Biorę się za siebie

Bieg na przełaj, Wawrzyniec ChorembalskiBieg na przełaj
Wawrzyniec Chorembalski

Ostatni miesiąc mojego życia był dość wariacki. Z wyjazdu w góry wróciłam chora, potem myślałam, że jestem w ciąży, po czym okazało się, że w ciąży jednak nie jestem. Co chwilę trzeba było odnajdować się w nowej sytuacji i odzyskiwać emocjonalną równowagę. Wszystko to sprawiło, że nie zaprzątałam sobie głowy zdrowym odżywianiem czy dbaniem o formę fizyczną. Przeciwnie, ostatnie dni upłynęły mi pod znakiem leżenia na kanapie przed telewizorem i objadania się słodyczami, na które apetyt podsycały czarne ludziki* panoszące się w mojej głowie i utwierdzające mnie w przekonaniu, że coś od życia mi się należy, a już na pewno czekolada i lody. W weekend powiedziałam sobie: DOŚĆ. Trzeba się za siebie wziąć.

Tydzień rozpoczęłam zatem z ambitnym postanowieniem powrotu do zdrowego stylu życia (przynajmniej takiego na miarę moich możliwości). W sobotę pofatygowałam się na ekotarg organizowany w naszym mieście przez jedną z restauracji. Szłam tam z konkretnym planem zakupienia nienafaszerowanego antybiotykami drobiu i ewentualnie jakichś warzyw i owoców. Za połówkę kurczaka zapłaciłam jak za złoto, truskawki sto procent droższe niż na zwykłym bazarku (i trzeba przyznać, że lepsze, choć nie umywają się do tych od teściowej), o cenę szparagów to już nawet nie pytałam. Wyjątkowo skusiłam się na tego kurczaka i truskawki, ale chyba będę musiała poszukać innych, równie zdrowych źródeł zaopatrzenia naszej lodówki.

Po prawie miesięcznej przerwie wróciłam do biegania. Przeczytałam gdzieś, że na czczo lepiej spala się tkankę tłuszczową, zwłaszcza z okolic brzucha. W poniedziałek z rana ruszyłam więc do boju. Oj, ciężko mi szło to bieganie. Bagaż nagromadzonych w ostatnich tygodniach stresów trochę ważył, ale część tego „dobrodziejstwa” udało się wypocić, więc następnym razem (czyli jutro) powinno być już lżej. Z piwnicy wygrzebałam też moją damkę, z którą zdążyłam się już czule pożegnać na co najmniej rok. Wszędzie staram się na niej teraz jeździć, nie zraża mnie nawet deszcz, chyba że przechodzi w ulewę, ale na wszelki wypadek wożę ze sobą płaszcz przeciwdeszczowy.

We wtorek przyjaciółka wyciągnęła mnie na ćwiczenia, które mają za zadanie „usuwać blokady energetyczne i  stymulować mięśnie środka”. Wparowałyśmy spóźnione na salę. Patrzę, a instruktorka ma wyraźnie zaokrąglony brzuszek, jednoznacznie wskazujący na ciążę. Po chwili lokalizuję kolejną ciężarną. Jasna cholera, myślę, pomyliłyśmy grupy i jesteśmy na zajęciach dla kobiet w stanie błogosławionym. Ale jednak dobrze trafiłyśmy. Pozostałe dziewczyny nie przypominały ciężarnych. Trochę nie mogłam się skupić na ćwiczeniach, bo trudno mi było uwierzyć, że można być tak giętkim i elastycznym z takim brzuchem i dzidziolkiem w środku jak prowadząca.

Poza tym wróciłam do codziennego rytuału picia mięty zielonej (nie mylić z pieprzową). Zioło to podobno obniża poziom testosteronu, a ja mam go w górnych granicach, przynajmniej tak było jakieś dwa lata temu, gdy badałam jego poziom. Co drugi dzień przyrządzam też siemiankę, która z sezonowymi owocami smakuje bardzo przyzwoicie. Siemię lniane dorzucam zresztą do wszystkiego, co popadnie, nawet do kotletów mielonych, bo widziałam, że tak robi Karol Okrasa. Z domowych ciast i lodów tak całkiem nie rezygnuję, w końcu muszę mieć co spalać, ale kupnym słodyczom mówię głośne „nie”.

Po emocjonalnej huśtawce ostatnich dni wracam zatem na zdrowe tory i włączam tryb control. Skoro na niektóre sprawy nie mam wpływu (w każdym razie nie w takim stopniu, w jakim bym chciała), to  przynajmniej postaram się zmienić to, co mogę. Nie zawsze przychodzi mi to łatwo. Czasami chęć zakopania się w odmętach pościeli na cały dzień jest tak kusząca, że trudno się jej oprzeć, ale walczę.

* Taki pan, co uczył mnie dawno temu grać na gitarze, a potem został psychologiem, powiedział, że mam w głowie za dużo czarnych ludzików. Nieraz z nimi walczę, a nieraz im odpuszczam.

 

Zapisz

16 thoughts on “Biorę się za siebie

  1. Wiesz, Malwo, wchodzę tu do Ciebie i… czuję się jak u siebie.
    Myślę sobie, szkoda, że nie mieszkasz ten kwadransik drogi piechotą ode mnie. Lubiłabym wdepnąć na kawę/siemiankę/miętę.
    Karola Okrasę wielbię.
    Rower też.
    Jeno czekolady nie.
    Ale poza tym same wspólne mianowniki.
    I piękną polszczyzną te swoje myśli przelewasz. Lubię je czytać.
    Bardzo.
    Dasz się uściskać..?;)

    1. Leśna, dziękuję, aż się zarumieniłam:) Jak znalazłam Twój blog kilka tygodni temu (szkoda, że tak późno) i przeczytałam go od deski do deski, to też poczułam, że mam w Tobie bratnią duszę. Oj, ucieszyłaby mnie w realu taka sąsiadka, ale i te wirtualne znajomości bardzo sobie cenię:) Tylko jak Ty możesz nie lubić czekolady, to ja nie wiem. Ja z kolei nie piję kawy, ale zawsze można się umówić na przysłowiową kawę:) Dziękuję za uściski i odwzajemniam.

      1. Malwo, brak entuzjazmu wobec czekolady wywołany jest banalną przyczyną – mam uczulenie na kakao. Obecnie, po kilkudziesięciu latach czekoladowej abstynencji, nie jestem nawet w stanie zdzierżyć zapachu czekoladowych frykasów w swoim otoczeniu. Ten zapach doprowadza mnie do szału. Jak chłop się kakaowymi przysmakami zażera, miskę ze słodyczami demonstracyjnie wynoszę usztywnioną dłonią byle dalej;) Gdybym mogła, użyłabym kija;)

        PS. Przeczytałam raz jeszcze Twój wpis. Kuszące pościelowe odmęty, czarne ludziki, branie codzienności za rogi itp…. Wiesz, dzielna dziewczyna z Ciebie. Zaparta.
        I bardzo dobrze.
        :)

  2. Lato to idealna pora na branie się za siebie;)Mnóstwo warzyw, owoców i piękna pogoda!Mi bieganie nie idzie, wolę ćwiczenia siłowe;)
    Siemię lniane dodaję do owsianki.
    Rower między nogi i przed siebie!Powodzenia!

    1. Masz rację, że lato sprzyja takim przemianom, w zimie zdecydowanie trudniej się zebrać do aktywności. Rower jest najlepszy! Podziwiam osoby, które wykonują z przyjemnością ćwiczenia siłowe. Dla mnie nie do przejścia, choć wiem, że wspaniale rzeźbią sylwetkę. A moje bieganie to takie bardziej rekreacyjne.

  3. Ja mam o tyle łatwiej, że mieszkam na wsi a w ogródku mam własne warzywa. Codziennie zajadamy się surowkami z własnej sałaty, rzodkiewki, koperku,jedynie pomidory i ogórki kupuję, bo jeszcze nie mam swoich.
    Już nie mogę doczekać się lata i naszych ulubionych cukinii ☺
    Fakt, zdrowa żywność kosztuje, ale lepiej zjeść coś naprawdę wartościowego. My teraz też przerzuciliśmy się na ciemne pieczywo. O dziwo,naprawdę nam smakuje. Wydaje mi się, że chyba z wiekiem smaki też się zmieniają.
    Wczoraj kupiłam orzechy brazylijskie, bo czytałam o nich dużo dobrego. Zatkało mnie przy kasie 15zl za 200g ale są naprawdę dobre ☺

    1. Marysiu, to są zdecydowane plusy mieszkania na wsi. U nas pod tym względem bida, choć mamy swoją działkę i trochę skarbów nam ona dostarcza (papierówki, genialne morele, orzechy włoskie). Ja sporo produktów kupuję w ekologicznych sklepach (typu mąki, kasze, chleb), ale na tym targu eko to już przesadzili z cenami. Za połówkę kurczaka zapłaciłam 38 zł, pęczek rzodkiewek 5 zł… Też słyszałam o cudownych właściwościach brazylijskich orzechów, ale tanie nie są. Do niektórych smaków chyba się dojrzewa. Ja na przykład polubiłam śledzie, ponoć bardzo zdrowe:)

  4. Też bym chciała taką sąsiadkę jak Ty :) zresztą tak jak każda z nas która boryka się z problemem niepłodności. Tylko my potrafimy tak naprawdę się wspierać i rozumieć jedna drugą :)
    Zazdroszczę możliwości biegania :)
    Przez moje kolano zostałam ograniczona jedynie do rowerka stacjonarnego i to z zerowym obciążeniem…
    Ostatnio 15 minut pojeździłam i porażka. Noga bolała 3 razy bardziej. Ech.
    Dieta moja niezbyt pomaga. Waga nie chce spadać bez ruchu :(
    Takie nieszczęście ze mnie .
    Pozdrawiam kochana :*

    1. Paradise, trochę jesteśmy takimi sąsiadkami, wirtualnymi:) Masz rację, że osobom, które bez problemu zaszły w ciążę i tę ciążę przeszły, trudno wczuć się w naszą sytuację. Ale akurat w moim otoczeniu sporo dziewczyn ma problem z płodnością albo utrzymaniem ciąży, co mnie trochę zaczyna przerażać, że to takie powszechne. Z tym kolanem to Ci naprawdę współczuję:( Uściski

  5. Malwo, troche w innym temacie dzis – czytam, patrze i czuje, ze chyba lubimy podobny klimat … i dlatego zapytam: czytasz Samozwaniec? Jesli jeszcze Ci w rece nie wpadla to polecam;) Co konkretnie? W zasadzie wszystko;) A ksiazki o Zakopanem czytujesz? Czy ta ostatnia wycieczka to calkiem przypadkowa?;)

    1. Soniu, dobrze wyczuwasz, że lubię takie klimaty. Jako młoda dziewczyna uwielbiałam twórczość Lilki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Samozwaniec przeczytałam tylko „Z pamiętnika niemłodej już mężatki” i jakoś o niej zapomniałam, nie wiedzieć czemu, ale muszę wrócić, bo to taka optymistyczna postać. A możesz polecić jakąś książkę o Zakopanem? Po głowie chodzi mi tylko „Zakopanoptikon”, ale to straszna staroć. Wycieczka nieprzypadkowa, góry uwielbiam o każdej porze roku.

        1. Dzięki, Soniu, za polecenie. Żadnej z nich nie czytałam (taka ze mnie fanka Zakopanego, he he), ale z chęcią po nie sięgnę. Dwudziestolecie międzywojenne to moje klimaty:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *