Wiosna w komplecie

kwitnace

To był piękny, słoneczny dzień, rześki, ale zapowiadający rychłe nadejście wiosny w pełnym rozkwicie. Właśnie tak wymarzyłam sobie dzień, w którym przyjdzie na świat nasz trzeci synek. Rano pożegnaliśmy się z Wojtusiem, który został pod troskliwą opieką mojej mamy. To miało być nasze pierwsze rozstanie na noc, a właściwie, jak się potem okazało, na kilkanaście nocy.

Z domu wyjechaliśmy o 7.30, a o 9.52 Antoś był już z nami. Niezłą masę zrobił chłopak w brzuchu, bo 3770 g. Tę drugą cesarkę zniosłam dużo lepiej niż pierwszą. Może dlatego, że wiedziałam, co mnie czeka. Niemniej pionizacja tym razem nie była traumatycznym przeżyciem i przebiegła całkiem sprawnie. Mąż od razu dostał synka do kangurowania, a potem przejęłam go ja. Te pierwsze godziny z noworodkiem leżącym na piersi i mężem u boku są absolutnie magiczne, choć ja, podobnie jak przy pierwszej CC, bałam się, że nie będę mogła ruszać nogami i co chwilę prosiłam męża, by dotykał moich stóp, żebym mogła sprawdzić, czy coś czuję. Na szczęście za każdym razem czułam.

Niestety mimo ciągłego przystawiania Antka i nawet spania z nim na szpitalnym łóżku pokarmu miałam jak na lekarstwo. W trzeciej dobie, gdy już szykowałam się do wyjścia do domu, pediatra podczas badania usłyszała u Antosia szmery w serduszku. Zleciła konsultację z kardiologiem i dodatkowe badania, które zakończyły się podejrzeniem bradykardii. To był początek weekendu, więc zostaliśmy na oddziale neonatologicznym. Warunki wspaniałe, ale pobytu tam nie wspominam za dobrze. Z soboty na niedzielę postanowiłam wrócić na noc do domu. Kiedy zobaczyłam Wojtusia, z trudem powstrzymałam łzy. Tej nocy, gdy wyprzytulałam starszego synka i jednocześnie myślałam o młodszym, mleko z moich piersi popłynęło w końcu ciurkiem. W poniedziałek przewieźli nas karetką do kliniki dziecięcej na oddział kardiologiczny. Tu warunki zdecydowanie słabsze, ale za to opieka bardzo troskliwa. Fizycznie pobyt w szpitalu dał mi jednak solidnie w kość. Dostawianie Antosia podpiętego pod kabelki, z kroplówką, z leżaczkiem do fototerapii, bo w międzyczasie podskoczyła mu bilirubina, to była niezła gimnastyka. W ciągu dnia na trzy godziny zmieniał mnie mąż, bym mogła zobaczyć się z Wojtusiem i się wykąpać. Najważniejsze jednak, że bradykardia została wykluczona i przed świętami wyszliśmy do domu.

Teraz uczymy się życia we czworo. Wojtuś zafascynowany małymi rączkami i stópkami braciszka, ale jednocześnie bardzo zazdrosny. Jego świat wywrócił się do góry nogami. Antoś natomiast to niezły głodomorek. Już widzę, że karmienie piersią choćby przez pół roku to będzie wyzwanie. Jestem notorycznie zmęczona, bo Wojtek ostatnio nie śpi w dzień, a Antek z kolei jest aktywny w nocy,  ale powtarzam sobie, że to wszystko minie. Pewnie szybciej, niż się spodziewam, a teraz staram się cieszyć wiosną, tym, że jesteśmy zdrowi i że tyle fajnego przed nami.

Noworocznie

Przeglądam zdjęcia w telefonie i zastanawiam się, co mogłabym napisać o 2018 roku. Na pewno to, że był intensywny, zaskakujący, pełen wzruszeń i uśmiechu, momentami trudny i męczący, ale w ogólnym rozrachunku zdecydowanie szczęśliwy. Jestem wdzięczna za to, że dopisywało nam w nim zdrowie, za cudowne, czerwcowe wakacje spędzone nad morzem. Tak się bałam, jak Wojtuś zniesie drogę, jak się odnajdzie w obcym miejscu, ale niepotrzebnie, bo wszystko ułożyło się bardzo pomyślnie i przywieźliśmy z tego wyjazdu wyjątkowe wspomnienia.

Jestem wdzięczna za wspaniały, wesoły czas spędzony z dziadkami, za kąpiele w dmuchanym basenie, bieganie na bosaka, karmienie psów malinami, za wszystkie wizyty na placach zabaw, w zoo, w palmiarni i za wycieczki rowerowe o zachodzie słońca.

Jestem wdzięczna za to, że udało się łagodnie zakończyć naszą mleczną drogę. I za każdą przespaną noc od tamtej pory.

Jestem wdzięczna za nową, fajną pracę na pół etatu, która nadarzyła się niespodziewanie pod koniec listopada. Miałam wiele obaw, czy ją podjąć, ale zaryzykowałam i zdecydowanie była to dobra decyzja. Taka intelektualna odskocznia i wyjście do dorosłych ludzi były mi bardzo potrzebne. I te powroty do domu z nową energią do wytęsknionego dziecka bezcenne.

Przede wszystkim jestem wdzięczna za najwspanialszą niespodziankę, jaką mogliśmy sobie tylko wymarzyć − kolejnego synka, którego powitamy na świecie na wiosnę.

Ale nie wszystko podobało mi się w tym roku. Szczególnie jesienno-zimowe miesiące były chwilami nie do zniesienia. Trochę się kłóciliśmy z M., nie raz czuliśmy się całkowicie bezsilni, wyczerpani psychicznie i niekompetentni jako rodzice przy trwającym już kilka tygodni buncie naszego temperamentnego niespełna dwulatka. To również kolejny rok, w którym nie udało nam się zamienić naszego mieszkania na dom z ogródkiem, o czym od dawna marzymy i co bardzo nam ciąży, bo oboje wiemy, że byłoby to dla nas zbawienne. Ale dziś nie chcę już skupiać się na tym, co negatywne. W nowym roku pragnę przede wszystkim tego, by nasz trzeci synek przyszedł na świat cały i zdrowy. I by jakoś udało nam się to wszystko szczęśliwie poukładać.

Do siego roku!

mama-i-wojtus_2

 

Planowana niespodzianka

Wczesną wiosną, gdy zieloność zacznie górować nad wszechobecną szarzyzną, w naszym domu pojawi się nowa osóbka. Niedawno ważyła ponoć tyle, co tabliczka czekolady, ale mam nadzieję, że od tamtej pory nabrała masy. Ta osóbka to najprawdopodobniej chłopczyk, choć nie wiedzieć czemu, wszyscy przeczuwali dziewczynkę, a mojej babci to się nawet przyśniła nasza przyszła córeczka. Mam tylko nadzieję, że tym razem synek przejmie więcej cech po mnie, bo jeśli trafi mi się kolejny uparty indywidualista, to  zostanę całkowicie zdominowana przez moich trzech mężczyzn. Tak naprawdę to wielokrotnie wyobrażaliśmy sobie z M. dwóch chłopców bawiących się na dywanie, tylko że Wojtuś miał być tym młodszym bratem, a będzie jednak starszym i doprawdy nie wiem, jak się odnajdzie w tej roli.

W tę ciążę zaszłam tak jak chciałam. Obyło się bez wizyt u lekarza, monitoringu, leków, czyhania na dni płodne. W dodatku wciąż karmiłam Wojtusia piersią i po kilku miesiącach niezbyt intensywnych starań przestałam wierzyć, że ujrzę dwie kreski na teście, nie odstawiając synka. Postanowiłam cieszyć się wakacjami, a o zachodzeniu w ciążę pomyśleć jakoś bliżej jesieni. No i właśnie wtedy się udało, ale na początku o tym nie wiedziałam. Myślałam, że mam kolejny okres, a to było plamienie, ale nie przyszło mi do głowy, by zrobić test. Jeździłam więc sobie na rowerze, dźwigałam Wojtusia i absolutnie się nie oszczędzałam. Aż pewnego dnia poczułam mdłości. Stwierdziłam, że to pewnie jakieś zatrucie pokarmowe. Ale czułam je każdego kolejnego poranka i wtedy to już wiedziałam, że jestem w ciąży.

Mdłości towarzyszyły mi przez cały pierwszy trymestr. Nie tylko z rana, ale i popołudniami, a czasem i w nocy. Do tego jadłowstręt, obrzydzenie do różnych zapachów, zawroty głowy i obezwładniająca senność oraz w pakiecie bardzo żywy i spragniony atrakcji półtoraroczniak. Gdyby nie pomoc mojej mamy i większe zaangażowanie ze strony męża to nie wiem, jak przetrwałabym ten początek. Teraz jest o niebo lepiej, ale nie ma taryfy ulgowej. W dodatku Wojtuś przechodzi ostatnio trudny okres. Bardzo się buntuje i z niebywałą zawziętością walczy o swoje, a ja jak nigdy dotąd potrzebuję odskoczni i cóż, napiszę szczerze − ucieczki z domu. Ale w obecnej sytuacji to raczej niemożliwe. Co jakiś czas w mojej głowie pojawia się myśl o żłobku, jednak uważam, że akurat teraz Wojtek kompletnie by się w nim nie odnalazł, a w domu pewnie mielibyśmy co chwilę szpital. Na szczęście jest babcia, na której przyjazd w tygodniu czekam jak na zbawienie i w końcu uczę się wykorzystywać jej obecność na własne przyjemności.

Wakacje objazdowe

Fala upałów wygnała nas z dużego miasta i z naszego mieszkania, którego o tej porze roku bardzo nie lubię. Te wakacje spędzamy więc objazdowo i towarzysko. Jeździmy z Wojtusiem od jednej babci do drugiej, zahaczając przy okazji o naszą rodzinną działkę. Dużo przebywamy na świeżym dusznym powietrzu, moczymy nogi w dmuchanym basenie, gadamy z psami i rudym kotem, chodzimy boso po trawie i jeździmy wieczorami na rowerze, rozkoszując się podmuchami wiatru. Chciałabym też napisać, że objadamy się malinami i porzeczkami z ogródka babci D., ale to nieprawda. Objadam się nimi ja, a Wojtuś rzuca psom lub turla je niczym piłeczki i za nic w świecie nie chce spróbować. Ale myślę sobie, że kiedyś to się zmieni. Odwiedzamy też wszystkie okoliczne place zabaw. To rozrywka przede wszystkim dla mojego dziecka. Ja muszę się do tego trochę wewnętrznie przymusić. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze tylko wyjazdu w góry. Tęsknię za nimi bardzo i  w tym roku nie spocznę, póki gdzieś się nie wybierzemy.

Mam poczucie, że to lato nie idzie na marne, choć zmiany miejsca burzą z trudem wypracowaną rutynę i owocują tysiącem nocnych pobudek. W sierpniu moje myśli zawsze uciekają już w stronę jesieni, a momentami i zimy, świąt, cynamonu, pieczenia pierników… Postanowiłam zostać jeszcze trochę z Wojtusiem w domu. Cieszę się na to, co przed nami. I martwię trochę też. Jak my się odnajdziemy po takim gorącym, aktywnym lecie w te listopadowe słoty? Muszę się dobrze przygotować na chłodne miesiące i zgromadzić w sobie jak najwięcej słonecznej energii. Jesienią chciałabym też zakończyć naszą mleczną drogę. Od dłuższego czasu spędza mi to sen z powiek. I jak na razie wydaje się równie odległe i nieosiągalne jak podróż na Księżyc.

Co lubi Wojtuś. Ku pamięci

Lubi kąpać się na stojąco. Od miesięcy nie siedzi w wanience i żadne zabawki nie są go w stanie do tego nakłonić. On zatem stoi, a my go polewamy wodą z wanienki, by nie zmarzł. Ostatnio wypróbowaliśmy polewanie prysznicem. Spodobało się, więc będziemy praktykować.

Lubi być w ruchu. Od zawsze. Myślę, że niemożność przemieszczania się bardzo mu doskwierała we wczesnoniemowlęcych czasach. Za to w wieku siedmiu miesięcy zaczął pełzać z zawrotną prędkością, nie zważając na przeszkody w postaci nóg od stołu czy meblowych kantów. Chodziłam za nim krok w krok. Wspominam to jako jeden z najtrudniejszych okresów, kiedy to nie miałam czasu na nic, bo pilnowałam dziecka. Potem nastała era raczkowania. W końcu wszystkie potencjalne przeszkody obkleiliśmy folią bąbelkową, a M. uparł się, by porozkładać po całym mieszkaniu maty piankowe, żeby Wojtusiowi nie marzły dłonie. Dopiero niedawno się ich pozbyłam, gdy Wojtek zaczął sprawnie chodzić (a właściwie biegać).

Lubi jeść rosół. Jedyna domowa zupa, którą zje zawsze. Ku uciesze męża po latach przerwy rosół gości u nas co najmniej raz w tygodniu, choć trzeba przyznać, że i jego entuzjazm na widok mrugających do niego po podniesieniu pokrywki oków już nieco osłabł. No bo ileż można jeść rosół, kiedy to na tapecie powinny być botwinka czy wiosenna.

Lubi zabawki, które można ciągnąć. Drewnianego konika na sznureczku, pieska, koparkę, a najbardziej to zdezelowany, plastikowy telefon z słuchawką. Relikt przeszłości odziedziczony po kuzynach. Ale do szczęścia wystarczy byle kabelek, który daje się wlec po podłodze.

Lubi panią z warkoczami w jednej ze swoich książek. Zawsze śmieje się na widok tego obrazka. Jak się przesunie paluszkiem, to te warkoczyki można jej obciąć. Lubi też zrzucać książki i przewracać w nich strony. Ostatnio lubi nawet Pucia, bo tam jest piesek. A pieski Wojtuś lubi bardzo. I woła na nie: „Ja, ja, jaj!”.

No i wreszcie lubi wychodzić na dwór. A pamiętam, jak w zeszłym roku o tej porze na każde wyjście z Wojtusiem szykowałam się jak na wojnę. Skarżyłam się mamie, że ja tak marzę o tym, by sobie po prostu pospacerować z dzieckiem po parku, nie martwiąc się, że będzie płakać wniebogłosy. Mama pocieszała mnie, że i ja się tego doczekam, a Wojtuś jeszcze będzie mi swoje buty przynosił. No i przynosi! Tyle że teraz to nie ma mowy o spokojnym spacerowaniu, tylko trzeba ganiać za spragnionym wrażeń i ruchu dzieckiem. Ale na to nie narzekam, tylko korzystam do oporu z tej rozsłonecznionej, letniej wiosny.

wojtek-i-wozek

Falstart

A jednak nie będę mamą na etacie. Nie wiem, co mnie podkusiło, by pod koniec roku szkolnego decydować się na pracę na stanowisku nauczycielki. No dobra, przyznaję, że nie bez znaczenia była perspektywa niemalże dwumiesięcznych wakacji. Okazało się jednak, że to był pod wieloma względami falstart, a ja przeżyłam brutalne zderzenie ze szkolną rzeczywistością. Po pierwsze nigdy nie pracowałam w tym zawodzie, ale wydawało mi się, że do tego dojrzałam i że będę czerpać z tego przyjemność. Po drugie zgubiło mnie zbyt idealistyczne podejście do pracy w szkole i brak doświadczenia. Gimnazjaliści doskonale wyczuli to, że nie jestem typem srogiej pani, która bez wahania stawia jedynki i niestety szybko mnie zdominowali. Z czwartoklasistami, którzy przypadli mi w udziale, czułam się jak w przedszkolu. Byli zainteresowani wszystkim innym, tylko nie lekcją i tym, co do nich mówię. Z rodzicami na szczęście nie miałam styczności, bo w porę się opamiętałam i porzuciłam to zacne, ale jakże niedoceniane zajęcie.

Powrót do pracy miał być odskocznią, a stał się źródłem frustracji i stresu. Z ulgą wróciłam do domowych obowiązków i etatu mamy. Na razie zawieszam szukanie nowej pracy na bliżej nieokreślone jutro. Na pewno na moment, gdy zakończy się nasza mleczna droga i Wojtek zacznie przesypiać noce, a przynajmniej wieczory. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę szukać pracy w szkole. Jedno mogę stwierdzić − jestem pełna podziwu dla wszystkich nauczycieli. Epizod ten zaliczam do kategorii: „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Może to był taki prztyczek w nos na przyszłość, kiedy to Wojtuś przekroczy szkolne progi, bo rośnie mi niezłe ziółko. Teraz czas pomyśleć o jakimś wakacyjnym wyjeździe. Góry czy morze? Oto jest pytanie. Chyba jednak morze. Piasek jest taki zajmujący. Choć za górami tęsknię już tak bardzo, że aż słów mi brak.

Wiosenne rewolucje

To był wspaniały miesiąc. Zachłysnęłam się wiosną, zielenią, słońcem. Przebudziłam wreszcie na dobre z zimowego snu i odetchnęłam pełną piersią. To był miesiąc pierwszych kroków Wojtusia. Stawiał je między innymi w niezapominajkowym raju, czyli kameralnym parku, który wczesną wiosną pokrywają dywany jasnoniebieskich kwiatuszków. Dawniej przejeżdżałam tamtędy na rowerze do pracy, marząc o tym, że kiedyś zabiorę tam swoje dziecko. Zeszłej wiosny Wojtuś nie przepadał za długimi spacerami i przebywaniem poza domem, więc w tym roku nadrabiamy zaległości. A odkrywanie świata na nowo z niespełna półtoraroczniakiem jest fascynujące. Znają nas już chyba wszystkie psy z sąsiedztwa. Wojtek na widok każdego krzyczy na powitanie: „Ja, ja, jaj!”. Z podobnym entuzjazmem odnosi się do gołębi, tramwajów i autobusów. Mieliśmy iść do zoo, ale boję się, że ochrypnie.

wojtek-i-niezapominaki

W kwietniu sporo rozmyślałam o odstawieniu Wojtusia od piersi. A im więcej gdybałam na ten temat, tym bardziej on się tej piersi domagał. W końcu wsłuchałam się w swoją intuicję i doszłam do wniosku, że na kategoryczne odstawienie nie jestem gotowa i chciałabym, żeby wyszło to bardziej naturalnie. I być może niedługo tak się stanie, bo od połowy maja wracam do pracy. A właściwie zaczynam zupełnie nową pracę. Któregoś wieczoru coś mnie tchnęło i wysłałam kilka aplikacji. No i pech chciał, że z jednego miejsca się odezwali. Rodzina przyklasnęła, babcie obiecały pomagać, także nie ma wyjścia, trzeba iść do roboty, ha, ha. Jestem podekscytowana i trochę przerażona. Wojtek na początku będzie zostawał głównie z moją mamą, od czasu do czasu z drugą babcią lub z tatą. O nasze rozstania jakoś specjalnie się nie martwię. Myślę, że oboje do tego dojrzeliśmy i dobrze nam to zrobi. Tymczasem sen z powiek spędza mi to, czy dam sobie radę zawodowo w nowym miejscu. Czuję jednak, że muszę spróbować i że puzzle właśnie znalazły się na właściwych miejscach.

Z roczniakiem w domu

Gdy dziecko kończy rok, najczęściej pojawiające się pytania to: Czy jeszcze karmisz piersią? Czy już chodzi? Czy wracasz do pracy? W każdym razie są to sprawy, o które pytają mnie moje sąsiadki. Nic w tym dziwnego, bo to kwestie, które i mnie nurtują. Pierwsze kroki Wojtuś ma już za sobą i niedługo pewnie zacznie chodzić na dobre, a ja z jednej strony wyczekuję tego etapu, a z drugiej wcale mi się do niego nie śpieszy. Piersią wciąż karmię, choć nie ma dnia, a właściwie nocy, bym nie rozmyślała o odstawieniu, ale to temat na osobny post. A jeśli chodzi o pracę, to przez jakiś czas postanowiłam zostać na domowym etacie.

Po pierwsze, to nie mam pracy, do której mogłabym wrócić, bo gdy zaszłam w ciążę z Wojtusiem, byłam zatrudniona na zastępstwo i od początku wiedziałam, że umowa nie będzie przedłużona. Wcześniej pracowałam naukowo i dodatkowo jako freelancer. Praca naukowa to zamknięty rozdział w moim życiu, ale do zleceń teoretycznie mogłabym wrócić, tylko wymagałoby to przeorganizowania naszej codzienności. Nie wyobrażam sobie pracować w domu przy Wojtusiu. Nie można go na zbyt długo spuścić z oczu, a gdy już zaśnie, to najczęściej ja też drzemię z nim lub regeneruję się, czytając książkę czy przeglądając Internet. O nadgonieniu jakichś domowych obowiązków nie ma mowy, bo Wojtka budzi najcichszy szmer, chyba że zależy mi na tym, by się obudził, to wtedy oczywiście śpi kamiennym snem. Pozostają wieczory, ale jako typowy ranny ptaszek nigdy o tej porze nie byłam wydajna, a po całym dniu z Wojtkiem to już tym bardziej. I jeszcze jedna kluczowa dla mnie kwestia. Gdy się tak przebywa z dzieckiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, to raczej  człowiek miałby ochotę z rana się wyszykować, zamknąć za sobą drzwi i poprzebywać trochę z dorosłymi ludźmi, a niekoniecznie zostać w czterech ścianach i rozgardiaszu.

Do jesieni postanowiłam dać sobie czas, nacieszyć się w pełni wiosną i latem, zwłaszcza że z takim roczniakiem podskakującym w wózku na widok każdego mijanego psa, gołębia, autobusu czy tramwaju jest naprawdę wesoło. Żal by mi było tych ciepłych miesięcy, które na pewno dają większe pole do popisu niż zima. W zeszłym roku nie nacieszyłam się nimi wystarczająco. Przyznaję jednak, że miewamy też trudne dni, kiedy marzę o tym, by wyjść z domu na te kilka godzin, wrócić stęskniona do mojego dziecka i zająć się nim z nową energią. Ale wtedy z opresji ratuje nas najczęściej babcia. Jesienią będę się martwić, co dalej. A może wcale nie trzeba będzie się martwić, bo życie przyniesie najlepsze rozwiązanie w najdogodniejszym momencie…

Rok temu…

tort-w-sypialni

Rok temu patrzyłam przez okno na szpitalny dziedziniec. Było mroźnie i słonecznie. A nad ranem zaczął prószyć śnieg. Patrzyłam w to okno i nie mogłam przestać się uśmiechać. Wydawało mi się, że unoszę się lekko nad ziemią. A obok mnie, na wyciągnięcie ręki spałeś Ty.

To był najbardziej przełomowy i wyjątkowy rok w moim życiu. Rok z naszym synkiem Wojtusiem. Rok, w którym oddałam się macierzyństwu, byciu z Nim i dla Niego, budzeniu się i zasypianiu przy tym małym, ciepłym ciałku.

Czy coś bym zmieniła, gdyby ktoś pozwolił mi cofnąć czas? Chyba bardziej cieszyłabym się chwilą, mniej przejmowała błahościami dnia codziennego. Tym, że niepozmywane, że nieodkurzone, że obiad jemy na kolację… Może udałoby mi się żyć jeszcze uważniej. Ale na pewno nie oddałabym ani jednej chwili, którą spędziliśmy razem. Nie żałuję nieodbytych wizyt u kosmetyczki czy u fryzjera, nieobejrzanych seriali, nieprzebiegniętych dystansów i niedojedzonych w spokoju śniadań. Na to wszystko przyjdzie jeszcze pora, a Ciebie takiego małego i pachnącego miałam tylko raz. I nie wymazałabym nawet tych łez z bezsilności czy zmęczenia, małych smutków, które czasem wkradały się w nasze życie. Dziś wiem, że były potrzebne i oczyszczające. Z nich również utkane jest moje macierzyństwo.

Ten rok minął, zanim się obejrzałam, zanim na dobre rozgościłam się w byciu mamą. I wciąż mi tego mało.

LiśćWojtusiu, jesteśmy dumni i przeszczęśliwi, że zostałeś naszym synkiem. Rok temu dzięki Tobie obudziliśmy się na nowo do życia.

wojcieszektorcik-na-stole

Spacery po dzielni

Ostatnio naszło mnie na wspominki i zapragnęłam zajrzeć do moich dawnych wpisów z początków macierzyństwa, a nawet z okresu ciąży. Przy niektórych zakręciła się łezka w oku, przy innych uśmiałam się w duchu, ale przede wszystkim utwierdziłam się w przekonaniu, że lubię ten mój blogowy pamiętnik i nie jestem gotowa na rozstanie z tym wirtualnym światem. Tyle cennych chwil poszłoby w zapomnienie, gdyby nie to miejsce. Tylko z czasem na pisanie bardzo krucho, jako że Wojciech to żywe srebro. Te dwie godzinki wieczorem, które mam dla siebie pomiędzy jedną a drugą pobudką, mijają niepostrzeżenie. Ale dzisiaj to już muszę Wam o czymś napisać. Mianowicie po raz pierwszy od kiedy mam Wojtka, doświadczyłam tego, że ktoś zupełnie obcy postanowił mnie pouczyć, co jest najlepsze dla mojego dziecka.

Jak co dzień koło południa wyszliśmy sobie z Wojtkiem na spacer, to znaczy ja szłam, a Wojtuś był wieziony przeze mnie w spacerówce. Podążaliśmy osiedlową uliczką w stronę warzywniaka, kiedy z daleka dostrzegłam kobiecą postać w lisiej czapie, z rozwianym włosem i papieroskiem w dłoni. Gdy się mijałyśmy, kobieca postać zagadnęła do mnie z troską:

− Proszę Pani, psycholodzy się w radiu wypowiadają, że nie można wozić dziecka tyłem do siebie, że dziecko musi widzieć mamę, by czuć się bezpiecznie…

A ja myślałam, że o drogę będzie mnie pytać. W tym momencie przerwałam i może niezbyt błyskotliwie, ale kulturalnie, odpowiedziałam, że najlepiej, by każdy był ekspertem od własnego dziecka. I poszliśmy sobie z Wojtkiem dalej. Poniewczasie żałowałam, że nie powiedziałam czegoś na temat konsekwencji palenia papierosów, ale jak zawsze w takich sytuacjach lotne riposty przychodzą do głowy, gdy już na nie za późno.

Przyznam, że ani trochę nie przejęłam się tym, co owa pani miała mi do powiedzenia i podeszłam do całej sytuacji ze śmiechem. Niestety, to takie nagminne, że każdy czuje się specjalistą w dziedzinie wychowywania czyichś dzieci i rości sobie prawo do tego, by bez ogródek zaczepić młodą matkę na ulicy i ją skrytykować. Ja też mam swoje zdanie na różne tematy, ale nie odważyłabym się zaczepić kogoś na przykład na przystanku i powiedzieć mu, żeby nosił czapkę, bo się przeziębi.

Ale jest i druga strona medalu. Kiedyś, gdy nie mieliśmy jeszcze dzieci z M., to zdarzało nam się krytycznie oceniać między sobą zachowania napotykanych w różnych sytuacjach rodziców. Od kiedy mamy pod swoimi skrzydłami dość charakternego osobnika, to zdecydowanie spuściliśmy z tonu. Jakiś czas temu postanowiliśmy się wybrać z Wojtusiem na burgery do restauracji. Sobota koło południa, poza nami może z jedna para, ale Wojtkowi się nie podobało. Zamiast zjeść na spokojnie te burgery, to najpierw w biegu jadłam ja, a ojciec nosił i zabawiał marudzącego Wojtusia, a potem zamiana. I wtedy przypomnieliśmy sobie, jak to wracając z wypadu w góry, podczas którego usilnie staraliśmy się o naszego synka, w jednej z popularnych pizzerii obserwowaliśmy parę z dzieckiem. Oni jedli pizzę, a niemowlę siedziało w krzesełku i patrzyło w ekran postawionego przed nim smartfona, na którym migała jakaś bajka. Byliśmy zniesmaczeni, że jak tak można i my to byśmy tak nie zrobili. Oczywiście te uwagi wymieniliśmy między sobą. No fakt, nie robimy tak, ale mimo wszystko mam dla tych rodziców wiele zrozumienia.

wojtekaJeszcze słówko o naszych spacerach. Jak pewnie dobrze pamiętacie, Wojtek nie pałał miłością do wózka. Polubił go, dopiero gdy zaczęliśmy jeździć w spacerówce z siedziskiem przodem do kierunku jazdy.