Korzennie, chałwowo, żurawinowo, czyli o świątecznych wypiekach

edf

Zamiłowania do pieczenia nie wyniosłam z rodzinnego domu. Moja mama nigdy nie była entuzjastką przesiadywania w kuchni. Miewała wprawdzie cukiernicze zrywy, kiedy to owładnięta jakimś przepisem (wynalezionym najczęściej w „Poradniku Domowym”), serwowała nam co niedzielę efekty swych poczynań. Tak było choćby z piernikiem bez miodu czy plackiem niebo, które to po jakimś czasie nudziły nam się i przestawały mieć dla mnie i moich braci status słodkiego rarytasu. Potem jednak zapał mamy gasł, a my zajadaliśmy się kupnymi łakociami. Nigdy też nie było u nas wspólnego pieczenia, na przykład wielkanocnych bab czy świątecznych pierniczków, nad czym w duchu trochę ubolewam i z pewną zazdrością słucham lub czytam o tego rodzaju domowych rytuałach czy rodzinnych recepturach przekazywanych z pokolenia na pokolenia.

Tajniki sztuki cukierniczej odkrywałam więc sama, ucząc się na własnych błędach. Niezbyt precyzyjne przepisy wynalezione na internetowych forach doprowadziły mnie niejednokrotnie do niejadalnych zakalców, ale krok po kroku wypiekane przeze mnie ciasta nabrały smaku (co z dużą ulgą przyjął mój mąż). Nie uważam się za żadną specjalistkę w tej materii, ale osiągnęłam satysfakcjonujący dla siebie poziom. Nie obawiam się już zaprosić spontanicznie kogoś na ciasto i upiec je tego samego dnia, czy też zmienić odrobinę proporcje w jakimś przepisie.

Od początku przyświecał mi cel, by wypracować kilka przepisów pewniaków, z których bez stresu będę mogła przyrządzić wypieki na święta czy na inne szczególne okazje, na które wszyscy będą czekać jak na sernik mojej teściowej. Swoją drogą z tym sernikiem to jakaś tajemnicza sprawa. Dostałyśmy na niego przepis ze szwagierką, ale ani mnie, ani jej nie wychodzi taki jak mamie.

Po przetestowaniu wielu receptur wyłoniłam dwóch faworytów, bez których już nie wyobrażam sobie świąt i na które co roku czeka też moja rodzina. A ja cieszę się w duchu, że udało mi się zapoczątkować pewną rodzinną tradycję. Pierwszy z nich to przepis na wspaniałe maślane ciasteczka Cranberry Noel. Być może je znacie, bo swego czasu pojawiały się na wielu blogach kulinarnych, a jeśli nie, to gorąco Wam je polecam. Ja piekę je według przepisu z bloga Pieprz czy wanilia. W mojej rodzinie to absolutny hit, ale zawsze gdy zabieram je ze sobą na jakieś okołoświąteczne towarzyskie spotkanie, to pojawia się prośba o przepis.

Kolejnym świątecznym ulubieńcem jest torcik piernikowo-serowy z niezawodnej Kwestii Smaku. To pyszne ciasto, które wygląda na dość skomplikowane i pracochłonne, a wcale takie nie jest. Jeśli tylko lubicie korzenne aromaty, kajmak z nutą soli i powidła śliwkowe, to na pewno się nie zawiedziecie.

Nie mogę też nie wspomnieć o tradycji, którą od kilku lat pielęgnujemy z moją przyjaciółką, mianowicie o pieczeniu pierników. To nasz coroczny przedświąteczny rytuał, który ogromnie lubię. Cieszę się, że parę lat temu los nas ze sobą zetknął i że mam teraz taką kompankę do wspólnego wypiekania. Szczególnie upodobałyśmy sobie przepis z bloga Make Cooking Easier na Gingerbread cookies. Są one bardziej kruche niż tradycyjne pierniki, a dzięki dodatkowi kakao mają głęboki, czekoladowy odcień i pięknie prezentują się udekorowane białym lukrem. Tegoroczne pieczenie już za nami.

mdecofcof

W tym roku pojawi się u mnie pewna nowość. Wspominałam w którymś z ostatnich wpisów, że miałam okazję skosztować w jednej z kawiarni pysznej tarty chałwowej. Po powrocie do domu przetrząsnęłam Internet w poszukiwaniu przepisu na nią, ale ku memu zaskoczeniu nie znalazłam go. Postanowiłam więc odtworzyć ją w domu. Wypiek ten składa się z kruchego spodu, warstwy kwaskowych konfitur, kremu chałwowego i polewy czekoladowej. Największy kłopot miałam z kremem chałwowym. Za drugim razem zamierzam przygotować go nieco inaczej. Niemniej tarta wyszła przepyszna, choć nieco inna niż w oryginale. Planuję upiec ją na tegoroczne święta z myślą o mojej mamie, która jest największą na świecie chałwoholiczką, a w Wigilię obchodzi w dodatku imieniny.

cof

edf

Tarta chałwowa z konfiturą i polewą czekoladową

Kruchy spód
150 g mąki pszennej
100 g schłodzonego masła
50 g cukru pudru
1 żółtko

W większej misce przygotować z mąki, masła i cukru kruszonkę, rozcierając je palcami. Następnie dodać żółtko i zagnieść gładkie ciasto. Schłodzić przez 20-30 minut w lodówce. Wylepić ciastem formę na tartę, ponakłuwać widelcem i piec w piekarniku rozgrzanym do 180 st. przez ok. 15 minut.

Krem chałwowy*
300 ml śmietany kremówki 36%
250 g chałwy waniliowej
180 g schłodzonego serka mascarpone

* Krem przygotowywałam, wzorując się na przepisie na krem do tych babeczek z Moich Wypieków, ale zmieniłam nieco proporcje. Następnym razem dodam jeszcze więcej chałwy (ok. 300 g) i mniej serka mascarpone, a połowę śmietany ubiję wcześniej na sztywno.

Polewa czekoladowa
100 ml śmietanki kremówki
100 g gorzkiej czekolady

Śmietankę podgrzać w rondelku, następnie rozpuścić w niej połamaną na kostki czekoladę.

Dodatkowo
Konfitura z wiśni lub czarnych porzeczek, ewentualnie inna ulubiona o lekko kwaskowym smaku.

Wykonanie

Na upieczonym i przestudzonym kruchym spodzie rozsmarować konfiturę, następnie nałożyć krem i przestygniętą polewę. Tartę przechowywać w lodówce.

A Wy macie swoich wypiekowych faworytów, bez których nie wyobrażacie sobie świąt?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Polubić jarmuż

jarmuz_micha4Zdecydowanie nie była to miłość od pierwszego posmakowania. Do dziś zresztą nie darzę jarmużu gorącym uczuciem, ale udało mi się  go nieco oswoić, dzięki czemu w okresie jesienno-zimowym regularnie gości w naszej kuchni. Jarmuż dostępny jest przez cały rok, ale to właśnie teraz trwa na niego sezon. Pierwsze kulinarne eksperymenty z wykorzystaniem tej rośliny nie należały jednak do udanych. Fasolka zapiekana z jarmużem czy nawet chipsy jarmużowe zupełnie nie trafiły w moje kupki smakowe. Pewnie nie przymuszałabym się więcej do jedzenia tego warzywa, gdyby nie fakt, że jest ono tak zdrowe. To przede wszystkim wspaniałe źródło żelaza, na którego uzupełnianiu szczególnie mi teraz zależy, ale zawiera też dobrze przyswajalny wapń, magnez, beta-karoten i witaminę C. A poza tym jarmuż dobrze czuje się w mroźnym klimacie, a ja kocham zimę, więc musiałam dać mu jeszcze jedną szansę.

Na naszym stole warzywo to gości najczęściej w trzech odsłonach:

  •  jako smarowidło do pieczywa
  •  jako dodatek do wegetariańskich zup
  •  jako dodatek do koktajli

To właśnie w tych trzech potrawach przemycam te kędzierzawe liście o cierpko-orzechowym smaku. A żeby już do cna ułatwić sobie życie, to kupuję najczęściej jarmuż umyty i pokrojony.

Jarmużowe smarowidło do chleba

SONY DSC

pasta_przepis

 

Zupa warzywna z dodatkiem jarmużu

* To zmodyfikowany przepis na gęstą zupę warzywną z czerwoną fasolą z bloga Kuchnia Agaty. O tej porze roku przygotowuję według tego schematu wszystkie warzywne zupy. Bazowe składniki w postaci marchewki, pietruszki i cebuli uzupełniam o sezonowe warzywa i świeże zioła. Dodane pod koniec pomidory z puszki powodują, że zupa nabiera gęstej konsystencji. Niestety, tym razem chlusnęło mi się za dużo wody i zupa wyszła trochę za rzadka, ale w smaku pyszna i cudownie rozgrzewająca.

Składniki

2 marchewki
1 pietruszka
pół czerwonej cebuli
kawałek selera
solidna garść jarmużu
pół szklanki mrożonego groszku
pół ząbka czosnku
natka pietruszki, koperek
przyprawy: kminek, czerwona papryka, odrobina wędzonej papryki, cząber, ziele angielskie, liść laurowy, sól, pieprz

Sposób przygotowania

W garnku rozgrzewam oliwę. Wrzucam pokrojoną w kostkę cebulę, po chwili dodaję pokrojone warzywa: marchewkę, pietruszkę, ziemniaka. Dorzucam przyprawy (paprykę, kminek, cząber, sól, pieprz) i podsmażam kilka minut. Następnie dodaję kawałek selera, dwa liście laurowe i kilka ziarenek ziela angielskiego. Całość zalewam dwiema szklankami wody i dokładam pół ekologicznej kostki warzywnej. Warzywa gotuję do miękkości. Pod koniec gotowania dorzucam przepłukany na sitku groszek i liście jarmużu. Po kilku minutach wlewam pokrojone pomidory wraz z zalewą, zagotowuję i podaję ze świeżymi ziołami, ewentualnie kleksem śmietany.

SONY DSC

 

Koktajl z dodatkiem jarmużu to w moim przypadku najczęściej kombinacja: banan + gruszka + garść jarmużu lub banan + kiwi + garść jarmużu, ale pole do popisu jest duże.

koktajl_skladniki

Zapisz

Jesienne rytuały, czyli jak dbamy o odporność

No i nadeszła wreszcie wyczekana i wytęskniona przeze mnie jesień, a wraz z nią wszechobecne katary, chrypki, pokasływania i drapanie w gardle. I ja zaniemogłam na jeden dzień, ale chorobę udało się szybko zdusić w zarodku. W ciąży odporność jest bardzo nadwątlona i niewiele trzeba, by podłapać jakieś ustrojstwo, za to dużo trudniej się z niego wykaraskać, bo repertuar lekowy ogranicza się do środków stosowanych niegdyś przez nasze babcie. Ale tony zjedzonego z największym poświęceniem czosnku czy też hektolitry wypitego syropu z cebuli niekiedy okazują się niewystarczające, zwłaszcza gdy choroba na dobre rozgości się w naszym organizmie, a my zbagatelizujemy pierwsze jej symptomy.

SONY DSC

W tym roku postanowiłam ze szczególną dbałością przygotować nas na sezon jesienno-zimowy. W poprzedniej ciąży w pierwszym trymestrze przeszłam silne przeziębienie, które przywlókł do domu mój mąż. Uratował mnie wtedy syrop z cebuli, ale do dziś na samą myśl o nim przechodzą mnie ciarki na całym ciele. Tym razem wolałabym sobie oszczędzić spożywania tego specyfiku. Spośród masy porad na temat naturalnych sposobów dbania o swoją odporność i wzmacniania organizmu wybrałam dla nas te, których wprowadzenie w naszą codzienność nie wiązało się z większymi wyrzeczeniami czy też zmuszaniem się do czegokolwiek. Trzeba pamiętać, że odporności za pomocą naturalnych metod nie zbudujemy z dnia na dzień. To już ostatni dzwonek, by wprowadzić zmiany w codziennym funkcjonowaniu i zatroszczyć się o swój organizm. Oto lista naszych jesiennych rytuałów, których przestrzegamy od początku września. Mam ogromną nadzieję, że moje wysiłki przyniosą pożądany efekt i ustrzeżemy się w tym roku przed wirusami.

Miód

Miód to prawdziwy dar natury o antybiotycznym działaniu, ale by w pełni wykorzystać zawarte w nim dobroczynne substancje, trzeba pamiętać o dwóch zasadach. Po pierwsze nigdy nie rozpuszczamy go w gorącej wodzie, po drugie najcenniejsze dla naszego zdrowia właściwości miodu są uwalniane po rozpuszczeniu go w chłodnej wodzie i odstawieniu na minimum dziesięć godzin. U nas wygląda to następująco. Codziennie wieczorem w dwóch kubkach napełnionych do trzech czwartych chłodną wodą rozpuszczam po solidnej łyżeczce miodu. Rano dolewam ciepłej wody, wciskam odrobinę soku z cytryny, od czasu do czasu dodaję plasterek imbiru i serwuję nam tę miksturę na czczo. Ważne, by był to prawdziwy miód, ze sprawdzonej pasieki. Ponoć w tym roku z powodu dość deszczowego lata nie ma zbyt dużo miodu akacjowego i lipowego. Warto się zatem zawczasu zaopatrzyć. Do moich ulubionych należą też miód nawłociowy (ten od naszego pszczelarza ma cudowną, kremową konsystencję i mleczną barwę) oraz spadziowy ze spadzi iglastej (drogi i trudno dostępny).

Soki

Kolejnym rytuałem, który u nas wprowadziłam, jest picie codziennie około dwóch łyżek soku żurawinowego rozcieńczonego wodą. Ma on działanie przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne. Jest to bardzo skuteczny środek w walce z infekcjami pęcherza moczowego, na które w ciąży jest się bardziej narażonym. Kolejny sok, który u nas gości, to sok z aronii. Ten cierpki, kwaskowaty owoc kryje w sobie mnóstwo witamin, minerałów i olbrzymią dawkę antocyjanów. To prawdziwy dar natury, który  koniecznie powinien się znaleźć w codziennym menu. Podobno wystarczy łyżka dziennie po śniadaniu.

Więcej ciepłych posiłków

W okresie jesienno-zimowym idealnie byłoby rozpoczynać dzień od ciepłego, rozgrzewającego organizm śniadania, ale przyznam, że nie zawsze się to u nas sprawdza. Najczęściej jemy kanapki w towarzystwie jajek pod różną postacią lub moją ulubioną makrelę w sosie pomidorowym z chili. W lecie na drugie śniadanie jadłam zazwyczaj owoce z jogurtem, a teraz ten zimny posiłek zastąpiłam ciepłym. Najchętniej przygotowuję sobie jaglankę, ale staram się, by było różnorodnie, więc zamiast jaglanki króluje też owsianka, niedawno odkryta przeze mnie komosanka czy siemianka. Dodaję do nich owoce, przykładowo lekko podprażone jabłka, gruszki, morele, a ostatnio maliny na ciepło, na wierzch orzechy włoskie lub migdały. W zimie bardzo lubię też owsiankę z dżemem pomarańczowym i kostką gorzkiej czekolady, która rozpływa się po wrzuceniu do ciepłej papki. Połączenia smakowe są nieograniczone. Tego rodzaju posiłek jest niezwykle syty i dość kaloryczny, ale to dobre kalorie, a po takiej ich dawce nie mam już zbytniej ochoty na słodycze w ciągu dnia.

Więcej warzyw

Staramy się jeść sezonowo, a więc o tej porze roku króluje u nas dynia, cukinia, papryki. Powoli żegnam się ze świeżymi pomidorami, które zacznę zastępować tymi z puszki lub przecierami od babci. Na targu moją uwagę przykuwa już brukselka, ale jestem też uzależniona od pieczonych frytek z batatów, na które w lecie zupełnie nie mam ochoty, a teraz pojawiają się u nas zdecydowanie częściej, na przykład na kolację jako kolejny ciepły posiłek lub na obiad jako dodatek do ryby czy mięsa. Obiecałam też sobie przygotowywać raz w tygodniu sok z marchwi. Prawdziwą zmorą jest dla mnie mycie sokowirówki. Niestety, mój mąż też nie pała miłością do tej czynności, dlatego na razie nie mam co liczyć częściej na świeże soki. Zazwyczaj oprócz soku z marchewki przygotowuję za jednym zamachem też z buraka i grejpfruta. To połączenie wyjątkowo mi zasmakowało. A prozdrowotnych właściwości buraka nie trzeba specjalnie reklamować. Najwięcej wartości odżywczych mają buraki spożywane na surowo.

Kiszonki

Uwielbiam kiszone ogórki. Kiedyś jadłam je ostrożnie, bo wydawało mi się, że nie mają żadnych prozdrowotnych właściwości, ale ku mej radości myliłam się. Kiszonki to naturalny probiotyk i niezwykle bogate źródło witaminy C. Spożywając je, chronimy nasz organizm przed różnego rodzaju stanami zapalnymi. Przekonałam się też do picia soku z kiszonych ogórków, ale nie robię tego codziennie, a mój mąż w ogóle nie chce spróbować, ale ogórki zajada ze smakiem. Przyznam, że sama nie przygotowuję kiszonek. Przez całą zimę korzystamy z tych od mamy mojego M. i od mojej babci. Niestety, w sklepach dostępne są raczej ogórki kwaszone a nie kiszone, więc trzeba być na to wyczulonym. Podobnie jest z kiszoną kapustą. Tę niestety musimy kupować i pewnie dlatego gości u nas rzadziej.

Spacery

Niebagatelne znaczenie w kontekście wzmacniania organizmu ma też ruch na świeżym powietrzu. Przed ciążą jeździłam na rowerze i biegałam, teraz pozostają mi spacery, ale nie narzekam. Doceniam to, że w ogóle mogę sobie na nie pozwolić, że dobrze się czuję i nie muszę leżeć. i mogę być aktywna choćby w ten sposób. Spaceruję najczęściej sama. Mój mąż chronicznie nienawidzi spacerować i zawsze muszę uciekać się do jakichś podstępów lub emocjonalnego szantażu, żeby wyciągnąć go na przechadzkę. Zapewnił mnie jednak, że od chodzenia z dzieckiem na spacery nie będzie się wymawiał. Niemniej na gruncie codziennego dotleniania organizmu jest w jego przypadku dużo do zrobienia.

Zioła

Z ziołami w ciąży trzeba być ostrożnym, dlatego nie piję żadnego z nich systematycznie, a jedynie doraźnie rumianek czy miętę. Za to mężowi serwuję codziennie czystek, który w ostatnich latach stał się bardzo popularny. Przymierzam się też do przygotowania naparu z mieszanki ziół. Przepis na niego podała mi moja bliska koleżanka. Interesuje się ziołolecznictwem i pamiętam, że nawet wygrała jakiś konkurs, w którym trzeba było odgadnąć po zapachu i strukturze, co to za zioło. Tym naparem mam oczywiście zamiar raczyć M. Składają się na niego cztery składniki: macierzanka, jeżówka purpurowa, majeranek i rumianek. Majeranku i rumianku dajemy mniej niż dwóch pozostałych ziół. Tę mieszankę możemy wzbogacić o inne składniki, na przykład suszone kwiaty czarnego bzu czy suszone owoce dzikiej róży.

Mam nadzieję, że uda nam się wytrwać w zdrowych nawykach i że wiosnę powitamy w jak najlepszej kondycji fizycznej.  A Wy dbacie w jakiś szczególny sposób o swoją odporność?

SONY DSC

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Kulinarny melanż i przepis na migdałowe herbatniki

Trzeci tydzień czerwca obfitował przede wszystkim w nowe doznania kulinarne. W naszym mieście odbywała się kolejna edycja Festiwalu Dobrego Smaku. Najpewniej przegapiłabym to wydarzenie, gdyby nie E., która namówiła mnie w piątek na wspólny obiad na mieście. Spędziłyśmy więc bardzo miłe popołudnie, szwendając się od lokalu do lokalu i kosztując różnych festiwalowych dań. Spróbowałyśmy między innymi pipka gęsiego,  jeśli wierzyć kucharzowi, bo nie udało nam się go rozpoznać wśród towarzyszących mu owoców i korzennych warzyw oraz kawałków przepysznej kurzej wątróbki. Z deserów najbardziej zasmakował nam ten serwowany w malutkiej pracowni cukierniczej, o której istnieniu nie miałyśmy dotąd pojęcia. Były to cztery aksamitne i rozpływające się w ustach musy czekoladowe, których koniecznie muszę jeszcze spróbować. W sobotę skusiłam się natomiast na ozory wieprzowe, ponieważ nigdy wcześniej ich nie jadłam, a nie odważyłabym się przygotować ich w domu. Nie przypadły mi jednak do gustu, za to M. opędzlował talerz z wielkim apetytem. Na koniec postanowiliśmy nie ryzykować i na zwieńczenie trwającej trzy dni kulinarnej rozpusty zafundowaliśmy sobie pierś kaczki w asyście konfitury figowej.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie przyrządziła w weekend czegoś w domu. Mama przywiozła mi z gór słoiczek ręcznie robionej konfitury z płatków róży. Głowiłam się, do czego ją wykorzystać, aż w końcu na myśl przyszły mi kruche ciastka. Zdecydowałam się upiec migdałowe herbatniki według przepisu Sigrid Verbert z książki „Smakowite prezenty. Słodkie i słone przysmaki na cały rok”.

Herbatniki

Książkę tę kupiłam przed którymiś świętami Bożego Narodzenia, kiedy to miałam ambitne plany przygotowania samodzielnie prezentów dla bliskich. Nie przypominam sobie jednak, bym cokolwiek z niej przyrządziła, aż do ostatniego weekendu. Pierwszą partię herbatników porządnie przypiekłam, bo przez pomyłkę  ustawiłam o kilkadziesiąt stopni za wysoką temperaturę w piekarniku. Wyjęłam je w ostatniej chwili, kiedy to do moich nozdrzy zaczęła dobiegać już woń spalenizny. Drugą partię piekłam we wskazanej w przepisie temperaturze, jednak po skosztowaniu pierwszego ciastka zorientowałam się, że zapomniałam dodać do nich cukru! Na szczęście konfitura z płatków róży, której użyłam do przełożenia herbatników, nadała im wystarczająco słodyczy. Do zlepienia herbatników można oczywiście użyć dowolnej ulubionej konfitury, powideł czy dżemu (w oryginalnym przepisie jest to dżem malinowy). Jak sama nazwa wskazuje, herbatniki najlepiej chrupać, popijając je herbatą, ale kawa też się nada.

SONY DSC

Herbatniki z migdałami, cynamonem i malinami

(Sigrid Verbert, „Smakowite prezenty. Słodkie i słone przysmaki na cały rok”)

250 g mąki, 125 g masła, 125 g cukru, 2 jajka, 65 g mąki migdałowej, tarta skórka cytryny, szczypta cynamonu, szczypta soli, dżem malinowy (na około 20 herbatników)

Wymieszać mąkę z mąką migdałową, cukrem, cynamonem, solą i masłem. Wyrobić wszystko delikatnie palcami na sypką masę. Wbić jajka i dodać tartą skórkę cytryny. Szybko wyrobić. Uformować z ciasta kulę, zawinąć ją w folię spożywczą i włożyć do lodówki na dwie godziny. Po tym czasie rozwałkować ciasto na grubość 3 mm, wyciąć herbatniki i w połowie z nich wyciąć na środku gwiazdki. Piec przez 15-20 minut w temperaturze 180°C. Zostawić do wystygnięcia i posmarować dżemem malinowym.

Siemianka na wahania nastroju

Siemię lniane nieodmiennie kojarzy mi się z dziadkiem Romkiem. Ciemnobrązowe ziarenka mielił w czerwonym młynku do kawy, a potem zajadał je, siedząc przy małym kuchennym stole. Mama zawsze powtarzała, że dziadek ma takie gęste, lśniące włosy i gładką skórę, bo pije codziennie siemię lniane. Nie lubiłam tego zapachu. Dziś też za nim nie przepadam, ale cudowne właściwości tej rośliny, jej dostępność i wreszcie sentyment do mojego świętej pamięci już dziadka sprawiają, że postanowiłam dać się przekonać.

O pozytywnym wpływie lnu na włosy i skórę, pracę jelit czy na struny głosowe słyszałam, ale zaskoczyło mnie to, że codzienne spożywanie siemienia lnianego reguluje gospodarkę hormonalną, zapobiega też wahaniom nastroju i jest polecane świeżo upieczonym mamom jako dobry sposób na zwalczenie poporodowej depresji.

Do przyrządzenia siemianki zainspirował mnie przepis z bloga Make Cooking Easier. Jedyne, co w nim zmieniłam, to dodatki. Siemię lniane pod tą postacią posmakowało nie tylko mnie, ale i mężowi i z pewnością na stałe zagości w naszym jadłospisie. Pozostaje mieć nadzieję, że nasza wytrwałość w jego spożywaniu będzie nagrodzona i już za jakiś czas ujrzymy efekty (zwłaszcza zależałoby mi na zniwelowaniu wahań nastroju, ale mocniejszymi i bardziej lśniącymi włosami też nie pogardzę).

Siemianka − porcja eksperymentalna
(wg przepisu Zosi Cudny)

jedna łyżka ziarenek siemienia lnianego (ja używam złotego)
jeden nieduży banan
ewentualnie odrobina miodu
szczypta soli i cynamonu
pół szklanki ciepłej wody

Dodatkowo wedle upodobań owoce i orzechy. U mnie kawałek świeżego ananasa, czarne porzeczki (od babci, mrożone), płatki migdałów

Siemię lniane zalewamy ciepłą wodą i odstawiamy na co najmniej pół godziny (ale podobno najlepiej na całą noc). Powstaje rodzaj kleiku. Przekładamy go do blendera i miksujemy razem z bananem, szczyptą soli, cynamonu i ewentualnie odrobiną miodu (choć to zbędne, bo słodyczy nadaje banan). Serwujemy z ulubionymi owocami (najlepiej kwaskowymi) i orzechami.