Refleksje matki karmiącej

karmienie

Niedawno minęło pół roku, odkąd Wojcieszek jest na świecie, a zarazem pół roku naszego karmienia piersią. Te sześć miesięcy to był cel, który sobie wyznaczyłam, gdy zaczynaliśmy naszą mleczną przygodę. Do tego momentu koniecznie chciałam karmić Wojtka piersią, a potem to już zależnie od tego, jak nam się to karmienie będzie układać. Ubzdurałam sobie, że po sześciu miesiącach będziemy rozszerzać dietę i ewentualne odstawienie nie okaże się tak bolesne. Teraz już wiem, że początki rozszerzania diety to raczej zabawa i kupa bałaganu niż konkretne jedzenie. Niemniej cel został osiągnięty, a ja odetchnęłam, bo po drodze pojawiały się różne przeciwności, które studziły mój zapał. Gdy pisałam o naszych początkach (tutaj), spodziewałam się różnych wyzwań, nie do końca miałam jednak świadomość, czego możemy doświadczyć.

W mediach czy na portalach społecznościowych przedstawiany jest wyidealizowany obraz karmienia piersią. Widzimy rozanieloną twarz matki i maluszka spokojnie ssącego pierś. Nie mam oczywiście nic przeciwko promowaniu naturalnego karmienia, a trudno cokolwiek promować przez negatywne przykłady, ale uważam, że trochę za mało mówi się o tym, że nie zawsze wszystko układa się tak bezproblemowo, a pokonanie pierwszych trudności to nie koniec wyzwań, z którymi możemy się mierzyć. Dziś chciałabym napisać o tym, z czym my się borykaliśmy przez ostatnie miesiące naszej mlecznej drogi.

  1. Kolki

O tym wspominałam już  przy okazji wpisu o kolkach, więc nie będę się kolejny raz nad tym rozwodzić. W tym czasie karmienie piersią stało się dla mnie prawdziwą udręką i źródłem stresu. Z tego traumatycznego okresu pamiętam ciągłe odrywanie się Wojtka od piersi, wyginanie się w pałąk i w ogóle dużo nieutulonego płaczu. Nie spodziewałam się tego rodzaju problemów. Byłam przekonana, że pierś jest ratunkiem na wszelkie dolegliwości, w każdym razie wcześniej tak było. Przy piersi Wojtuś zawsze się uspokajał, a tu nagle zaczął zachowywać się tak, jakby go parzyła. U nas te problemy brzuchowe trwały dosyć długo i po okresach względnego spokoju nawracały. Ale czasami myślę, że nieraz wcale nie chodziło o brzuch tylko o „ból istnienia”, tęsknotę za życiem w cieplutkim brzuszku i poczucie, że wylądowało się na jakiejś obcej planecie.

  1. Niepokój dziecka przy piersi

Wojtuś jest żywym dzieckiem i bardzo zainteresowanym wszystkim dookoła, łatwo się rozprasza i silnie reaguje na wszelkie sygnały z zewnątrz. Przekłada się to również na karmienie piersią. W nocy, gdy jest wyciszony i nie bombardują go różne bodźce, nie ma problemu z jedzeniem. W dzień bywało z tym różnie. Często domagał się piersi, a po dostawieniu i upiciu kilku łyków odrywał się z płaczem. Nasiliło się to podczas zapalenia płuc, ale zdarzało nawet wtedy, gdy był zdrowy. Przyczyn tego rodzaju zachowania upatrywałam w wyżynających się zębach i obolałych dziąsłach, które nie raz potraktowałam specjalnym żelem. Tyle że zębów jak nie było, tak nie ma, ale to nie znaczy, że czasami nie dawały o sobie znać. Być może takie zachowanie było też spowodowane jakimiś kryzysami laktacyjnymi, zbyt szybkim wypływem mleka lub zbyt wolnym. A może i jedno i drugie w połączeniu z temperamentem mojego dziecka sprawiało, że tego niepokoju i nerwów podczas karmienia było u nas dużo. Coraz częściej zaczęłam karmić Wojtka na leżąco, bo w tej pozycji się relaksował. Jeśli widziałam, że jest śpiący, to dodatkowo opuszczałam rolety, by przy piersi mógł odpłynąć w tak upragnioną przeze mnie drzemkę, a i ja sama w tej pozycji wypoczywałam i nierzadko odpływałam wraz z nim. Karmienie piersią znowu zaczęło być przyjemne. Z czasem jednak dostrzegłam i cienie tego rodzaju rozwiązania. Wojtuś nie lubi być karmiony w żaden inny sposób. Wyobraźcie sobie, że ktoś Was odwiedza, a Wy musicie się nagle położyć z dzieckiem w sypialni, by je nakarmić. To samo, gdy my jedziemy do kogoś w odwiedziny. Oczywiście zawsze najpierw próbuję nakarmić go na siedząco, ale po chwili zaczyna się wiercić i marudzić, zwłaszcza gdy jest zmęczony i potrzebuje piersi, by zasnąć. Niemniej było kilka takich sytuacji, kiedy nie miał innego wyjścia, a że był już bardzo głodny, to po paru podejściach w końcu kapitulował i zjadał w innej pozycji niż leżąca, a nawet zdarzyło mu się zasnąć. Najczęściej jest to jednak poprzedzone niezłym marudzeniem.

Z karmieniem na zewnątrz podczas spaceru dochodzi jeszcze taki problem, że synu mój niby chce jeść, ale dookoła za dużo ciekawych rzeczy, by się na tym jedzeniu skupić. Przyznam, że i mnie to krępuje, gdy go dostawiam w publicznym miejscu, a on co chwilę się odrywa, rozgląda, czasem zaczyna się wściekać, bo już jednak mu się odechciało. Nie przepadam za publicznym karmieniem, choć na początku byłam do tego bardzo entuzjastycznie nastawiona. Mam też takie wrażenie, że choć dookoła mówi się o tym, że to takie naturalne, to wzbudza to jednak często przesadne zainteresowanie przechodniów. Myślę, że Wojtek doskonale wyczuwa moje skrępowanie, poczucie dyskomfortu i z tego powodu sam tak reaguje.

  1. Dieta matki karmiącej

Tak, wiem, że nie ma czegoś takiego jak dieta matki karmiącej. Wiedziałam o tym przed narodzinami Wojtusia, ale mimo to uległam presji otoczenia i stałam się jej ofiarą. Rady teściowej, czy mamy można puszczać mimo uszu, ale jeśli kolejny pediatra zaleca Ci trzymanie diety, to nietrudno poddać się jego autorytetowi, zwłaszcza gdy jest się nieco zagubioną i zdezorientowaną debiutującą matką. Inna sprawa, gdy dziecku nie doskwierają żadne dolegliwości typu wzdęcia, ulewanie czy wysypka. W takiej sytuacji pewnie je się normalnie i nie ma powodów, by drążyć temat. A jak było u nas?

Na początku, tuż po powrocie ze szpitala starałam się jeść zdrowo, w miarę lekkostrawnie, ale i różnorodnie. Wojtuś po około tygodniu dostał wysypki na twarzy. Poczytałam i uznałam, że to pewnie trądzik spowodowany moimi hormonami, ale że nie przechodziło, to wezwałam pediatrę. Poleconego, sprawdzonego itd. Pan pediatra orzekł, że to na pewno alergia pokarmowa i kazał odstawić nabiał i notować wszystko, co jem. Nabiał odstawiłam, a krostki nie znikały. Podczas następnej wizyty lekarz kazał odstawić kolejne produkty, oczywiście wszelkie alergeny typu miód, czekolada, truskawki, ale i pestki dyni czy słonecznika, jajka czy gofry amarantusowe . Na koniec powiedział, że jego córka miała uczulenie na marchewkę i kurczaka, więc nigdy nic nie wiadomo. Od tego momentu zaczęłam podejrzewać każdy produkt. Wszystko notowałam, sprawdzałam jak opętana, zastanawiając się, czy coś zjeść, czy nie. A Wojtek jednego dnia cerę miał ładniejszą, drugiego brzydszą, raz był spokojny, a innym razem po tym samym jadłospisie płakał. W końcu postanowiłam przeprowadzić test i przez jeden dzień jadłam wyłącznie ryż z domowym musem jabłkowym. Na drugi dzień Wojtek miał buzię wysypaną krostkami jak nigdy wcześniej i przez cały czas płakał i marudził. Wtedy zwątpiłam w sens prowadzenia diety. Wysypka przeszła nagle z dnia na dzień, dermatolog dziecięcy potwierdził, że to był to jednak trądzik, a ja zaczęłam znowu jeść normalnie.

Potem były szczepienia, a tuż po nich zaczęły się potworne kolki. Wtedy zdecydowałam się wezwać inną lekarkę, też poleconą. Ona również stwierdziła alergię pokarmową, ponieważ Wojtuś miał suchą skórę na kolankach i przy uszach, i nakazała restrykcyjną dietę. Po kilku dniach problemy z brzuchem znacznie złagodniały, choć nie ustąpiły zupełnie, mimo prowadzenia przeze mnie diety. Z suchą skórą udało się zawalczyć za pomocą odpowiedniej pielęgnacji. Wojtek rósł, coraz mniej płakał, nastała wiosna, na każdym kroku spozierały na mnie wytęsknione warzywa i owoce, a ja byłam coraz bardziej głodna i sfrustrowana jedzeniem kilku produktów na krzyż. Czułam całą sobą, że ta dieta już nie ma sensu, ale lekarka upierała się, by ją trzymać, a ja sama bałam się zaryzykować. W dodatku czułam się totalnie ogłupiała i nie wiedziałam, jak mądrze zakończyć ten dietetyczny horror, by przypadkiem nie zaszkodzić dziecku. W końcu wybrałam się do alergologa dziecięcego. Zobaczył tego mojego Wojtusia bez ani jednej krostki i pozwolił jeść wszystko, łącznie z tak wyczekiwanymi truskawkami czy niezbędną mi do życia czekoladą. Na koniec miałam wprowadzić nabiał. Przyznam, że tylko na to czekałam. Początkowo wszystko wprowadzałam powoli, sprawdzając reakcję przez następne dwa dni, ale potem już wyluzowałam i zaczęłam normalnie jeść. Jak mi niesamowicie smakowała wtedy zwykła biała buła z masłem i dojrzałym pomidorem.

Dziś już wiem, że ewentualna dieta eliminacyjna nie powinna wyglądać w ten sposób. Eliminuje się potencjalny alergen na kilka tygodni, a wszystko inne można jeść bez przeszkód. Po kilku tygodniach przeprowadza się próbę z danym alergenem. Eliminacja całej gamy zdrowych produktów może doprowadzić do niedoborów w organizmie i po dłuższym czasie zniechęcić do karmienia piersią. Nie wiem, dlaczego pediatrzy z taką lekkością zalecają prowadzenie diety matkom karmiącym, stwierdzając u dzieci alergie pokarmowe, kiedy nie ma ku temu wystarczających podstaw. Z perspektywy doszliśmy z M. do wniosku, że Wojtek miał najprawdopodobniej czasową nietolerancję na nabiał, który nie do końca dobrze znosił, ale podejrzenie, że może uczula go karoten i odstawienie przeze mnie marchewki czy dyni, a potem sugerowanie, że może problemy brzuchowe spowodowane są alergią na gluten, to już była lekka przesada. Nie wspominając o sugestiach, by się nie męczyć, odstawić od piersi i dać mu mieszankę dla alergików. Wiadomo, że każdy lekarz ma swoją dziedzinę, a jak się na czymś nie znamy, to może lepiej skierować do innego specjalisty niż celować na oślep z niemającymi uzasadnienia diagnozami.

Oczywiście karmimy się dalej, ale już nie wyznaczam kolejnych granic. Uwielbiam tę naszą bliskość i więź, moment, gdy Wojtuś w trakcie ssania odrywa się od piersi i patrzy na mnie z takim zadowoleniem w oczach i uśmiechem. Cudowne, niezapomniane chwile, ale z pewnością nie jest to droga dla każdej mamy i dla każdego dziecka. Teraz mam nowy cel − rozszerzanie diety. Ale to już temat na osobny wpis. Tymczasem ledwo przyszła jesień, a całą naszą trójkę dopadł paskudny wirus (i co z tymi przeciwciałami z kobiecego mleka?). W niedzielę chrzciny, także lepiej być nie mogło… Ale dziś pierwszy raz od tygodnia świeciło słońce, co pozytywnie mnie to nastroiło i dodało wiary, że będzie dobrze.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Sierpniowe małe przyjemności

Tegoroczny sierpień z pewnością zasłużył na miano miesiąca „wyjścia z domu”. Jego początek wciąż spędzaliśmy u teściów, potem urlop miała moja mama, z którą wybraliśmy się na kilkudniowy pobyt do babci, w międzyczasie wpadłam z wizytą do mojej kuzynki na działce, a w jedną z niedziel całą naszą trójką pojechaliśmy do rodzinnego domu naszych bliskich znajomych, który jest położony tuż przy lesie. W domu odwiedzała mnie między innymi moja przyjaciółka − ulubiona ciocia Wojtusia, przynosząc za każdym razem pyszne domowe ciacho. Nie pamiętam już, kiedy prowadziłam tak ożywione życie towarzyskie. Bardzo było mi trzeba tego wyjścia do ludzi i jestem przekonana, że Wojtuś też na tym skorzystał. Powrót do codzienności (z dodatkowymi obowiązkami w postaci rozszerzania diety), nie był wcale łatwy. Ponadto dopadł mnie jakiś kryzys, który wyjątkowo trudno było mi zwalczyć, dlatego też osobistych małych przyjemności w sierpniu jak na lekarstwo, a w dodatku nieco spóźnione.

 

C O Ś   D L A   C I A Ł A

cofOrganiczny krem z ekstraktem z marchwi Ava
Kilka tygodni temu przy okazji jakiegoś drogeryjnego zamówienia otrzymałam próbkę kremu z ekstraktem z korzenia marchwi. Od dłuższego już czasu staram się nie kupować nowych kosmetyków, póki nie wykorzystam starych, dlatego krem ten zamówiłam dopiero niedawno. Dobrze się złożyło, ponieważ teraz już wiem, że na lato byłby trochę za ciężki dla mojej mieszanej cery. Określiłabym go bardziej jako krem odżywczy, a nie stricte nawilżający. Urzekło mnie w nim zwłaszcza to, że świetnie poprawia koloryt skóry, która wydaje się ożywiona i jakby muśnięta słońcem. Na sezon jesienno-zimowy w sam raz.

Krem pod oczy z aloesem i opuncją Ava Eco
Przy okazji zmieniłam też krem pod oczy. Dotychczas używałam ultralekkich kremów Sylveco i Make Me Bio. Oba mi odpowiadały, ale od jakiegoś czasu miałam wrażenie, że dla mojej zmęczonej i suchej skóry pod oczami są zbyt delikatne. Uznałam, że czas na nowy kosmetyk o nieco mocniejszym działaniu, choć przyznam, że trochę się obawiałam, bo w tym miejscu moja skóra jest szczególnie wrażliwa i podatna na podrażnienia. Krem z aloesem i opuncją okazał się jednak trafiony i jestem z niego bardzo zadowolona. Fajnie nawilża, odżywia, a przy tym nie uczula.

 

C O Ś   D L A   D U C H A

sansa
W sierpniu udało nam się z M. obejrzeć trzy odcinki nowego sezonu „Gry o tron”. Nigdy nie podejrzewałabym siebie o to, że wciągnę się w tego rodzaju serial, bo nie do końca są to moje klimaty, ale i ja uległam zbiorowej fascynacji tym tasiemcem, choć przyznam, że nie do końca orientuję się kto przyjaciel, a kto wróg. Tak naprawdę do sierpniowych przyjemności zaliczam fakt, że oglądaliśmy go razem z M., a swego czasu wspólne wieczorne seanse były bardzo lubianym przez nas oboje rytuałem.

W sierpniu przeczytałam trzy tomy sagi Ałbeny Grabowksiej „Stulecie Winnych”. Szczególnie spodobał mi się pierwszy tom i drugi do połowy. Potem chwilami czułam się znudzona i miałam wrażenie, że autorka zanadto przyspieszyła rozwój wydarzeń, przez co pewne sytuacje czy postępowanie bohaterów nie było dla mnie wystarczająco umotywowane. Niemniej saga to jeden z moich ulubionych gatunków i historię rodu Winnych przeczytałam z przyjemnością.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Pół roku Wojcieszka

Jutro nasz synek skończy sześć miesięcy. Tym razem nie napiszę: „Kiedy to minęło?”. Bo z jednej strony minęło zatrważająco szybko, a z drugiej strony dobrze pamiętam te pełne radości, ale i jakże wymagające dni, tygodnie, miesiące. Macierzyństwo to dotąd moje największe życiowe wyzwanie. Dużo trzeba z siebie dać, ale najwspanialsze jest to, że jeszcze więcej się zyskuje.

Wojtuń. Szogun i Wiercipiętek, jak zwykłam nazywać go, gdy siedział sobie jeszcze w moim brzuchu. Sen to wciąż dla niego strata czasu. Drzemki w dzień po pół godziny do czterdziestu minut. Ledwo ugotuję obiad, nałożę na talerz, czekam, aż przestygnie, zabieram się za jedzenie, a on się budzi i domaga cycka. Na spacerach śpi nieraz dłużej (godzina dziesięć to rekord), ale wtedy to nie mam szans, by coś w domu ogarnąć. No i po takim godzinnym łażeniu sama jestem wypompowana. No lubi chłopak, by się nim zajmować. Ale też szybko się nudzi. Na przykład w samochodzie. Fotelik to raczej nie jest jego ukochane miejsce. Nie może pojąć, że w trakcie jazdy nie wyciągnę go z niego i nie wezmę na ręce. Czasem zasypia, a czasem drze japę całą drogę. Dlatego też w tym roku odpuściliśmy dalszy wakacyjny wyjazd. Nie mam na to siły, a i dla niego pewnie żadna przyjemność. Za to wciąż kocha kąpiele w wanience i fikanie na golasa. Ku mej uciesze lubi też ze mną tańcować, gdy noszę go na rękach (jakieś trzy miesiące temu raczej nie było o tym mowy). Jeśli potrzebuję zastrzyku energii, to włączam nam tegoroczny przebój lata „Despacito”, ewentualnie moje niegdysiejsze, zumbowe hity „Bailando” i „La Tortura”. Na wyciszenie najlepiej sprawdzają się: Alabama Shakes „This Feeling”, Sorry Boys „Zwyczajne cuda” i wspaniały, wakacyjny Devendra Banhart. Uwielbiamy zwłaszcza „Mi Negrita”.  Tata z kolei upodobał sobie „Kołysanki utulanki” Turnau & Umer. Wojtuś zapada przy nich w sen, naturalnie ostro bujany i wożony po całym mieszkaniu w naszym niezawodnym retro wózku. Co ja bym zrobiła bez tego wózka…

No wymagający trafił nam się gagatek. Ale kochamy go bezgranicznie. Uwielbiam te wielkie ślepia wpatrujące się we mnie z samego rana. Małe łapki wędrujące po mojej twarzy, ciągnące za włosy, paluszki lądujące w moich oczach czy, o zgrozo, w dziurkach nosa, i syrki na głowie i buzi. Tak wyglądają nasze poranki. Śmiech w głos, gdy cmokamy go w szyjkę lub „pierdzimy” w brzuch. A wieczorem, gdy już zaśnie, to najchętniej położyłabym się obok, przytuliła i zasnęła otulona tym niemowlęcym zapachem. I pewnie czyniłabym tak każdego dnia, gdyby to nie była jedyna pora, kiedy mogę na spokojnie zrobić coś tylko dla siebie. Ale dziś uciekam już do niego, nacieszyć się tym moim półrocznym szczęściem.

 

 

Na wakacjach w małym miasteczku

cofGdy tylko usłyszałam, że nadchodzi fala upałów, spakowałam siebie i Wojcieszka i uciekliśmy z naszego mieszkania usytuowanego w ruchliwej okolicy w wielkim mieście na wakacje do teściów. Nie jest to niestety wieś, a małe miasteczko, ale jest domek z ogródkiem położony w spokojnej okolicy, a jednocześnie całkiem blisko cywilizacja w postaci sklepów, lodziarni, basenu itd.

Jak nam tu fajnie. M. pracuje, więc przyjeżdża do nas co dwa dni, czasem co dzień (100 km w jedną stronę). Teściowie są na emeryturze, dobrze się dogadujemy, dlatego pobyt tutaj to dla mnie czysta przyjemność. Nie muszę się martwić codziennie o obiad, sprzątanie po gotowaniu, robienie zakupów itd. Mam dzięki temu więcej czasu dla Wojcieszka i dla siebie, choć dni mijają mi tu  bardzo szybko. Dotleniamy się, przesiadując w ogródku i na tarasie. Chodzimy na spacery, krótkie, ale przy każdej okazji, by jak najbardziej oswoić wózek. Ach, jaka to wygoda wyjść tak po prostu z domu i nie musieć się tarabanić z trzeciego piętra. Wojtuś przez wszystkich wybawiony, zwłaszcza przez babcię, bardzo dojrzał i stał się ufniejszy względem ludzi innych niż tata i mama. Do niedawna na widok każdej nowej osoby zaczynał płakać, teraz zdarza się to sporadycznie. Ja również czuję się spokojniejsza i pewniejsza, wiedząc, że obok są teściowie czy dwie ulice dalej moja zaradna szwagierka, która wpada do nas ze swoimi chłopakami (2,5- i 6-letnim). Wtedy się dzieje. Gdy tylko jeden zaczyna płakać, to Wojtek natychmiast dołącza. A poza tym kuzyni głaszczą go, przynoszą zabawki, starszy dopytuje o wiele spraw, asystuje przy czynnościach pielęgnacyjnych, prosząc na przykład, bym nie zakładała Wojtusiowi za szybko pampersa, ażeby pupa mu odpoczęła. Nie spodziewałam się takiego zainteresowania. Jestem zaskoczona, ale boję się, co to będzie, gdy Wojtek trochę podrośnie i zechce się z nimi bawić, a oni będą go mieli w nosie.

Tak sobie myślę, że te wielopokoleniowe rodziny mieszkające w jednym domu to wcale nie było głupie rozwiązanie, zwłaszcza przy małym dziecku, kiedy to niejednokrotnie dodatkowe ręce do pomocy są na wagę złota, a i dobrze móc się poradzić kogoś bardziej doświadczonego.  Żeby taki układ się sprawdził, muszą być oczywiście spełnione określone warunki. Przede wszystkim trzeba nadawać z teściami lub z rodzicami na tych samych falach, no i dobrze mieć wystarczająco dużą przestrzeń, by nie wchodzić sobie na każdym kroku w drogę (w moim przypadku zbawieniem są dwie łazienki). Dostrzegam też wiele plusów mieszkania w mniejszym miasteczku. Kto wie, może to całkiem dobra alternatywa dla życia na wsi czy w metropolii…

dav

sdr

cof

rzezba

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lipcowe małe przyjemności

Zawsze z przyjemnością czytam na odwiedzanych przeze mnie blogach wpisy z cyklu „Lubię to” z różnymi inspiracjami i odkryciami. Od dawna myślałam o tego rodzaju cyklu u siebie, ale będąc w ciąży nie zdążyłam tego pomysłu zrealizować, a potem tym bardziej nie miałam na to czasu. I tak minął marzec, kwiecień, maj, przyszło lato, właśnie przemknął lipiec, więc uznałam, że to już najwyższy czas, by do takiego wpisu przysiąść. Plan jest taki, aby co miesiąc napisać Wam o tym, co aktualnie mi się spodobało, co mnie zachwyciło czy zainspirowało, ale co nie jest związane (przynajmniej nie bezpośrednio) z macierzyństwem. Macierzyństwo wciągnęło mnie bez reszty, jednak czuję, że czas pomyśleć odrobinę o sobie i wygospodarować dla siebie nieco więcej przestrzeni. Niech to będzie pierwszy krok.

Serial „Ania, nie Anna”

anneWszyscy dookoła polecają ten serial, więc i ja się skusiłam do jego obejrzenia, zwłaszcza że postać Ani z Zielonego Wzgórza była mi w młodzieńczych latach bardzo bliska, żeby nie powiedzieć, że się utożsamiałam z jej marzycielską naturą. Oglądanie go było dla mnie nie tylko małą, ale wręcz dużą lipcową przyjemnością. To pierwszy serial, który udało mi się zobaczyć, od kiedy Wojtuś jest z nami. Swego czasu zrobiłam jeszcze podejście do „Wielkich kłamstewek”, ale chyba nie wciągnęłam się w nie wystarczająco, a poza tym podjęte tematy, postacie jakoś nie wpływały dodatnio na mój nastrój. Co innego serial o Ani. Przy nim odetchnęłam, pośmiałam się, wzruszyłam, zachwyciłam pięknymi widokami i główną bohaterką. Gorąco polecam, uprzedzając jednocześnie, że to zdecydowanie dziewczyńskie klimaty.

Miejsce w sieci

rudorozSzukając jakiejś fajnej tapety na pulpit, trafiłam na piękny blog Magdy o nazwie Rudoróż. Jego autorka co miesiąc udostępnia do pobrania tapety własnego autorstwa, które idealnie trafiają w mój gust. A i poczytać przyjemnie, ostatnio na przykład o miłości do gór. Zajrzyjcie!

Smakołyki

Dotychczas przy Wojcieszku trudno było mi znaleźć czas na pieczenie i szykowanie sobie zdrowych słodkości do przegryzienia. A że nie potrafię się bez tego rodzaju smakołyków obejść, to powinnam mieć zawsze coś takiego na podorędziu. Na szczęście teraz można znaleźć w sklepach różne smakołyki nieskładające się z samego cukru czy syropu glukozowo-fruktozowego. W lipcu wypatrzyłam w osiedlowej żabce pełnoziarniste ciastka z liofilizowaną maliną. Bardzo mi posmakowały i tak zajadałam się nimi przy każdej okazji. Mimo wszystko mam nadzieję, że w sierpniu znajdę trochę więcej czasu na domowe smakołyki, zwłaszcza że teraz taki owocowy dobrostan i nie trzeba wiele zachodu, by coś zdrowego i smacznego przyrządzić.

ciastkaCiuchowe łowy

W pewną lipcową sobotę udało mi się wyskoczyć na małe zakupy. Kupiłam sobie lniane spodnie, które równie dobrze mogłyby uchodzić za pidżamowe, i wzorzystą spódnicę w Tatuum. No i ta spódnica okazała się jak najbardziej trafionym łupem. Polubiłam się z nią. Najpierw czekałam na jakąś okazję (typu kawa z przyjaciółką), by ją założyć, ale doszłam do wniosku, że taka okazja może się i do końca wakacji nie trafić, więc zakładam ją nawet na zwyczajny spacer po parku z dzieckiem.

edfI to by było na tyle. Mam nadzieję, że sierpień będzie obfitszy w małe przyjemności, bo troszkę mizernie to wygląda. Nagietkowo-cytrynowe półkule kąpielowe czekają od marca na wypróbowanie.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Uziemieni przez choroby

Czy wiedziałyście, że zapalenie płuc może mieć niemalże bezobjawowy przebieg i  być tak trudne do zdiagnozowania? Ja nie miałam o tym pojęcia. Ale teraz wiem i utwierdziłam się w przekonaniu, że trzeba ufać swojej intuicji i że warto być czasem nieco nadgorliwym i przewrażliwionym.

Na początku zeszłego tygodnia udałam się z Wojtusiem do przychodni na kontrolę po infekcji, którą wcześniej przechodził. Zaprzyjaźniona pediatra wyjechała akurat na urlop, więc postanowiłam pofatygować się do państwowej służby zdrowia. I całe szczęście, bo trafiłam na pediatrę pulmonologa, która gdy tylko rozebrałam synka, zorientowała się, że coś jest nie tak. Ja też czułam, że nie wszystko jest w porządku, choć objawy typowe dla infekcji górnych dróg oddechowych niemalże ustąpiły. A jednak Wojtek nie wydawał mi się zupełnie zdrowy. Coraz bardziej grymasił przy karmieniu, odrywał się od piersi z krzykiem po zaledwie kilku minutach ssania, słabo przybierał na wadze i w moim odczuciu nieco więcej marudził, ale to zawsze można zgonić na skok rozwojowy.

W przychodni spodziewałam się usłyszeć, że to zęby i że ewentualnie mamy kontynuować kurację inhalacjami i kropelkami do nosa. Tymczasem lekarkę zaniepokoił oddech Wojtusia, jakby płytszy i wymuszony. Gdy to usłyszałam, nogi się pode mną ugięły. Od razu dostaliśmy skierowanie do szpitala na rentgen klatki piersiowej. I potwierdziło się, że Wojtuś ma rozległe, śródmiąższowe zapalenie płuc, które osłuchowo jest ponoć nie do wykrycia. Lekarka w przychodni zorientowała się po ruchach klatki piersiowej, wskazujących na duszności, znacząco utrudniające Wojtkowi ssanie piersi. Dla mnie było to niezauważalne. Myślę, że gdybyśmy trafili  do kogoś mniej doświadczonego i wyczulonego na tego typu schorzenia, choroba by postępowała.

Na szczęście stan Wojcieszka był na tyle dobry, że nie musieliśmy zostawać w szpitalu. Dostaliśmy antybiotyk, inhalacje i początkowo co dwa dni zalecono kontrolę u lekarza. Jest już poprawa, ale na pewno do końca tego tygodnia siedzimy uziemieni w domu. Ja staram się wychodzić na chwilę wieczorem, gdy M. wraca z pracy, choć wtedy zazwyczaj padam już na ryj i marzę o tym, by wziąć prysznic i się położyć. Bo zęby oczywiście też dają teraz o sobie znać, więc Wojtek bywa bardzo marudny i wymagający. Ale mam w sobie dużo zrozumienia dla niego i jak przystało na późne, wyczekane macierzyństwo − spore pokłady cierpliwości. A gdy przemęczenie bierze górę, to wieczorem wyżywam się trochę na mężu lub popłaczę mamie w słuchawkę i od razu mi lepiej. Naprawdę mam nadzieję, że właśnie wyczerpujemy limit różnych niemowlęcych przypadłości i dolegliwości i przynajmniej przez jakiś czas będziemy mogli w spokoju cieszyć się latem.

Jestem Wam winna jeszcze spacerowy update, ale to już następnym razem, bo teraz trwa spacerowy detoks, a po takim czasie wszystko może się zmienić.

Jak oni pracują Agaty Napiórskiej

Zawsze fascynowało mnie życie codzienne pisarzy. Ile czasu potrzebują na napisanie książki. Ile godzin dziennie temu poświęcają. I w ogóle czy zasiadają do pisania każdego dnia, czy też czekają na przypływ weny. Jak wygląda ich miejsce pracy. Czy mają jakieś nawyki związane z pisaniem, rytuały, natręctwa… Co jedzą w trakcie pracy nad książką. Słowem − dzień z życia pisarza. Agata Napiórska pokusiła się o wypytanie wybranych polskich twórców o wspomniane wyżej sprawy. Ale nie tylko pisarzy wzięła na celownik, a także innych twórców kultury (związanych ze sztuką, z filmem, teatrem itd.). I z tych rozmów (nie zawsze przeprowadzonych twarzą w twarz, czasem drogą elektroniczną, bo niektórzy nie mieli czasu lub chęci na tradycyjną formę wywiadu) powstała książka Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami. Gdy tylko mignęła mi gdzieś w mediach, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć.

Czytam ją sobie z przyjemnością, po troszku i nie po kolei, lecz wybierając w zależności od nastroju twórcę. I czuję się tak, jakbym zaglądała im przez ramię do pracowni, czasem do domu, do ogrodu, do ulubionych miejsc, do skrawka codzienności. Wiele z rozmów podziałało na mnie inspirująco, pojedyncze mnie znudziły, inne zaskoczyły czy nawet wzruszyły. Niektórym twórcom pozazdrościłam, na przykład Filipowi Springerowi tej lekkości pióra, czy Małgorzacie Gutowskiej-Adamczyk i Katarzynie Boguckiej i Szymonowi Tomile spokojnego, wiejskiego życia blisko natury. Rozmowa z Wilkoniem wydała mi się rozrachunkowa i pod jej koniec poczułam ukłucie w środku. Andrzej Sapkowski (notabene nie przeczytałam ani jednej jego książki) rozbawił mnie, Barbara Wrońska trochę też. Jakub Żulczyk w tej rozmowie zawiódł nieco moje oczekiwania, a w każdym razie niczym mnie nie ujął. Z pewnością mogłabym się utożsamić z Sylwią Chutnik, jeśli chodzi o reżim dnia, który sama stosowałam swego czasu, gdy pracowałam jako wolny strzelec. Cudownie inspirująco podziałała na mnie Iwona Chmielewska (muszę koniecznie kupić jakąś jej książkę), a Katarzyna Bonda zaintrygowała mnie i nieco przeraziła twórczym szałem, w który wpada, pracując intensywnie nad książką. No i okazało się, że wcale nie jestem odosobniona w umiłowaniu porządku. Wielu rozmówców Napiórskiej deklarowało, że za nic w świecie nie potrafi się skupić, mając dookoła siebie nieład. Też tak mam!

Gdybym to ja przeprowadzała takie rozmowy, to na pewno zaprosiłabym do nich Wiesława Myśliwskiego, Olgę Tokarczuk, Pawła Huellego, Emilię Dziubak i Dorotę Masłowską, i jeszcze Małgorzatę Musierowicz i może Michała Witkowskiego. No i pewnie jak to opublikuję, to jeszcze przyjdzie mi wielu innych do głowy. I zdjęcia bym chciała ich biurek, stołów, pracowni. Taka ciekawska jestem. Kogo dodalibyście do tej listy?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Cztery miesiące z W.

Cztery miesiące razem. Wypełnione po brzegi bezwarunkową, szaloną miłością. Mój uporządkowany  dotychczas świat wywrócony do góry nogami. Tylko On sprawia, że mimo snu klejącego powieki, dzień w dzień budzę się nad ranem szczęśliwa i pełna werwy. On uczy mnie spontaniczności, szybkiej zmiany planów, dostosowywania się do sytuacji, kreatywności i siły spokoju w najbardziej stresujących sytuacjach. Jaki jest? Prawie nie śpi w dzień, wciąż nie lubi spacerów w gondoli, od miesiąca boi się odkurzacza, za to pokochał kąpiele, uwielbia być na golaska i przeglądać się w lustrze. Ubóstwia swój retro wózek, w którym czasem udaje mi się go nawet uśpić, a czasem kończy się na tym, że wtóruje mi, gdy mu śpiewam. Kocham go. Najbardziej na świecie. I każdego dnia w tej codziennej bieganinie przystaję na chwilę, przytulam do siebie to rozgrzane, rozbiegane ciałko, czasem rozchichrane w bezzębnym uśmiechu, innym razem rozwrzeszczane, i przepełnia mnie wdzięczność, bo wciąż nie mogę się nadziwić, że Go mamy. Takiego idealnego, wyjątkowego i tak bardzo naszego. I wtedy nagle wydaje mi się, że był z nami od zawsze, bo już nie potrafię sobie wyobrazić ani przypomnieć, jak pusto nam było we dwoje.

Ale ktoś tam dba o to, byśmy nie rozpłynęli się w tym cukrowym oceanie szczęśliwości, dosypując nam co jakiś czas odrobinę dziegciu. Teraz walczymy z wirusami, które krążą w kółko nad naszą trójką. Katar dla niesiedzącego niemowlaka karmionego piersią −  katorga. Jakby tego było mało powoli wykluwają się zęby. Ale wiem, że mój dzielny Wojownik zaprawiony w kolkowych bojach da radę, zwłaszcza że ma przy sobie rozkochanych i zawsze gotowych do noszenia i tulenia rodziców.

Zapisz

Mityczne spacery

Marzyły się matce długie spacery z wózkiem, marzyły… Chadzała sobie w ciąży po parku i tęsknym okiem spoglądała na mamuśki spacerujące z dziećmi. I snuła wyobrażenia o tym, jak to będzie cudownie tak spacerować na wiosnę z synkiem. A to do kwiaciarni zajść, a to do pobliskiego centrum handlowego po jakiś ciuszek. Ale nie dla matki takie przyjemności, bo synek spacery i owszem, byle na rękach i z dala od gondoli.

A zapowiadało się całkiem nieźle. Ubierany w głębokim śnie Wojciech nawet jeśli przebudził się na chwilę, to tylko po to, by zaraz zasnąć wieziony po osiedlowych wertepach. Spacer nie mógł trwać długo, ale w sam raz tyle, by dojść do parku i obejść go wzdłuż lub wszerz czy cyknąć parę fotek telefonem. Zdarzyło się nawet matce publiczne karmienie i taka dumna wtedy z siebie była, że się ośmieliła. A potem nadeszły kolki, które co nieco zamąciły, ale jeśli się wyszło o odpowiedniej porze, gdy Wojciech był w dobrej formie, to spacer przebiegał w całkiem miłej i spokojnej atmosferze. Choć trzeba przyznać, że z tym ubieraniem to był zawsze problem. Czekała więc matka z niecierpliwością na te ciepłe dni, kiedy to nie trzeba będzie zakładać na uśpionego Wojciecha kolejnych warstw, a czapeczkę to tylko po to, by chronić przed słońcem. I się doczekała. Raz matka nawet odważyła się wyjść z Wojciechem popołudniu, gdy ten nie spał ani nawet nie zamierzał ucinać sobie drzemki. Ach, jaki to był udany spacer. Nic to, że koło od wózka wtedy odpadło i matka nie umiała go założyć, wypaćkała się smarem, aż w końcu zlitował się nad nią jakiś przechodzień. Najważniejsze, że Wojciech leżał sobie cierpliwie w wózeczku, całkiem zadowolony, a potem zasnął pod samym domem. I wtedy matka podzieliła się z ojcem taką refleksją, że nasz synek zapowiada się na wielkiego entuzjastę spacerowania. Miód na matczyne serce. No ale wiadomo powszechnie, że jak się pochwali dziecko, to ono niezwłocznie zaczyna się psuć.

Stan obecny jest taki, że Wojtuś zaczyna ryczeć, gdy tylko zakładam mu czapeczkę. Wychodzić należy na śpiocha, ale musi to być naprawdę głęboki sen i broń Boże niepoprzedzony zakładaniem żadnych dodatkowych ubranek. Wtedy jest szansa, że Wojciech ujedzie te dwadzieścia minut w gondoli. Potem następuje przebudzenie, wielki ryk i rzucanie się po całym wózku, aż w końcu dziecko ląduje na rękach mamy lub taty i momentalnie się uspokaja. No chyba że słońce za bardzo mu świeci w oczy albo wiatr wieje. Syn mój wszak wymagający w stosunku do warunków atmosferycznych.

Naczytała się matka internetów i wie, że inne dzieci też tak mają. Ba! Nie omieszkała Wojtusiowa babcia wytknąć matce, że i ona nie pałała miłością do gondoli i przez kilka pierwszych miesięcy swego życia odbywała spacery na rękach mamy, taty czy babci. Dopiero w spacerówce jej się spodobało. Ale średnio to matkę pociesza.

Na razie niestety nic nie pomaga. Opuszczona buda − źle, brzęczące zawieszki − jeszcze gorzej, bo potęgują tylko niezadowolenie. Żal, wielki żal. Bo wiosna taka piękna za oknem. I lato na horyzoncie. I jak tu nie wychodzić, jak tu nie dotleniać dziecka, a i matczyna głowa wymaga codziennego wyprowadzenia poza cztery ściany i przewietrzenia. Spacer z tatkiem to jeszcze jakoś ujdzie, bo matka pcha wózek, a ojciec niesie ciekawe świata dziecię, ale samej matce to już się trochę odechciało tych spacerów. Może chusta będzie jakimś ratunkiem… Bo jak Wojciech dorośnie do spacerówki, to akurat jesień nas zastanie. A co jeśli i w spacerówce nie będzie chciał się wozić? Takiego scenariusza nawet nie biorę pod uwagę.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Mój DZIEŃ!

edf

Dzień Matki. Naczekałam się na to święto. W tym roku jest dla mnie wyjątkowe i coś wyjątkowego i poruszającego chciałabym napisać. Ale im bardziej o tym myślę i szukam odpowiednich słów na oddanie tego, co czuję, tym większy zamęt w mojej głowie. Tyle że to nie trzeba do głowy sięgać, a sporo niżej. A tam niżej czuję przyjemne ciepło. Jestem szczęśliwa. Czasem czuję się też zmęczona, ale nigdy moim dzieckiem, choćby było najbardziej marudne na świecie. Raczej rutyną codzienności. Moje życie chyba nigdy nie było tak przewidywalne i powtarzalne jak teraz, a ja nigdy nie miałam tak mało czasu dla samej siebie. Świat skurczony do wystawiania cyca, zmieniania pieluch, nocnych pobudek, popijania zimnej herbaty i jedzenia odgrzewanych obiadów. Ale jednocześnie ten mój świat nigdy też nie był tak zadziwiający, różnorodny, bogaty, pełen wyzwań i wzruszeń, a ja nie czułam się tak bardzo kochana, potrzebna i spełniona.

Jestem mamą i dziś, choć na pewno znalazłabym w sobie co nieco do poprawienia, to jestem dumna z siebie i z tego Małego Człowieka, który rośnie pod moimi skrzydłami. Dryfujemy wspólnie przez tę codzienność, czasem po spokojnym morzu, innym razem po mocno wzburzonym, ale nawet tych nawiedzających nas sztormów, z których wychodzimy obronną ręką, nie zamieniłabym na nic innego (choć akurat kolki wcale nie były nam potrzebne do szczęścia). A gdy na jego twarzy maluje się uśmiech na mój widok, choćbym była najbardziej rozczochranym straszydłem z tłustą cerą i pryszczem na nosie, to każde zmęczenie ulatnia się w mgnieniu oka. I gdzieś z tyłu głowy przelotna, strachliwa myśl, że może to się już nigdy nie powtórzy, że może tylko raz przyjdzie mi to wszystko przeżyć. Wtedy nawet te codzienne, żmudne czynności nabierają innego wymiaru. A jeszcze gdy pomyślę sobie, że właśnie minęły nam trzy miesiące, od kiedy jesteśmy razem, i nagle zima zmieniła się w lato, a On wyrósł z zamkniętego w sobie noworodka w gaworzącego, chichrającego się i zainteresowanego wszystkim dookoła niemowlaka, to chciałabym bardzo prosić kogoś, by zatrzymał czas. Bym zdążyła się Nim nacieszyć, takim małym, pachnącym i tak bardzo wpatrzonym we mnie, zanim wyfrunie spod tych moich skrzydeł w świat.

edf

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz