Kronika wypadków świątecznych

Tak długo odkładałam na później przyjemność czytania „Bożego Narodzenia w Bullerbyn”, że o mały włos byłabym się spóźniła i lektura uległaby dezaktualizacji. Na szczęście drugi dzień świąt zaplanowaliśmy w domu i miałam chwilę, by poczytać sobie i Malutkowi. Rozbawiło mnie zdanie wygłoszone przez jedną z bohaterek: „Wszystko jest takie piękne i bożonarodzeniowe, że aż mnie brzuch boli”.

U nas w tym roku też było pięknie, ale na pewno nie idealnie, bo nie obyło się bez kilku wpadek. Na te święta szykowałam się szczególnie i z wyjątkowym namaszczeniem. Wszystko dużo wcześniej skrupulatnie zaplanowałam, a potem z satysfakcją punkt po punkcie wykreślałam z listy kolejne zrealizowane zadania, by na koniec i tak w biegu piec świąteczne ciasta. I to się na mnie zemściło, bo zawiozłam do mojej babci (u której w tym roku odbywała się Wigilia) pierwszorzędnego zakalca w postaci torcika piernikowo-serowego. Niestety, zanim zdążyłam się zorientować, że ciasto nie nadaje się do serwowania, wszyscy w podejrzanej ciszy dzielnie je konsumowali. Nikt nie miał odwagi powiedzieć ciężarnej, że mój popisowy torcik się nie udał, aż sama z przerażeniem to stwierdziłam, kiedy tylko go skosztowałam. W dodatku wcześniej M. zdążył wygłosić peany na temat moich cukierniczych zdolności, co tylko wzmogło potem gorycz mej porażki. Poza torcikiem przygotowałam też tartę chałwową, która wyszła smaczna, ale nie zrobiła aż takiej furory, jak się spodziewałam. Mój honor podratowały nieco kruche ciasteczka z żurawiną i orzechami. Całe szczęście, że babcia puściła mimo uszu moje zapewnienia, że w tym roku to ja zadbam o świąteczne wypieki i upiekła jednak sernik. Nadgorliwość to pierwszy stopień do piekła, chciałoby się napisać.

Na nieudanych wypiekach się nie skończyło. Już w piątek przekonałam się, że licho nie śpi, gdy wyszłam przed południem na spacer bez kluczy do mieszkania, a męża wysłałam w tym czasie po ostatnie sprawunki. Potem okazało się, że bluzka, którą kupiłam specjalnie na święta, skurczyła się w praniu, przez co musiałam założyć inną, a niestety wybór ubrań, w które obecnie się mieszczę, jest znacznie ograniczony. U rodziców M. było jeszcze zabawniej, bo teściowa wlała przepyszną grzybową do kompotu, a teść tak szczodrze dokładał do kominka, że prawie cały dom poszedł z dymem, natomiast ciocia Basia postanowiła wszystkim wyliczyć, jaką mają nadwagę, nie zważając przy tym na suto zastawiony stół jako niezbyt sprzyjającą okoliczność. I tylko kuzynka M. (moja rówieśniczka) nie zawiodła i jak zawsze zadbała o oryginalną prezencję. Tym razem zaskoczyła nas wrzosowym kolorem włosów.  I piszę to bez krzty przekąsu. Kiedyś nieco się podśmiewałam z jej eksperymentów, ale dziś doceniam to, że stać ją na oryginalność, która rozwesela tę szaro-burą aurę.

To były zdecydowanie udane święta, a wszelkie wpadki i niedociągnięcia uczyniły je jeszcze bardziej wyjątkowymi. Nie zabrakło też wzruszających momentów. Martwiłam się tylko, czy synu nie wywinie nam jakiegoś psikusa i nie postanowi się polenić, doprowadzając tym samym rodziców do paniki, ale na szczęście fikał bez umiaru, wtórując swoim rozbrykanym kuzynom.

Wrzucam kilka telefonicznych kadrów z mojego piątkowego, przedpołudniowego spaceru. Przez chwilę było nawet odrobinę zimowo, a poza tym pusto i bardzo nastrojowo.

 

Zapisz

Zapisz

16 thoughts on “Kronika wypadków świątecznych

  1. W tym roku pierwszy raz robiłam wuzetkę :) Ciasto pięknie wyrosło, masa też pyszna, za to polewa ni cholery się nie udała (może dlatego że mąż ją robił? ;)) Ciężko było to ciacho kroić, bo przez polewę, która była twarda jak skała, się rozlatywało, ale było zjadliwe 😉 Oprócz tego to święta były udane :)

    1. Wuzetka – ambitnie, jeszcze nigdy nie robiłam. Ważne, że dało się zjeść. Mój torcik jeszcze leży w lodówce i mąż z poświęceniem zjada, odkrawając tylko warstwę z zakalcem.

  2. U nas było bez przygotowań, bez bieganiny, zupełnie na luzie. Ciasto z cukierni, pierogi z restauracji – a więc udało mi się uniknąć kulinarnych katastrof (które w moim przypadku są niemal 100-procentowo pewne, kiedy biorę się za jakiekolwiek kucharzenie 😉 )

    Cieszę się, że zaliczasz ten czas do udanych – nawet pomimo drobnych wpadek, które przecież każdemu się zdarzają 😉

    1. No i tak powinno być. U nas też było w większości bez bieganiny i na luzie, bo miałam wyjątkowo dużo czasu na przygotowania, tylko na koniec coś mnie tknęło i zawzięłam się na te ciasta. Ten wpis to tak ku przestrodze dla samej siebie na przyszły rok :) A z tych wpadek to się ostatecznie śmieję :)

  3. Tych zimowych widoków bardzo mi w tym roku brakowało. Choć w Wigilię trochę śniegu spadło.
    I u nas było nie do końca idealnie, ale ideałów nie ma a jeśli są to nudne 😉
    Było sporo śmiechu. Było dobrze.
    Im jestem starsza tym bardziej doceniam każdą chwilę spędzoną z bliskimi.

    Uściski

    1. Mnie też bardzo brakowało zimy, w piątek w południe nie było już u nas śladu po śniegu. A potem halne, deszcze, że nawet na świąteczny spacer nie chciało się wyjść. Ale na pogodę nie mamy wpływu, więc nie ma co zaprzątać sobie nią głowy. Ja też z wiekiem doceniam obecność bliskich i mam nadzieję, że za rok spotkamy się w powiększonym gronie.

  4. W tym roku ominął mnie stres pieczenia ciast, ponieważ mój mąż się zajął pichceniem słodkości :) tak więc sernik i piernik upiekł a ja mogłam na spokojnie zająć się przygotowaniem słonych dań :) przyznam się szczerze – jemu zawsze się udają ciasta i ten talent odziedziczył po mamie; moja teściowa piecze przepyszne ciasta.
    Fajnie, że święta Wam minęły bez zbędnych stresów. Dziecię pewnie także odczuwało tę radosną atmosferę ☺

    1. Marysiu, to masz dobrze. Mój mąż od kuchni trzyma się z daleka, chyba że trzeba załadować zmywarkę 😉 W mojej rodzinie mistrzem wyszukanych wypieków i deserów jest mój młodszy brat. Robi genialną tartę czekoladową z migdałami. Niestety dużo pracuje, wyjeżdża w delegacje, więc rzadko zdarza mu się ostatnio coś przyrządzić.

  5. Uśmiechnęłam się czytając Twój post. Przyznaj że to właśnie te uszczypliwe komentarze cioć i te nieperfekcyjne wypieki dodają rumieńców świętom 😉

    Wszystkiego Dobrego w nowym Roku dla całej Rodziny i koniecznie proszę pogłaskać brzuszek ode mnie 😉

    1. Zdecydowanie tak jest. Takie perfekcyjne święta byłyby chyba trudne do zniesienia. Brzusio wygłaskany :) Kamilo, ja też życzę Tobie i Twojej rodzince wszelkiej pomyślności w nowym roku.

  6. I takie święta są najpiękniejsze :) Takie wpadki zawsze są powodem do późniejszego ich wspominania :) Mnie przeraża ten szybko płynący czas – dopiero niedawno moja córka się urodziła a już teraz ma prawie 4 miesiące. Na zdjęciach z instagrama masz piękny brzuszek! Za rok Wasze święta dopiero będą wyjątkowe a na kiedy masz termin? Pozdrawiam serdecznie!

    1. Asiu, dziękuję. Brzucholek już pokaźnych rozmiarów, mój M. mówi, że co dzień większy. Termin z USG to 15 marca, ale planową cesarkę pewnie zrobią wcześniej. Ja to bym obecnie chciała, żeby ten czas trochę szybciej leciał i żeby już była wiosna. Uściski dla Ciebie i córci.

  7. święta pełne przygód – będzie co wspominać i opowiadać synkowi! mam chęć na tę książkę, muszę sobie sprawić na kolejne święta. jakoś nigdy o niej nawet nie usłyszałam!

    1. Gdyby nie blog, to pewnie gdzieś by to wszystko uleciało, a tak mam taki pamiętnik z tego ciążowego okresu. Książkę kupiłam w tym roku przypadkiem. Bardzo przyjemna :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *