

wojtek-i-ksiazki_coldPrzed nami pierwsze wspólne święta. Wigilię spędzimy u rodziców męża, a w pierwszy dzień świąt spotkamy się z rodziną u mojej mamy. Dawno nigdzie nie jeździliśmy z Wojtusiem, dlatego bardzo cieszę się na te rodzinne spotkania, a z drugiej strony staram się nie mieć wielkich, wyidealizowanych oczekiwań. Wiadomo, że z niemowlakiem różnie może się to wszystko potoczyć. Poza tym ja chyba najbardziej lubię ten czas oczekiwania i przygotowań do świąt, a same święta jakoś tak mniej. W dodatku sporo problemów spadło ostatnio na moją mamę. Jest przybita, a i mnie martwi wiele spraw i nie mam już pomysłu, jak je rozwiązać. No ale przynajmniej na czas świąt trzeba to wszystko odłożyć na bok, zwłaszcza że w Wigilię Wojtuś skończy 10 miesięcy!

Ostatnio brakuje mi czasu na pisanie, a może i chęci. Poczułam coś w rodzaju wypalenia i doszłam do wniosku, że chyba potrzebuję blogowego urlopu. Muszę sobie przemyśleć różne sprawy, zrobić porządki w głowie, naładować baterie, ale też zadbać o swoje zdrowie, porobić badania, udać się na wizyty kontrolne itd. Ale to już plan na nowy rok. Mam nadzieję, że wrócę tu z nową energią i weną do pisania i że nadal będziecie tu zaglądać. Tymczasem życzymy Wam z Wojtusiem błogiej i beztroskiej końcówki roku.

Kisielowe love, czyli burak dla niejadka i trochę o naszym rozszerzaniu diety

Jedną z pamiątek, które zachowały się z mojego wczesnego dzieciństwa, była torba pełna budzików. Cóż, rodzice nie dysponowali wtedy takimi cudacznymi zabawkami, jakie mamy do wyboru obecnie. Tymczasem budzik był  bardzo przydatnym gadżetem w trakcie rozszerzania mojej diety. Na sam dźwięk wydawanego przez niego dzwonka rozdziawiałam paszczę, do której moja mama chybcikiem pakowała mi łyżkę zupy czy też innego pokarmu. Wielokrotnie słyszałam te opowieści i obiecałam sobie, że ja nie będę mojemu dziecku wmuszać jedzenia, uciekając się do tego rodzaju sztuczek.

Tak mi się marzyło, że Wojtuś nie pójdzie w moje ślady, ale jednak jako syn mój nieodrodny entuzjastą jedzenia wszelakiego zdecydowanie nie jest. A początki były bardzo obiecujące. Pierwsze marchewki, dynie, ziemniaczki, pietruszki pochłaniał tak, że aż mu się uszy trzęsły. Potem odmówił jedzenia czegokolwiek innego niż moje mleko. Obecnie mamy kilka pewniaków w menu, które raczej zawsze przejdą, a ja nieustannie staram się przekonywać go do nowych smaków i konsystencji.

Zaczęliśmy tradycyjnie, czyli od papek. Na BLW w szóstym miesiącu Wojtek zdecydowanie nie był gotowy. Gdy skończył siedem miesięcy zaczęłam nieśmiało podawać mu owoce i warzywa, które same rozpływały się w ustach: dojrzałą gruszkę pokrojoną w słupki, mango, batata ugotowanego na parze. Teraz stosuję metodę mieszaną. Codziennie daję mu coś do przegryzienia (zębów na razie brak), ale jednocześnie dostaje inne pokarmy łyżeczką. Największy problem mam z obiadami, bo Wojtek nie lubi moich zup i nieraz odmawia zjedzenia choćby odrobiny. Rozsmakował się zwłaszcza w dwóch słoiczkach: delikatnych jarzynkach z królikiem i delikatnych jarzynkach z cielęciną. Z domowych zup polubił rosół i krupnik. Na szczęście gdy dostaje coś, co może zjeść sam, nie grymasi. I tak zaznajamiam go z brokułami czy fasolką szparagową, a z innych warzyw, których nie może wygodnie chwycić, przygotowuję mu pesto i podaję oblepione nim kluski, np. penne.

Uparłam się, żeby włączyć Wojtkowi do diety buraki. Niestety, żadne zupy krem z burakiem w roli głównej nie posmakowały mu. Od święta mogę mu podać pieczonego buraka do rączki (choć nie wiem, czym bym doczyściła potem kuchnię), ale chciałam, by burak zagościł u nas na stałe. No i znalazłam w końcu sposób na tego buraka. Wojtuś uwielbia kisiel. Początkowo przygotowywałam mu gruszkowo-jabłkowy, potem wymyśliłam, że można go komponować z warzywami, np. marchewką, dynią czy właśnie burakiem. Hitem jest u nas obecnie kisiel gruszkowo-malinowo-buraczkowy, który i mnie bardzo smakuje.

Domowy kisiel gruszkowo-malinowo-buraczkowy

kisiel

Składniki:
słodka, dojrzała gruszka
kilka mrożonych malin
kawałek ugotowanego lub upieczonego buraka*
łyżeczka mąki ziemniaczanej

Gruszkę pokroić w kostkę i podgotować do miękkości na parze. Maliny opłukać pod bieżącą wodą, następnie poddusić je w rondelku, podlewając odrobiną wody. Dodać do nich gruszkę wraz z wodą z gotowania na parze. Kawałek buraka zblendować i dołożyć do owoców.  Wszystko chwilę podgotować, jeśli to konieczne − dolać wody. Następnie rozgnieść owoce i buraka tłuczkiem do ziemniaków. W niewielkiej ilości zimnej wody rozpuścić mąkę ziemniaczaną i dolać do rondla. Chwilę podgotować.

* Im więcej buraka, tym bardziej będzie on wyczuwalny w smaku. Ja ostatnio dołożyłam aż połowę i w tej wersji kisiel nie był zjedzony z takim apetytem jak poprzednio.

 

Październikowe małe przyjemności

pazdziernik

Październik, październik… Dziwny to był miesiąc. Pełen sprzeczności. Dużo uciech i wdzięczności, trochę słonecznej pogody, którą wykorzystaliśmy do cna, spacerując wśród szeleszczących liści, ale i nieco smutku oraz stresujących wieści, które wciąż trzymają w napięciu. Jedno się nie zmienia − przeciekający przez palce czas. Musiałam przejrzeć zdjęcia w telefonie, by przypomnieć sobie październikowe przyjemności.

Coś dla ciała

Biustonosz dla matki karmiącej

Po siedmiu miesiącach karmienia piersią sprawiłam sobie wreszcie porządny biustonosz do karmienia, a to za sprawą koleżanki, która też karmi i poleciła mi markę Alles. Mają stacjonarny sklep w naszym mieście, dzięki czemu mogłam bez problemu dobrać odpowiedni dla siebie rozmiar stanika. Jestem nim zachwycona. Po pierwsze jest ładny, ale najważniejsze, że jest wygodny. Nie umywa się do tych sieciówkowych, np. z H&M, których dotychczas używałam. Wydawało mi się, że pewnie wszystkie biustonosze dla matek karmiących są zaprojektowane w ten sam sposób, ale ten z Alles jest dużo fajniej skonstruowany, dzięki czemu się nie odkształca. Świetnie dopasowuje się do piersi, nadając im ładny kształt za sprawą delikatnego usztywnienia, a przy tym nie uwiera i w ogóle czuję się w nim jak w sportowym, bawełnianym staniku, a tymczasem mam na sobie całkiem kobiecy biustonosz. Upatrzyłam sobie już kolejny model i w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze trochę pokarmić Wojtka. Swoją drogą nasze cyckowo-azylkowo (jak mawia Śliwka), trwa w najlepsze i wygląda na to, że z wyboistych ścieżek zboczyliśmy w końcu na gładką i przyjemną mleczną drogę.

Półkule kąpielowe

Październik był jakiś przełomowy, bo pierwszy raz od pojawienia się Wojtka na świecie wzięłam kąpiel w wannie zamiast szybkiego prysznica. Niestety, zmusił mnie do tego okropny ból korzonków, przez który nie mogłam normalnie funkcjonować. Kąpiel specjalnie na to nie pomogła, ale dobrze wpłynęła na moje samopoczucie, zwłaszcza że rozpuściłam sobie półkulę kąpielową z suszonym nagietkiem z Ministerstwa Dobrego Mydła. Odkąd je odkryłam, to nie wyobrażam sobie bez nich kąpieli. Róża z glinką to jak na razie moja ulubiona kompozycja. Gorąco polecam te półkule wszystkim wielbicielom moczenia się w wannie. Jak już marnować tyle wody, to niech będzie to jak najprzyjemniejsze doznanie i uczta dla ciała.

cof

Coś dla ducha

Porzuciliśmy „Miasteczko Twin Peaks”, po którym nie mogłam spać, na rzecz nowej „Watahy”. Ach, jak ja tęsknię za górami. W Bieszczadach byliśmy tylko raz, ale wspaniale wspominam ten wyjazd. Niestety, jechaliśmy około 9 godzin w każdą stronę, więc pewnie za szybko tam nie wrócimy. A trzeba przyznać, że jest coś wyjątkowego i urzekającego w tych górach. Na razie pozostaje podziwiać Bieszczady w serialu. Sama akcja w tym sezonie „Watahy” też całkiem wciągająca. O dziwo, jakoś udaje nam się być na bieżąco z odcinkami, choć czasami wymaga to niebywałej gimnastyki, ale dla tych zimowych, górskich widoków warto.

wataha

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz