Październikowe małe przyjemności

pazdziernik

Październik, październik… Dziwny to był miesiąc. Pełen sprzeczności. Dużo uciech i wdzięczności, trochę słonecznej pogody, którą wykorzystaliśmy do cna, spacerując wśród szeleszczących liści, ale i nieco smutku oraz stresujących wieści, które wciąż trzymają w napięciu. Jedno się nie zmienia − przeciekający przez palce czas. Musiałam przejrzeć zdjęcia w telefonie, by przypomnieć sobie październikowe przyjemności.

Coś dla ciała

Biustonosz dla matki karmiącej

Po siedmiu miesiącach karmienia piersią sprawiłam sobie wreszcie porządny biustonosz do karmienia, a to za sprawą koleżanki, która też karmi i poleciła mi markę Alles. Mają stacjonarny sklep w naszym mieście, dzięki czemu mogłam bez problemu dobrać odpowiedni dla siebie rozmiar stanika. Jestem nim zachwycona. Po pierwsze jest ładny, ale najważniejsze, że jest wygodny. Nie umywa się do tych sieciówkowych, np. z H&M, których dotychczas używałam. Wydawało mi się, że pewnie wszystkie biustonosze dla matek karmiących są zaprojektowane w ten sam sposób, ale ten z Alles jest dużo fajniej skonstruowany, dzięki czemu się nie odkształca. Świetnie dopasowuje się do piersi, nadając im ładny kształt za sprawą delikatnego usztywnienia, a przy tym nie uwiera i w ogóle czuję się w nim jak w sportowym, bawełnianym staniku, a tymczasem mam na sobie całkiem kobiecy biustonosz. Upatrzyłam sobie już kolejny model i w tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze trochę pokarmić Wojtka. Swoją drogą nasze cyckowo-azylkowo (jak mawia Śliwka), trwa w najlepsze i wygląda na to, że z wyboistych ścieżek zboczyliśmy w końcu na gładką i przyjemną mleczną drogę.

Półkule kąpielowe

Październik był jakiś przełomowy, bo pierwszy raz od pojawienia się Wojtka na świecie wzięłam kąpiel w wannie zamiast szybkiego prysznica. Niestety, zmusił mnie do tego okropny ból korzonków, przez który nie mogłam normalnie funkcjonować. Kąpiel specjalnie na to nie pomogła, ale dobrze wpłynęła na moje samopoczucie, zwłaszcza że rozpuściłam sobie półkulę kąpielową z suszonym nagietkiem z Ministerstwa Dobrego Mydła. Odkąd je odkryłam, to nie wyobrażam sobie bez nich kąpieli. Róża z glinką to jak na razie moja ulubiona kompozycja. Gorąco polecam te półkule wszystkim wielbicielom moczenia się w wannie. Jak już marnować tyle wody, to niech będzie to jak najprzyjemniejsze doznanie i uczta dla ciała.

cof

Coś dla ducha

Porzuciliśmy „Miasteczko Twin Peaks”, po którym nie mogłam spać, na rzecz nowej „Watahy”. Ach, jak ja tęsknię za górami. W Bieszczadach byliśmy tylko raz, ale wspaniale wspominam ten wyjazd. Niestety, jechaliśmy około 9 godzin w każdą stronę, więc pewnie za szybko tam nie wrócimy. A trzeba przyznać, że jest coś wyjątkowego i urzekającego w tych górach. Na razie pozostaje podziwiać Bieszczady w serialu. Sama akcja w tym sezonie „Watahy” też całkiem wciągająca. O dziwo, jakoś udaje nam się być na bieżąco z odcinkami, choć czasami wymaga to niebywałej gimnastyki, ale dla tych zimowych, górskich widoków warto.

wataha

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

A gdy przychodzi jesień

jesienA gdy przychodzi jesień, którą od zawsze kocham całym sercem, myślami jestem częściej przy naszym pierwszym synku, który właśnie jesienią miał pojawić się na świecie. Choć myślę o nim także w lecie i na wiosnę, pod prysznicem, jedząc kolację albo bawiąc się z Wojtusiem. Wtedy muszę go czym prędzej przytulić. Tak z całych sił. I szepnąć na ucho, jak bardzo go kocham i jak bardzo cieszę się, że go mamy.

Czasami zastanawiamy się z M., jaki byłby Tymek. Patrzymy na Wojtka i wyobrażamy go sobie na jego podobieństwo. I ta strata staje się jeszcze bardziej namacalna, bo teraz już wiemy, jaka to jest miłość. Z każdym dniem, tygodniem, miesiącem coraz potężniejsza. Cudownie byłoby mieć ich obu, a z drugiej strony przepełnia mnie wdzięczność za to, że Wojtuś jest z nami, że nie musieliśmy czekać na niego latami, że właściwie pojawił się pod postacią dwóch kresek na teście ciążowym, zanim w pełni zagoiły się rany po odejściu Tymka. Uratował mnie. Nas. I choć czasami łza zakręci się w oku (tak jak dziś, gdy puściłam „Spadochron” Meli Koteluk, a byliśmy na jej koncercie z Tymusiem w brzuchu),  to Wojtuń, to nasze żywe srebro, sprawia, że trwa to tylko ulotną chwilę.

Nieraz mojej mamie przyśni się Tymuś. Albo malutki błękitny sweterek. Wiadomo, że to Tymkowy, bo na Wojtka byłby za mały. Ja długo czekałam na taki sen. Gdy byłam w ciąży z Wojtusiem, to przyśnił mi się raz piękny chłopczyk o dużych brązowych oczach i ciemnych, kręconych włosach. Sama nie wiedziałam, czy to pierwszy synek, czy drugi. Dziś myślę, że to był Tymuś. Taki uśmiechnięty i szczęśliwy. Pamiętam, że bardzo mnie to uspokoiło.

Od czasu do czasu jeździmy z Wojtusiem na cmentarz. Najczęściej w niedzielę. To dobre miejsce na spacer, bo cmentarz mamy piękny. Teraz Wojtuś jest jeszcze malutki i może niewiele rozumie, ale zawsze mówimy mu, że jedzie odwiedzić swojego braciszka. Może za jakiś czas zostawi mu jedną ze swoich zabawek. A może nie będzie chciał się rozstać z żadną z nich, a ja nie będę mieć mu tego za złe. Nie chcę, by kiedykolwiek te wyprawy kojarzył z przykrym obowiązkiem. Nie chcę tworzyć wokół nich grobowej, posępnej atmosfery i tematu tabu. Obiecałam sobie, że nigdy też nie będę go zmuszać do chodzenia na cmentarz, a gdy podrośnie, pozwolę mu pójść na imprezę Halloween, a może sama upiekę dla niego jakieś nietoperze czy paluchy wiedźmy. Chciałabym jednak bardzo, żeby wiedział o tym, że miał braciszka. Chciałabym, żeby to było naturalne, że przejeżdżając obok cmentarza, machamy Tymkowi i mówimy „cześć”, czasem go odwiedzamy i opowiadamy, co u nas. A potem idziemy na lody albo do kina. Jak to w niedzielę…

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lubię moje niespełna ośmiomiesięczne dziecko

Niedawno moja koleżanka urodziła synka. To nie była bezproblemowa ciąża, ale ostatecznie chłopczyk przyszedł na świat donoszony, zdrowy i z zacną wagą. Przesłała mi cudne zdjęcia ze szpitala i obiecała, że się odezwie, gdy tylko dojdzie do siebie. I tak minęły ze trzy tygodnie, a ona nie dawała znaku życia, więc napisałam do niej wiadomość z zapytaniem, jak się mają i nieco półżartem dodałam, że mam nadzieję, iż nie ma baby bluesa. Po kilku godzinach otrzymałam odpowiedź, że jakoś dają radę, ale ona baby bluesa chyba jednak ma, bo płacze dzień w dzień. I wiecie co? Przypomniałam sobie, jak to było na początku i doszłam do wniosku, że ja wcale nie tęsknię za tym czasem, gdy Wojtuś był takim dużo płaczącym okruchem. Z rozrzewnieniem przeglądam jego noworodkowe zdjęcia w telefonie, czasem się z mężem pośmiejemy, częściej rozczulimy, ale jeśli mam być szczera, to nie chciałabym teraz cofnąć czasu. Te początki z dającym się łatwo wyprowadzić z równowagi noworodkiem i wszystkie pierwsze razy były szalenie stresujące. Pierwsze obcinanie mikroskopijnych paznokietek, przemywanie pępuszka, pierwsze podawanie witaminy D czy zakrapianie ropiejącego oczka. Wreszcie pierwsze kąpiele, podczas których Wojtek darł się, jakby go ze skóry obdzierali, przez co kąpaliśmy go najrzadziej, jak było to możliwe, a i tak się bałam, że sąsiedzi naślą na nas opiekę społeczną. Moje zagwozdki i poszukiwania odpowiedzi na forach odnośnie tego, czy noworodka lepiej przewijać przed karmieniem, czy też po karmieniu? Potem niestety pierwsze infekcje, podawanie leków i inhalacje. Zwalczanie przebrzydłej ciemieniuchy czy próby przekonania dziecka do spędzenia choć kilku chwil dziennie w znielubionej pozycji na brzuchu.

Często czułam się zagubiona, zdezorientowana, niekompetentna. Nie rozumiałam mojego dziecka, nie wiedziałam, dlaczego płacze, bałam się  z nim zostawać sama. Skoki rozwojowe? Mieliśmy taki okres, kiedy wydawało mi się, że u nas jest ciągły skok rozwojowy przeplatany tylko krótkimi, spokojnymi momentami. Odliczałam tygodnie, aż synek skończy trzy miesiące, czyli osławiony czwarty trymestr. Ale znacząca poprawa nastała po piątym miesiącu. To wtedy w końcu złapałam oddech i w pełni zaczęłam się cieszyć macierzyństwem. Tyle czasu było mi trzeba, by nabrać pewności siebie jako mama, odnaleźć się jakoś w tej nowej, życiowej roli. A i Wojtuś z każdym kolejnym miesiącem czuł się lepiej i bezpieczniej na planecie Ziemia. Od niedawna zaczęłam jeździć z nim sama autem, wychodzić na dłuższe spacery (bo wózek spacerowy odwrócony tyłem do matki okazał się być całkiem fajnym miejscem), zabierać na zakupy czy do kawiarni.  Mimo że odkąd Wojciech uprawia pełzako-raczkowanie, eksplorując świat i wszystkie niedozwolone kąty w naszym mieszkaniu, a ja muszę mieć oczy dookoła głowy, by wyłowić go na przykład spod kanapy, to nie tęsknię za tym czasem, gdy znajdowałam go dokładnie tam, gdzie go odłożyłam. Jeszcze nie tęsknię. I staram się nie przyspieszać, nie odliczać, aż usiądzie, aż stanie na nogi, aż zacznie sam pić z kubeczka, nie zalewając sobie przy tym całego bodziaka. Chłonę i cieszę się naszym TERAZ.

wojtek

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Wrześniowe małe przyjemności

wrzesien

Największe wrześniowe przyjemności skumulowały się w końcówce miesiąca. Wcześniej tylko wiało i padało, a ja każdą wolną chwilę poświęcałam na przygotowania do chrztu, przed którym całą naszą trójkę dopadło bardzo dokuczliwe przeziębienie. Mimo przeciwności chrzest się odbył. W strugach deszczu i przy akompaniamencie zawodzenia przeplatanego wrzaskiem Wojtusia. Za to ostatni tydzień września, kiedy zawitała do nas wreszcie złota polska jesień, wycisnęłam do cna.

Coś dla ciała

We wrześniu zmobilizowałam się, by jakoś bardziej się o siebie zatroszczyć i aż trzy razy nałożyłam sobie na twarz maseczkę. Szczególnie sprawdziła się u mnie węglowa maska oczyszczająca z zieloną glinką z Bielendy. Świetnie podziałała na moją zmęczoną, skłonną do przetłuszczania się skórę. Tylko zastanawiałam się, jaka byłaby reakcja Wojtka, gdyby się wcześniej obudził i mnie w niej zobaczył. Pewnie nie mógłby zasnąć do rana. Na szczęście za każdym razem zdążyłam ją spokojnie zmyć i obyło się bez koszmarów.

Coś dla ducha

Pamiętam dobrze, jak moi rodzice zasiadali wieczorami przed telewizorem, by obejrzeć kolejny odcinek „Miasteczka Twin Peaks”, a ja z moim młodszym/starszym bratem (tego najmłodszego nie było jeszcze na świecie) skradaliśmy się, próbując coś dojrzeć zza harmonijkowych drzwi do salonu. Niestety, rodzice zawsze jakoś wyczuwali naszą obecność i przeganiali nas do swoich pokoi. W mojej głowie serial ten zapisał się jako absolutnie przerażający i nawet po latach, gdy tylko słyszałam w radiu dźwięki elektryzującej ścieżki dźwiękowej, przechodziły mi ciarki po plecach.

Ostatnio obiło mi się o uszy, że powstał kolejny sezon „Miasteczka Twin Peaks”. Pomyślałam sobie, że to może dobry moment, by stawić czoło serialowemu demonowi z przeszłości. Mój mąż przystał na tego rodzaju wieczorną rozrywkę, choć jako że jest starszy ode mnie kilka lat, to w przeszłości miał okazję oglądać ten serial, ale twierdzi, że nic nie pamięta. Przyznał jedynie, że zrobił sobie fryzurę jak jeden z bohaterów. Konkretnie jak Bobby, ha, ha. Pamiętam takie jedno jego zdjęcie z młodzieńczych lat. No nie była to najbardziej twarzowa dla niego fryzura…

Na razie obejrzeliśmy jeden odcinek. Wciągnęłam się, trochę się przestraszyłam, trochę też się pośmiałam, ale w nocy jednak trudno było mi zasnąć. Mimo że „Miasteczko Twin Peaks” trąci nieco myszką, to ma w sobie niepokojący ładunek, tak charakterystyczny w moim odczuciu dla Lyncha. I ci jego bohaterowie – dziwni, nieprzeniknieni, szaleni. Na szczęście asystentka z komisariatu i płaczliwy policjant rozładowują napięcie. W październiku będziemy kontynuować.

Wiatr w żagle

verte

W ostatni wrześniowy piątek, nie zważając na jęki, stęki i protesty mego syna, zapakowałam go do samochodu i po raz pierwszy wybrałam się z nim sama autem do miasta i do kawiarni na spotkanie z moją przyjaciółką. To był piękny, słoneczny dzień, choć nieco wietrzny, ale dla mnie przełomowy. Pewnie wiele matek popukałoby się w głowę, czytając o mojej ekscytacji z takiego powodu. Cóż, w ciąży wyobrażałam sobie, że będę Wojtka wszędzie ze sobą zabierać, a jak skończy trzy miesiące, to pojedziemy nad morze, jednak okazało się, że na pewne przyjemności trzeba było trochę zaczekać. No ale doczekałam się, a nasze piątkowe wyjście było bardzo udane (co nie znaczy, że obyło się bez marudzonka). Zjadłam pierwszą jesienną szarlotkę, wypiłam pyszną herbatę, pogadałam sobie z przyjaciółką, a Wojtek skosztował nawet konfitury malinowej. To wyjście tchnęło we mnie nowego ducha. Chwyciłam wiatr w żagle i nie puszczę.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Refleksje matki karmiącej

karmienie

Niedawno minęło pół roku, odkąd Wojcieszek jest na świecie, a zarazem pół roku naszego karmienia piersią. Te sześć miesięcy to był cel, który sobie wyznaczyłam, gdy zaczynaliśmy naszą mleczną przygodę. Do tego momentu koniecznie chciałam karmić Wojtka piersią, a potem to już zależnie od tego, jak nam się to karmienie będzie układać. Ubzdurałam sobie, że po sześciu miesiącach będziemy rozszerzać dietę i ewentualne odstawienie nie okaże się tak bolesne. Teraz już wiem, że początki rozszerzania diety to raczej zabawa i kupa bałaganu niż konkretne jedzenie. Niemniej cel został osiągnięty, a ja odetchnęłam, bo po drodze pojawiały się różne przeciwności, które studziły mój zapał. Gdy pisałam o naszych początkach (tutaj), spodziewałam się różnych wyzwań, nie do końca miałam jednak świadomość, czego możemy doświadczyć.

W mediach czy na portalach społecznościowych przedstawiany jest wyidealizowany obraz karmienia piersią. Widzimy rozanieloną twarz matki i maluszka spokojnie ssącego pierś. Nie mam oczywiście nic przeciwko promowaniu naturalnego karmienia, a trudno cokolwiek promować przez negatywne przykłady, ale uważam, że trochę za mało mówi się o tym, że nie zawsze wszystko układa się tak bezproblemowo, a pokonanie pierwszych trudności to nie koniec wyzwań, z którymi możemy się mierzyć. Dziś chciałabym napisać o tym, z czym my się borykaliśmy przez ostatnie miesiące naszej mlecznej drogi.

  1. Kolki

O tym wspominałam już  przy okazji wpisu o kolkach, więc nie będę się kolejny raz nad tym rozwodzić. W tym czasie karmienie piersią stało się dla mnie prawdziwą udręką i źródłem stresu. Z tego traumatycznego okresu pamiętam ciągłe odrywanie się Wojtka od piersi, wyginanie się w pałąk i w ogóle dużo nieutulonego płaczu. Nie spodziewałam się tego rodzaju problemów. Byłam przekonana, że pierś jest ratunkiem na wszelkie dolegliwości, w każdym razie wcześniej tak było. Przy piersi Wojtuś zawsze się uspokajał, a tu nagle zaczął zachowywać się tak, jakby go parzyła. U nas te problemy brzuchowe trwały dosyć długo i po okresach względnego spokoju nawracały. Ale czasami myślę, że nieraz wcale nie chodziło o brzuch tylko o „ból istnienia”, tęsknotę za życiem w cieplutkim brzuszku i poczucie, że wylądowało się na jakiejś obcej planecie.

  1. Niepokój dziecka przy piersi

Wojtuś jest żywym dzieckiem i bardzo zainteresowanym wszystkim dookoła, łatwo się rozprasza i silnie reaguje na wszelkie sygnały z zewnątrz. Przekłada się to również na karmienie piersią. W nocy, gdy jest wyciszony i nie bombardują go różne bodźce, nie ma problemu z jedzeniem. W dzień bywało z tym różnie. Często domagał się piersi, a po dostawieniu i upiciu kilku łyków odrywał się z płaczem. Nasiliło się to podczas zapalenia płuc, ale zdarzało nawet wtedy, gdy był zdrowy. Przyczyn tego rodzaju zachowania upatrywałam w wyżynających się zębach i obolałych dziąsłach, które nie raz potraktowałam specjalnym żelem. Tyle że zębów jak nie było, tak nie ma, ale to nie znaczy, że czasami nie dawały o sobie znać. Być może takie zachowanie było też spowodowane jakimiś kryzysami laktacyjnymi, zbyt szybkim wypływem mleka lub zbyt wolnym. A może i jedno i drugie w połączeniu z temperamentem mojego dziecka sprawiało, że tego niepokoju i nerwów podczas karmienia było u nas dużo. Coraz częściej zaczęłam karmić Wojtka na leżąco, bo w tej pozycji się relaksował. Jeśli widziałam, że jest śpiący, to dodatkowo opuszczałam rolety, by przy piersi mógł odpłynąć w tak upragnioną przeze mnie drzemkę, a i ja sama w tej pozycji wypoczywałam i nierzadko odpływałam wraz z nim. Karmienie piersią znowu zaczęło być przyjemne. Z czasem jednak dostrzegłam i cienie tego rodzaju rozwiązania. Wojtuś nie lubi być karmiony w żaden inny sposób. Wyobraźcie sobie, że ktoś Was odwiedza, a Wy musicie się nagle położyć z dzieckiem w sypialni, by je nakarmić. To samo, gdy my jedziemy do kogoś w odwiedziny. Oczywiście zawsze najpierw próbuję nakarmić go na siedząco, ale po chwili zaczyna się wiercić i marudzić, zwłaszcza gdy jest zmęczony i potrzebuje piersi, by zasnąć. Niemniej było kilka takich sytuacji, kiedy nie miał innego wyjścia, a że był już bardzo głodny, to po paru podejściach w końcu kapitulował i zjadał w innej pozycji niż leżąca, a nawet zdarzyło mu się zasnąć. Najczęściej jest to jednak poprzedzone niezłym marudzeniem.

Z karmieniem na zewnątrz podczas spaceru dochodzi jeszcze taki problem, że synu mój niby chce jeść, ale dookoła za dużo ciekawych rzeczy, by się na tym jedzeniu skupić. Przyznam, że i mnie to krępuje, gdy go dostawiam w publicznym miejscu, a on co chwilę się odrywa, rozgląda, czasem zaczyna się wściekać, bo już jednak mu się odechciało. Nie przepadam za publicznym karmieniem, choć na początku byłam do tego bardzo entuzjastycznie nastawiona. Mam też takie wrażenie, że choć dookoła mówi się o tym, że to takie naturalne, to wzbudza to jednak często przesadne zainteresowanie przechodniów. Myślę, że Wojtek doskonale wyczuwa moje skrępowanie, poczucie dyskomfortu i z tego powodu sam tak reaguje.

  1. Dieta matki karmiącej

Tak, wiem, że nie ma czegoś takiego jak dieta matki karmiącej. Wiedziałam o tym przed narodzinami Wojtusia, ale mimo to uległam presji otoczenia i stałam się jej ofiarą. Rady teściowej, czy mamy można puszczać mimo uszu, ale jeśli kolejny pediatra zaleca Ci trzymanie diety, to nietrudno poddać się jego autorytetowi, zwłaszcza gdy jest się nieco zagubioną i zdezorientowaną debiutującą matką. Inna sprawa, gdy dziecku nie doskwierają żadne dolegliwości typu wzdęcia, ulewanie czy wysypka. W takiej sytuacji pewnie je się normalnie i nie ma powodów, by drążyć temat. A jak było u nas?

Na początku, tuż po powrocie ze szpitala starałam się jeść zdrowo, w miarę lekkostrawnie, ale i różnorodnie. Wojtuś po około tygodniu dostał wysypki na twarzy. Poczytałam i uznałam, że to pewnie trądzik spowodowany moimi hormonami, ale że nie przechodziło, to wezwałam pediatrę. Poleconego, sprawdzonego itd. Pan pediatra orzekł, że to na pewno alergia pokarmowa i kazał odstawić nabiał i notować wszystko, co jem. Nabiał odstawiłam, a krostki nie znikały. Podczas następnej wizyty lekarz kazał odstawić kolejne produkty, oczywiście wszelkie alergeny typu miód, czekolada, truskawki, ale i pestki dyni czy słonecznika, jajka czy gofry amarantusowe . Na koniec powiedział, że jego córka miała uczulenie na marchewkę i kurczaka, więc nigdy nic nie wiadomo. Od tego momentu zaczęłam podejrzewać każdy produkt. Wszystko notowałam, sprawdzałam jak opętana, zastanawiając się, czy coś zjeść, czy nie. A Wojtek jednego dnia cerę miał ładniejszą, drugiego brzydszą, raz był spokojny, a innym razem po tym samym jadłospisie płakał. W końcu postanowiłam przeprowadzić test i przez jeden dzień jadłam wyłącznie ryż z domowym musem jabłkowym. Na drugi dzień Wojtek miał buzię wysypaną krostkami jak nigdy wcześniej i przez cały czas płakał i marudził. Wtedy zwątpiłam w sens prowadzenia diety. Wysypka przeszła nagle z dnia na dzień, dermatolog dziecięcy potwierdził, że to był to jednak trądzik, a ja zaczęłam znowu jeść normalnie.

Potem były szczepienia, a tuż po nich zaczęły się potworne kolki. Wtedy zdecydowałam się wezwać inną lekarkę, też poleconą. Ona również stwierdziła alergię pokarmową, ponieważ Wojtuś miał suchą skórę na kolankach i przy uszach, i nakazała restrykcyjną dietę. Po kilku dniach problemy z brzuchem znacznie złagodniały, choć nie ustąpiły zupełnie, mimo prowadzenia przeze mnie diety. Z suchą skórą udało się zawalczyć za pomocą odpowiedniej pielęgnacji. Wojtek rósł, coraz mniej płakał, nastała wiosna, na każdym kroku spozierały na mnie wytęsknione warzywa i owoce, a ja byłam coraz bardziej głodna i sfrustrowana jedzeniem kilku produktów na krzyż. Czułam całą sobą, że ta dieta już nie ma sensu, ale lekarka upierała się, by ją trzymać, a ja sama bałam się zaryzykować. W dodatku czułam się totalnie ogłupiała i nie wiedziałam, jak mądrze zakończyć ten dietetyczny horror, by przypadkiem nie zaszkodzić dziecku. W końcu wybrałam się do alergologa dziecięcego. Zobaczył tego mojego Wojtusia bez ani jednej krostki i pozwolił jeść wszystko, łącznie z tak wyczekiwanymi truskawkami czy niezbędną mi do życia czekoladą. Na koniec miałam wprowadzić nabiał. Przyznam, że tylko na to czekałam. Początkowo wszystko wprowadzałam powoli, sprawdzając reakcję przez następne dwa dni, ale potem już wyluzowałam i zaczęłam normalnie jeść. Jak mi niesamowicie smakowała wtedy zwykła biała buła z masłem i dojrzałym pomidorem.

Dziś już wiem, że ewentualna dieta eliminacyjna nie powinna wyglądać w ten sposób. Eliminuje się potencjalny alergen na kilka tygodni, a wszystko inne można jeść bez przeszkód. Po kilku tygodniach przeprowadza się próbę z danym alergenem. Eliminacja całej gamy zdrowych produktów może doprowadzić do niedoborów w organizmie i po dłuższym czasie zniechęcić do karmienia piersią. Nie wiem, dlaczego pediatrzy z taką lekkością zalecają prowadzenie diety matkom karmiącym, stwierdzając u dzieci alergie pokarmowe, kiedy nie ma ku temu wystarczających podstaw. Z perspektywy doszliśmy z M. do wniosku, że Wojtek miał najprawdopodobniej czasową nietolerancję na nabiał, który nie do końca dobrze znosił, ale podejrzenie, że może uczula go karoten i odstawienie przeze mnie marchewki czy dyni, a potem sugerowanie, że może problemy brzuchowe spowodowane są alergią na gluten, to już była lekka przesada. Nie wspominając o sugestiach, by się nie męczyć, odstawić od piersi i dać mu mieszankę dla alergików. Wiadomo, że każdy lekarz ma swoją dziedzinę, a jak się na czymś nie znamy, to może lepiej skierować do innego specjalisty niż celować na oślep z niemającymi uzasadnienia diagnozami.

Oczywiście karmimy się dalej, ale już nie wyznaczam kolejnych granic. Uwielbiam tę naszą bliskość i więź, moment, gdy Wojtuś w trakcie ssania odrywa się od piersi i patrzy na mnie z takim zadowoleniem w oczach i uśmiechem. Cudowne, niezapomniane chwile, ale z pewnością nie jest to droga dla każdej mamy i dla każdego dziecka. Teraz mam nowy cel − rozszerzanie diety. Ale to już temat na osobny wpis. Tymczasem ledwo przyszła jesień, a całą naszą trójkę dopadł paskudny wirus (i co z tymi przeciwciałami z kobiecego mleka?). W niedzielę chrzciny, także lepiej być nie mogło… Ale dziś pierwszy raz od tygodnia świeciło słońce, co pozytywnie mnie to nastroiło i dodało wiary, że będzie dobrze.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Sierpniowe małe przyjemności

Tegoroczny sierpień z pewnością zasłużył na miano miesiąca „wyjścia z domu”. Jego początek wciąż spędzaliśmy u teściów, potem urlop miała moja mama, z którą wybraliśmy się na kilkudniowy pobyt do babci, w międzyczasie wpadłam z wizytą do mojej kuzynki na działce, a w jedną z niedziel całą naszą trójką pojechaliśmy do rodzinnego domu naszych bliskich znajomych, który jest położony tuż przy lesie. W domu odwiedzała mnie między innymi moja przyjaciółka − ulubiona ciocia Wojtusia, przynosząc za każdym razem pyszne domowe ciacho. Nie pamiętam już, kiedy prowadziłam tak ożywione życie towarzyskie. Bardzo było mi trzeba tego wyjścia do ludzi i jestem przekonana, że Wojtuś też na tym skorzystał. Powrót do codzienności (z dodatkowymi obowiązkami w postaci rozszerzania diety), nie był wcale łatwy. Ponadto dopadł mnie jakiś kryzys, który wyjątkowo trudno było mi zwalczyć, dlatego też osobistych małych przyjemności w sierpniu jak na lekarstwo, a w dodatku nieco spóźnione.

 

C O Ś   D L A   C I A Ł A

cofOrganiczny krem z ekstraktem z marchwi Ava
Kilka tygodni temu przy okazji jakiegoś drogeryjnego zamówienia otrzymałam próbkę kremu z ekstraktem z korzenia marchwi. Od dłuższego już czasu staram się nie kupować nowych kosmetyków, póki nie wykorzystam starych, dlatego krem ten zamówiłam dopiero niedawno. Dobrze się złożyło, ponieważ teraz już wiem, że na lato byłby trochę za ciężki dla mojej mieszanej cery. Określiłabym go bardziej jako krem odżywczy, a nie stricte nawilżający. Urzekło mnie w nim zwłaszcza to, że świetnie poprawia koloryt skóry, która wydaje się ożywiona i jakby muśnięta słońcem. Na sezon jesienno-zimowy w sam raz.

Krem pod oczy z aloesem i opuncją Ava Eco
Przy okazji zmieniłam też krem pod oczy. Dotychczas używałam ultralekkich kremów Sylveco i Make Me Bio. Oba mi odpowiadały, ale od jakiegoś czasu miałam wrażenie, że dla mojej zmęczonej i suchej skóry pod oczami są zbyt delikatne. Uznałam, że czas na nowy kosmetyk o nieco mocniejszym działaniu, choć przyznam, że trochę się obawiałam, bo w tym miejscu moja skóra jest szczególnie wrażliwa i podatna na podrażnienia. Krem z aloesem i opuncją okazał się jednak trafiony i jestem z niego bardzo zadowolona. Fajnie nawilża, odżywia, a przy tym nie uczula.

 

C O Ś   D L A   D U C H A

sansa
W sierpniu udało nam się z M. obejrzeć trzy odcinki nowego sezonu „Gry o tron”. Nigdy nie podejrzewałabym siebie o to, że wciągnę się w tego rodzaju serial, bo nie do końca są to moje klimaty, ale i ja uległam zbiorowej fascynacji tym tasiemcem, choć przyznam, że nie do końca orientuję się kto przyjaciel, a kto wróg. Tak naprawdę do sierpniowych przyjemności zaliczam fakt, że oglądaliśmy go razem z M., a swego czasu wspólne wieczorne seanse były bardzo lubianym przez nas oboje rytuałem.

W sierpniu przeczytałam trzy tomy sagi Ałbeny Grabowksiej „Stulecie Winnych”. Szczególnie spodobał mi się pierwszy tom i drugi do połowy. Potem chwilami czułam się znudzona i miałam wrażenie, że autorka zanadto przyspieszyła rozwój wydarzeń, przez co pewne sytuacje czy postępowanie bohaterów nie było dla mnie wystarczająco umotywowane. Niemniej saga to jeden z moich ulubionych gatunków i historię rodu Winnych przeczytałam z przyjemnością.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Pół roku Wojcieszka

Jutro nasz synek skończy sześć miesięcy. Tym razem nie napiszę: „Kiedy to minęło?”. Bo z jednej strony minęło zatrważająco szybko, a z drugiej strony dobrze pamiętam te pełne radości, ale i jakże wymagające dni, tygodnie, miesiące. Macierzyństwo to dotąd moje największe życiowe wyzwanie. Dużo trzeba z siebie dać, ale najwspanialsze jest to, że jeszcze więcej się zyskuje.

Wojtuń. Szogun i Wiercipiętek, jak zwykłam nazywać go, gdy siedział sobie jeszcze w moim brzuchu. Sen to wciąż dla niego strata czasu. Drzemki w dzień po pół godziny do czterdziestu minut. Ledwo ugotuję obiad, nałożę na talerz, czekam, aż przestygnie, zabieram się za jedzenie, a on się budzi i domaga cycka. Na spacerach śpi nieraz dłużej (godzina dziesięć to rekord), ale wtedy to nie mam szans, by coś w domu ogarnąć. No i po takim godzinnym łażeniu sama jestem wypompowana. No lubi chłopak, by się nim zajmować. Ale też szybko się nudzi. Na przykład w samochodzie. Fotelik to raczej nie jest jego ukochane miejsce. Nie może pojąć, że w trakcie jazdy nie wyciągnę go z niego i nie wezmę na ręce. Czasem zasypia, a czasem drze japę całą drogę. Dlatego też w tym roku odpuściliśmy dalszy wakacyjny wyjazd. Nie mam na to siły, a i dla niego pewnie żadna przyjemność. Za to wciąż kocha kąpiele w wanience i fikanie na golasa. Ku mej uciesze lubi też ze mną tańcować, gdy noszę go na rękach (jakieś trzy miesiące temu raczej nie było o tym mowy). Jeśli potrzebuję zastrzyku energii, to włączam nam tegoroczny przebój lata „Despacito”, ewentualnie moje niegdysiejsze, zumbowe hity „Bailando” i „La Tortura”. Na wyciszenie najlepiej sprawdzają się: Alabama Shakes „This Feeling”, Sorry Boys „Zwyczajne cuda” i wspaniały, wakacyjny Devendra Banhart. Uwielbiamy zwłaszcza „Mi Negrita”.  Tata z kolei upodobał sobie „Kołysanki utulanki” Turnau & Umer. Wojtuś zapada przy nich w sen, naturalnie ostro bujany i wożony po całym mieszkaniu w naszym niezawodnym retro wózku. Co ja bym zrobiła bez tego wózka…

No wymagający trafił nam się gagatek. Ale kochamy go bezgranicznie. Uwielbiam te wielkie ślepia wpatrujące się we mnie z samego rana. Małe łapki wędrujące po mojej twarzy, ciągnące za włosy, paluszki lądujące w moich oczach czy, o zgrozo, w dziurkach nosa, i syrki na głowie i buzi. Tak wyglądają nasze poranki. Śmiech w głos, gdy cmokamy go w szyjkę lub „pierdzimy” w brzuch. A wieczorem, gdy już zaśnie, to najchętniej położyłabym się obok, przytuliła i zasnęła otulona tym niemowlęcym zapachem. I pewnie czyniłabym tak każdego dnia, gdyby to nie była jedyna pora, kiedy mogę na spokojnie zrobić coś tylko dla siebie. Ale dziś uciekam już do niego, nacieszyć się tym moim półrocznym szczęściem.

 

 

Na wakacjach w małym miasteczku

cofGdy tylko usłyszałam, że nadchodzi fala upałów, spakowałam siebie i Wojcieszka i uciekliśmy z naszego mieszkania usytuowanego w ruchliwej okolicy w wielkim mieście na wakacje do teściów. Nie jest to niestety wieś, a małe miasteczko, ale jest domek z ogródkiem położony w spokojnej okolicy, a jednocześnie całkiem blisko cywilizacja w postaci sklepów, lodziarni, basenu itd.

Jak nam tu fajnie. M. pracuje, więc przyjeżdża do nas co dwa dni, czasem co dzień (100 km w jedną stronę). Teściowie są na emeryturze, dobrze się dogadujemy, dlatego pobyt tutaj to dla mnie czysta przyjemność. Nie muszę się martwić codziennie o obiad, sprzątanie po gotowaniu, robienie zakupów itd. Mam dzięki temu więcej czasu dla Wojcieszka i dla siebie, choć dni mijają mi tu  bardzo szybko. Dotleniamy się, przesiadując w ogródku i na tarasie. Chodzimy na spacery, krótkie, ale przy każdej okazji, by jak najbardziej oswoić wózek. Ach, jaka to wygoda wyjść tak po prostu z domu i nie musieć się tarabanić z trzeciego piętra. Wojtuś przez wszystkich wybawiony, zwłaszcza przez babcię, bardzo dojrzał i stał się ufniejszy względem ludzi innych niż tata i mama. Do niedawna na widok każdej nowej osoby zaczynał płakać, teraz zdarza się to sporadycznie. Ja również czuję się spokojniejsza i pewniejsza, wiedząc, że obok są teściowie czy dwie ulice dalej moja zaradna szwagierka, która wpada do nas ze swoimi chłopakami (2,5- i 6-letnim). Wtedy się dzieje. Gdy tylko jeden zaczyna płakać, to Wojtek natychmiast dołącza. A poza tym kuzyni głaszczą go, przynoszą zabawki, starszy dopytuje o wiele spraw, asystuje przy czynnościach pielęgnacyjnych, prosząc na przykład, bym nie zakładała Wojtusiowi za szybko pampersa, ażeby pupa mu odpoczęła. Nie spodziewałam się takiego zainteresowania. Jestem zaskoczona, ale boję się, co to będzie, gdy Wojtek trochę podrośnie i zechce się z nimi bawić, a oni będą go mieli w nosie.

Tak sobie myślę, że te wielopokoleniowe rodziny mieszkające w jednym domu to wcale nie było głupie rozwiązanie, zwłaszcza przy małym dziecku, kiedy to niejednokrotnie dodatkowe ręce do pomocy są na wagę złota, a i dobrze móc się poradzić kogoś bardziej doświadczonego.  Żeby taki układ się sprawdził, muszą być oczywiście spełnione określone warunki. Przede wszystkim trzeba nadawać z teściami lub z rodzicami na tych samych falach, no i dobrze mieć wystarczająco dużą przestrzeń, by nie wchodzić sobie na każdym kroku w drogę (w moim przypadku zbawieniem są dwie łazienki). Dostrzegam też wiele plusów mieszkania w mniejszym miasteczku. Kto wie, może to całkiem dobra alternatywa dla życia na wsi czy w metropolii…

dav

sdr

cof

rzezba

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lipcowe małe przyjemności

Zawsze z przyjemnością czytam na odwiedzanych przeze mnie blogach wpisy z cyklu „Lubię to” z różnymi inspiracjami i odkryciami. Od dawna myślałam o tego rodzaju cyklu u siebie, ale będąc w ciąży nie zdążyłam tego pomysłu zrealizować, a potem tym bardziej nie miałam na to czasu. I tak minął marzec, kwiecień, maj, przyszło lato, właśnie przemknął lipiec, więc uznałam, że to już najwyższy czas, by do takiego wpisu przysiąść. Plan jest taki, aby co miesiąc napisać Wam o tym, co aktualnie mi się spodobało, co mnie zachwyciło czy zainspirowało, ale co nie jest związane (przynajmniej nie bezpośrednio) z macierzyństwem. Macierzyństwo wciągnęło mnie bez reszty, jednak czuję, że czas pomyśleć odrobinę o sobie i wygospodarować dla siebie nieco więcej przestrzeni. Niech to będzie pierwszy krok.

Serial „Ania, nie Anna”

anneWszyscy dookoła polecają ten serial, więc i ja się skusiłam do jego obejrzenia, zwłaszcza że postać Ani z Zielonego Wzgórza była mi w młodzieńczych latach bardzo bliska, żeby nie powiedzieć, że się utożsamiałam z jej marzycielską naturą. Oglądanie go było dla mnie nie tylko małą, ale wręcz dużą lipcową przyjemnością. To pierwszy serial, który udało mi się zobaczyć, od kiedy Wojtuś jest z nami. Swego czasu zrobiłam jeszcze podejście do „Wielkich kłamstewek”, ale chyba nie wciągnęłam się w nie wystarczająco, a poza tym podjęte tematy, postacie jakoś nie wpływały dodatnio na mój nastrój. Co innego serial o Ani. Przy nim odetchnęłam, pośmiałam się, wzruszyłam, zachwyciłam pięknymi widokami i główną bohaterką. Gorąco polecam, uprzedzając jednocześnie, że to zdecydowanie dziewczyńskie klimaty.

Miejsce w sieci

rudorozSzukając jakiejś fajnej tapety na pulpit, trafiłam na piękny blog Magdy o nazwie Rudoróż. Jego autorka co miesiąc udostępnia do pobrania tapety własnego autorstwa, które idealnie trafiają w mój gust. A i poczytać przyjemnie, ostatnio na przykład o miłości do gór. Zajrzyjcie!

Smakołyki

Dotychczas przy Wojcieszku trudno było mi znaleźć czas na pieczenie i szykowanie sobie zdrowych słodkości do przegryzienia. A że nie potrafię się bez tego rodzaju smakołyków obejść, to powinnam mieć zawsze coś takiego na podorędziu. Na szczęście teraz można znaleźć w sklepach różne smakołyki nieskładające się z samego cukru czy syropu glukozowo-fruktozowego. W lipcu wypatrzyłam w osiedlowej żabce pełnoziarniste ciastka z liofilizowaną maliną. Bardzo mi posmakowały i tak zajadałam się nimi przy każdej okazji. Mimo wszystko mam nadzieję, że w sierpniu znajdę trochę więcej czasu na domowe smakołyki, zwłaszcza że teraz taki owocowy dobrostan i nie trzeba wiele zachodu, by coś zdrowego i smacznego przyrządzić.

ciastkaCiuchowe łowy

W pewną lipcową sobotę udało mi się wyskoczyć na małe zakupy. Kupiłam sobie lniane spodnie, które równie dobrze mogłyby uchodzić za pidżamowe, i wzorzystą spódnicę w Tatuum. No i ta spódnica okazała się jak najbardziej trafionym łupem. Polubiłam się z nią. Najpierw czekałam na jakąś okazję (typu kawa z przyjaciółką), by ją założyć, ale doszłam do wniosku, że taka okazja może się i do końca wakacji nie trafić, więc zakładam ją nawet na zwyczajny spacer po parku z dzieckiem.

edfI to by było na tyle. Mam nadzieję, że sierpień będzie obfitszy w małe przyjemności, bo troszkę mizernie to wygląda. Nagietkowo-cytrynowe półkule kąpielowe czekają od marca na wypróbowanie.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Uziemieni przez choroby

Czy wiedziałyście, że zapalenie płuc może mieć niemalże bezobjawowy przebieg i  być tak trudne do zdiagnozowania? Ja nie miałam o tym pojęcia. Ale teraz wiem i utwierdziłam się w przekonaniu, że trzeba ufać swojej intuicji i że warto być czasem nieco nadgorliwym i przewrażliwionym.

Na początku zeszłego tygodnia udałam się z Wojtusiem do przychodni na kontrolę po infekcji, którą wcześniej przechodził. Zaprzyjaźniona pediatra wyjechała akurat na urlop, więc postanowiłam pofatygować się do państwowej służby zdrowia. I całe szczęście, bo trafiłam na pediatrę pulmonologa, która gdy tylko rozebrałam synka, zorientowała się, że coś jest nie tak. Ja też czułam, że nie wszystko jest w porządku, choć objawy typowe dla infekcji górnych dróg oddechowych niemalże ustąpiły. A jednak Wojtek nie wydawał mi się zupełnie zdrowy. Coraz bardziej grymasił przy karmieniu, odrywał się od piersi z krzykiem po zaledwie kilku minutach ssania, słabo przybierał na wadze i w moim odczuciu nieco więcej marudził, ale to zawsze można zgonić na skok rozwojowy.

W przychodni spodziewałam się usłyszeć, że to zęby i że ewentualnie mamy kontynuować kurację inhalacjami i kropelkami do nosa. Tymczasem lekarkę zaniepokoił oddech Wojtusia, jakby płytszy i wymuszony. Gdy to usłyszałam, nogi się pode mną ugięły. Od razu dostaliśmy skierowanie do szpitala na rentgen klatki piersiowej. I potwierdziło się, że Wojtuś ma rozległe, śródmiąższowe zapalenie płuc, które osłuchowo jest ponoć nie do wykrycia. Lekarka w przychodni zorientowała się po ruchach klatki piersiowej, wskazujących na duszności, znacząco utrudniające Wojtkowi ssanie piersi. Dla mnie było to niezauważalne. Myślę, że gdybyśmy trafili  do kogoś mniej doświadczonego i wyczulonego na tego typu schorzenia, choroba by postępowała.

Na szczęście stan Wojcieszka był na tyle dobry, że nie musieliśmy zostawać w szpitalu. Dostaliśmy antybiotyk, inhalacje i początkowo co dwa dni zalecono kontrolę u lekarza. Jest już poprawa, ale na pewno do końca tego tygodnia siedzimy uziemieni w domu. Ja staram się wychodzić na chwilę wieczorem, gdy M. wraca z pracy, choć wtedy zazwyczaj padam już na ryj i marzę o tym, by wziąć prysznic i się położyć. Bo zęby oczywiście też dają teraz o sobie znać, więc Wojtek bywa bardzo marudny i wymagający. Ale mam w sobie dużo zrozumienia dla niego i jak przystało na późne, wyczekane macierzyństwo − spore pokłady cierpliwości. A gdy przemęczenie bierze górę, to wieczorem wyżywam się trochę na mężu lub popłaczę mamie w słuchawkę i od razu mi lepiej. Naprawdę mam nadzieję, że właśnie wyczerpujemy limit różnych niemowlęcych przypadłości i dolegliwości i przynajmniej przez jakiś czas będziemy mogli w spokoju cieszyć się latem.

Jestem Wam winna jeszcze spacerowy update, ale to już następnym razem, bo teraz trwa spacerowy detoks, a po takim czasie wszystko może się zmienić.