Nasza mleczna droga. Epizod pierwszy

davDawno temu, kiedy posiadanie dziecka było dla mnie bardzo odległym projektem na przyszłość, wyobrażałam sobie, że nie ma nic bardziej naturalnego niż karmienie piersią. Rodzisz dziecko, przystawiasz je do piersi, a ono zaczyna jeść lejące się strumieniami mleko. W obecnej ciąży wiedziałam już, że karmienie piersią to jedno z pierwszych wyzwań, z którymi muszą się zmierzyć świeżo upieczona mama i noworodek. Chyba że nie zamierza się karmić piersią, z różnych przyczyn, czy to zdrowotnych, czy też po prostu z wyboru. Wtedy z kolei trzeba się zmierzyć z otoczeniem, które przecież wie najlepiej, co dobre dla ciebie i twojego dziecka. Tej drugiej sytuacji na szczęście nie doświadczyłam, bo od początku chciałam karmić Wojtusia naturalnie. Nie nastawiałam się na to, że pójdzie jak z płatka, ale też nie tworzyłam w głowie czarnych scenariuszy. Wyszłam z założenia, że zrobię, co w mojej mocy, by karmić syna, a jeśli się nie uda, to nie będę uprawiać samobiczowania, gdy przyjdzie dać mu butlę wypełnioną mlekiem modyfikowanym.

Szpitalne początki

Zaraz po tym, gdy wylądowałam na sali pooperacyjnej, Wojtuś został mi przystawiony do piersi. Kiedy ujrzałam na brodawce krople pokarmu, byłam przeszczęśliwa, bo tyle się naczytałam o tym, że po CC jest z tym różnie. Wojtuś coś tam zaciumkał ze trzy razy i zaraz zasypiał. I tak przespał kolejne godziny, odreagowując trudy przyjścia na świat. A ja byłam pełna optymizmu, że może z tym karmieniem będzie nawet prościej niż przewidywałam.

Personel przygotowywał nas na to, że po tej pierwszej dobie dziecko będzie dużo aktywniejsze i żebyśmy wypoczęli, póki możemy. Ale w drugiej dobie Wojtuś był jeszcze bardziej ospały niż w pierwszej. Nie było mowy o przystawieniu go do piersi, bo non stop spał i nie dało się go wybudzić. Zaalarmowałam wtedy dyżurną położną. Podjęłyśmy decyzję o dokarmieniu synka mieszanką. Najpierw miałam jednak ściągnąć swój pokarm. Mój ręczny laktator zupełnie się wówczas nie sprawdził. Na szczęście w klinice był dostępny mercedes wśród laktatorów, mianowicie Medela Symphony. Udało mi się ściągnąć za jego pomocą zaledwie kilka mililitrów mleka, które synek dostał ze strzykawki. Wtedy jeszcze się nie martwiłam. Byłam pewna, że lada moment laktacja się rozhula, a ożywiony po butli synek bez problemu będzie ssał pierś.

Pokarm próbowałam ściągać przez kolejną dobę. Co trzy godziny piętnaście minut na jedną pierś i piętnaście na drugą. Na początku widziałam jeszcze jakieś krople na ściankach końcówki, ale z czasem końcówka laktatora była zupełnie sucha. Wtedy się podłamałam. Dodatkowo przed każdym ściąganiem przystawiałam synka, by w ten sposób stymulować produkcję pokarmu. Niestety, kończyło się to tylko płaczem dziecka i nerwami. Czy noc, czy dzień, wytrwale wydzwaniałam po położne, by pomogły mi w prawidłowym ułożeniu dziecka. I tak gimnastykowałam się z tym rozciętym brzuchem, a to do pozycji spod pachy, a to do klasycznej, a to do leżącej. Byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie. Nie pomogło też to, co usłyszałam w nocy od jednej z położnych, że tak naprawdę to chcę karmić dziecko, ale jednak się przed tym bronię… Nie pomagały również telefony od rodziny z pytaniami, czy karmię. I niechcący zasłyszany komentarz teściowej, że jak to nie mam pokarmu, przecież muszę mieć. Nic dziwnego, że podczas porannego obchodu po prostu się rozbeczałam. Ale może dzięki temu wezwano do mnie doradcę laktacyjnego.

Konsultacja z doradcą laktacyjnym w szpitalu

Zawsze działała na mnie raczej pozytywna motywacja, wiec gdy doradca laktacyjna pochwaliła Wojtka, że ma wspaniały odruch ssania, że się nauczy, że w końcu zaskoczy i będziemy się karmić, to od razu zaczęłam widzieć wszystko w jaśniejszych barwach. Wyznaczyła mi cel: postarać się ściągnąć mleko, by dziecko dostawało z butelki mój pokarm zamiast mieszanki. Dotychczas myślałam, że wystarczy przystawić laktator, a mleko samo poleci, ale okazało się, że jednak psychika odgrywa tu bardzo istotną rolę. Doradca zaproponowała, bym ściągała pokarm, wpatrując się w to, jak mąż karmi synka butelką. Skorygowała też moją pozycję na bardziej pochyloną w dół i zasugerowała, by zamiast metody po 15 minut na pierś, zastosować naprzemiennie 7 minut, 5 minut, 3 minuty. I to zaowocowało, bo poleciały wreszcie pierwsze krople. Zdeterminowana ściągałam pokarm co trzy godziny przez kolejną dobę. Najpierw dostawiałam synka, potem karmiłam go butlą, usypiałam i sama siadałam do ściągania pokarmu. Bardzo pomagało mi wtedy słuchanie ulubionej muzyki (choć odtwarzacz zabrałam do szpitala bez przekonania, że go użyję) i wpatrywanie się w moje śpiące dziecko. I tak stopniowo pokarmu przybywało, a każde z trudem wypracowane kilka mililitrów podawałam synkowi strzykawką. Niestety, wciąż było go o wiele za mało, by zrezygnować z mieszanki, ale czułam, że jesteśmy na dobrej drodze. W takim momencie zostaliśmy wypisani do domu.

Karmienie w domu

Los się do nas uśmiechnął, bo w dniu naszego wyjścia ktoś oddał do wypożyczalni Medelę i wieczorem można było ją odebrać. Pomyślałam, że to dobry omen. Cieszyłam się, że będę korzystać z przetestowanego w szpitalu laktatora. I tak rozpoczęłam mój laktacyjny maraton. Co trzy godziny pobudka, najpierw próby przystawienia synka do piersi, za każdym razem kończące się z jego strony płaczem i frustracją i z mojej stresem i wyrzutami sumienia. Potem mąż karmił go butlą, a ja ściągałam pokarm. Po pierwszym dniu mojego mleka było już na tyle dużo, że mogliśmy zrezygnować z podawania mieszanki. Pozostał jednak problem z prawidłowym zassaniem piersi przez synka. I tak męczyliśmy się przez dwa kolejne dni. Po drodze zaliczyłam jeszcze nawał pokarmu: piersi jak kamienie, które myślałam, że eksplodują. Do tego moja mama na pokładzie. Bardzo mnie wspierała, ale też trochę doprowadzała do szału dietetycznym reżimem, który mi zaprowadziła, i nazywaniem laktatora  „laktacydem” (tak, tak, jak ten płyn do higieny intymnej).

W ten sposób walczyliśmy przez kolejne dni, aż niespodziewanie coś zaskoczyło i Wojtuś prawidłowo chwycił brodawkę, a potem usłyszałam cudowny dźwięk połykania płynącego z mojej piersi mleka. Pomyślałam sobie, że teraz to już będzie z górki, bo jak się raz udało, to uda się i kolejny. Ale po progresie następował regres. Każde dostawienie do piersi to był i dla mnie, i dla Wojtka stres i męczarnia. Próbowanie po kilkanaście razy. Na podorędziu zawsze mieliśmy uszykowaną przegotowaną wodę, żeby przygotować mieszankę, gdyby się nie udało. Czasem mąż przychodził z gotową butlą i właśnie wtedy, na ostatnią chwilę Wojtusiowi udawało się zassać pierś. Każde karmienie dodawało mi siły, ale jednocześnie nie raz myślałam sobie, że jeżeli to tak ma wyglądać, to za długo nie dam rady i w ogóle trochę to wszystko przereklamowane. Po kilku dniach wreszcie umówiłam się z poleconym doradcą laktacyjnym.

Konsultacja z doradcą laktacyjnym w domu

Spokojna i sympatyczna położna dotarła do nas akurat w porze karmienia. Poprosiła, bym przystawiła nieco zniecierpliwionego już synka do piersi i od razu zmodyfikowała to, jak tę pierś trzymałam. Synek chwycił brodawkę i zassał ją bez problemu. Nie mogłam uwierzyć, że to nie przypadek, więc po chwili  go odstawiłam, ale ponownie udało mu się zassać za pierwszym razem. Okazało się, że to ja źle podawałam mu pierś. Tak jakby ktoś kazał nam jeść kanapkę w poprzek. No raczej trudno się w nią wtedy wgryźć. Ryczeć mi się zachciało, gdy sobie uświadomiłam, ile to moje dziecko się namęczyło. Wojownik, jak nic. W szpitalu przystawiałam synka w ten sam sposób, więc trochę się dziwię, że żadna z położnych ani tamtejszy dorada nie zwróciły mi na to uwagi. Konsultacja w domu trwała ponad godzinę. Przećwiczyłam karmienie w różnych pozycjach, dopytałam o nurtujące mnie kwestie, na niektóre sprawy spojrzałam inaczej. Po tej wizycie odetchnęłam z ulgą, ale co najważniejsze − nabrałam pewności siebie.

Od tamtej pory nie mamy problemu z karmieniem, które stało się dla mnie przyjemnością, a nie udręką. Z powodu naszych nieefektywnych początków synek przez chwilę mało przybierał na wadze, ale w ostatnim tygodniu pięknie nadrobił, więc wszystko wygląda bardzo obiecująco. Wiem jednak, że to dopiero początki naszej mlecznej drogi, a przed nami jeszcze różne wyzwania (karmienie poza domem, dieta), choć liczę na to, że tak ciężko jak na początku już nie będzie i dociągniemy na cycu przynajmniej do pół roku.

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

35 thoughts on “Nasza mleczna droga. Epizod pierwszy

  1. Super że piszesz o tym wszystkim!
    Widzę że coraz wiecej młodych matek ma odwagę mówić o trudach karmienia.
    Jak to wszystko opisywalas to w połowie stwierdziłam ze chyba bym się poddała. Ale podszedł Happy End :-) Super że mimo wszystko wytrwałaś !!
    Zobaczymy jak to bedzie u nas :-)

    1. Wiesz, Anitt, mnie się wydaje, że większość młodych matek ma jakieś przejściowe problemy z karmieniem, a te, którym udaje się bez problemu, są raczej w mniejszości. Też się ostatnio naczytałam tych historii o trudach karmienia piersią. Mam nadzieję, że u Was od razu zaskoczy. Ale najważniejsze, to nie być w tym temacie tyranem dla samej siebie i w razie problemów czym prędzej prosić o pomoc.

  2. to bardzo cenny dla mnie wpis. też zawsze myślałam, że karmienie piersią to taka naturalna, wręcz odruchowa sprawa. ale ostatnio mam sny i jakieś takie przerażające wizje, że będę zapominała o karmieniu dziecka. tak samo jak sama zapominam często zjeść. a przynajmniej przed ciążą zapominałam. nawet już poinstruowałam K., żeby mi koniecznie przypominał jak już się dzidziuś urodzi.
    cieszę się, że Wasze początki zakończyły się happy endem. życzę co najmniej tych 6 miesięcy na cycu. PS Wojownik jest rozkoszny!

    1. To Ty niezła agentka jesteś, jak zapominasz o jedzeniu. U mnie odwrotnie. Ja uwielbiam jeść, ale ostatnio czynię to raczej w biegu :) A o dziecko się nie martw. Myślę, że głośno i wyraźnie będzie Ci sygnalizować, że jest głodne. Przynajmniej większość egzemplarzy tak chyba ma, tylko niektóre trzeba wybudzać. Dbaj o siebie i najwyżej nastawiaj sobie budzik na jedzonko 😉

      1. Wężon, ja właśnie chciałabym minimum pół roku, do etapu rozszerzania diety, a potem zobaczymy. Zawsze jak opisujesz Wasze doświadczenia z Laurą, to jestem dla niej pełna podziwu. Dzielna dziewczynka z Twojej córy.

        A jeśli chodzi o złote rady, to zawsze łatwiej wysłuchać ich od mamy czy babci niż od teściowej i szwagierki 😉 Moja mama to dostała jakiegoś fioła na punkcie mojej diety, ale już poczytała i trochę zmieniła nastawienie. Mnie oczywiście karmiła mlekiem modyfikowanym, zgodnie z ówczesnymi zaleceniami, ale mam 11 lat młodszego brata i jego karmiła długo piersią. Moja babcia z kolei martwi się tylko, czy mały ma ciepło i pyta, czy rączki ciepłe. Ale babci wybaczam, nie jest zbyt natarczywa.

        1. Powiedz babci, że nie sprawdza się po rączkach, ona za szybko i powierzchownie reagują na zmiany. Ważne, żeby kark był ciepły i niespocony. :)

          Z tą ciepłotą to też się bawiliśmy, bo takie skrajne wcześniaki nie mają prawie tłuszczu, termoregulacja nie działa właściwie i trzeba je bardziej grzać.

          1. Wężon, to samo powiedzieli nam w szpitalu i właśnie w ten sposób sprawdzałam, czy młodemu ciepło. Do mojej babci średnio to dotarło :) Z kolei pediatra ostatnio kazał nam sprawdzać jednak rączki, a położna dla odmiany stópki. Zwariować można w tym informacyjnym chaosie. Pozostaje trochę słuchać, a trochę zdać się na matczyną intuicję.

  3. Początki bywają trudne a otoczenie ze „złotymi radami” nie pomaga :( już wyobrażam sobie siebie na Twoim miejscu pewnie gotowałabym się ze złości.
    No i dobrze że zaufałaś intuicji i zasięgnęłaś porady fachowca, szkoda, że ten w szpitalu niczego nie zauważył, na pewno obyłoby się bez dodatkowego stresu.
    Uściski 😍
    Powtarzam się, ale : SŁODKI TEN WASZ WOJTUŚ 😍

    1. Marysiu, na te złote rady to się trzeba uodpornić, bo na początku to im nie ma końca. Ile ja się już nasłuchałam rzeczy od mojej mamy, babci, jedno wyklucza drugie itd. Ale po tej sytuacji w szpitalu przyjęliśmy z M. taktykę dawkowania i ograniczania informacji i po prostu nie mówimy o wszystkim. A odnośnie doradcy, to jak widać ważne, by była to sprawdzona osoba. Nie wiem, jak ta pani w szpitalu mogła nie wyłapać naszego błędu… Uściski i od nas. Wojtuś słodki, ale zaczyna pokazywać charakterek :)

  4. Uroczy jest Wasz Synuś :-)
    Ja też zaczynałam od 7/5/3 i sie rozkręciło :-) Miałam tyle mleka że oddawałam do banku mleka dla innych wcześniaków. Mnie udało sie utrzymać laktacje przez 2 miesiące, bo cyca Waćpanna nie chciała tylko butla. Ale miałam pomrożone mleko więc jeszcze na trochę starczyło. Brakuje mi tej części macierzyństwa, tej bliskości i więzi jaka się tworzy przy karmieniu.
    Niech Wasza mleczna przygoda trwa jak najdłużej :-)

    1. Hej, Mimami! Ten system 7/5/3 wydaje mi się lepszy niż 15/15, choć bardziej uciążliwy, ale warto. A Ty nieźle się rozhulałaś z tym mlekiem :) A Wasza Mia po prostu ma temperament. Wojtek w ogóle nie dostaje butli ani smoczka i trochę się boję, co to będzie, gdy przyjdzie mi gdzieś wyjść na dłużej. Ostatnio wydawało nam się, że się nie najadł z piersi i daliśmy mu butelkę, ale za nic nie chciał. Zobaczymy, jak to się wszystko ułoży, ale tak z rok jakbym pokarmiła, to byłoby fajnie. Ściskamy Was ciepło :)

  5. Aż mi się moja droga przypomniała. :)
    U mnie nie było fajnego doradcy i Laura nie nauczyła się ssać. Tak jak u Mimami – ściągałam i podawałam z butli. Na pewno też wcześniaki mająwiększe problemy z nauką ssania. Udało mi się utrzymać laktację pół roku – mogłabym i dłużej, ale już mleka było mniej, Laura więcej jadła, już wchodziły inne pokarmy, uznałam, że starczy tego szarpania się z laktatorem.
    Na nawał pokarmu i takie bolesne grudki w piersi najlepsze jest ściąganie przez męża. Raz mi się to przydarzyło, też dość szybko, w jednej piersi. Dostawianie laktatora okropnie bolało, J. mnie uratował.
    Takie karmienie moim mlekiem, ale z butelki miało wady i zalety. Brak kontaktu z dzieckiem, a jednocześnie konieczność odciągania przez bezduszny laktator to wada.
    Ale z drugiej strony – laktator jest delikatniejszy często, zwłaszcza niż zębate i rozeźlone dziecko. Możesz ściągać kiedy chcesz.
    Ja też jak Mimami miałam sporo pokarmu, więc J. podawał podgrzaną porcję z poprzedniego udoju, a ja ściągałam świeże. Nie byłam regularna. W nocy najczęściej robiłam sobie przerwę i słodko spałam. Laura się nie budziła, ale przez parę tygodni kazali karmić na siłę (bo wcześniaki mają zaburzoną sygnalizację głodu) i budzić, a potem parę razy jej się zdarzyło, to obsługiwaliśmy ją na zmianę.
    No i rano przed pójściem do pracy J. karmił, a ja ściągałam później, jak się obudziłam.
    No i wiedziałam, ile zjadła, co przy skrajnym wcześniaku też jest ważne. W sumie przybierała kilogram miesięcznie, to potem nie musiałam sprawdzać, czy dobrze je. :)

    Złote porady i uwagi nas ominęły. Mój J. jest sierotą i jedynakiem – nie ma w otoczeniu żadnej kobiety, która mogłaby się wtrącać, nawet ciotek.
    Moja mama i babcia nigdy nie były typem matki-Polki i nie uważały, że się znają na wychowywaniu najlepiej. Zresztą obie miały po jednym dziecku. Jak Cię mama karmiła? Bo w czasie mojego urodzenia modne było karmienie sztuczne i dokładnie co 3 godziny. Mama wiedziała więc, że teraz jest zupełnie inna moda, a o laktacji nie wiedziała nic.
    Zresztą w ogóle się zachowywała, jakby mnie kto inny wychował. Pytała się o każdy najmniejszy drobiazg, zostawiona z Laurą. Jakby nigdy dziecka nie widziała.
    Też to bywało denerwujące.

  6. Malwa ten Twój wpis to jak dla mnie powstał w idealnym czasie :) Przede wszystkim fajnie, że udało Ci, a właściwie Wam się wytrwać. Ja mam podobne nastawnie, bardzo bym chciała karmić Dziewczynkę piersią, ale bez popadania w histerie gdyby się jednak nie udało. Zobaczymy co hormony po porodzie zrobią z moją przemyślaną wizją. W szpitalu gdzie będę rodzić, mają na szczęście poradnię laktacyjną i każda kobieta po porodzie ma przynajmniej jedno takie spotkanie. Trzymam kciuki za dzielnego Wojtka i Ciebie ;*

    1. Marta, może u Was pójdzie łatwiej z tym karmieniem, tego Wam serdecznie życzę. W tym szpitalu, w którym rodziłam, też była poradnia laktacyjna i wszystkie położne przeszkolone, jednak przekonałam się, że doradca doradcy nierówny. Ale nie ma już co narzekać, grunt, że teraz się karmimy :)

  7. Malwa widzę, że miałyśmy podobną historię drogi mlecznej. Ja podobnie jak większość kobiet, wychodziłam z założenia, że to sama natura i nie może nie wyjść 😉 Do tego byłam bardzo nastawiona na karmienie piersią, więc ryku (maluszki i mojego) było co nie miara.
    Trochę mam pretensje do personelu szpitala i do siebie, że nie naciskałam na przystawienie dziecka od razu po cc. Położna nie chciała mi dać dziecka od razu, bo po znieczuleniu trzęsłam się jak galareta, a potem Ninka spała, a położna zapewniała mnie, że po cc maluch nie jest głodny, bo ma jeszcze w brzuszku to co dostał przez łożysko, a że maluszka nie zdążyła się bardzo zmęczyć porodem to jest najedzona.
    Potem oczywiście były cyrki, bo nie umiała chwycić piersi chociaż miałam mleko i tak obie płakałyśmy, aż w końcu złamałam się u zgodziłam się podawać mieszankę, niestety z wyrzutami sumienia, jakoś nie mogłam przejść z tym do porządku dziennego :( Spotkanie w szpitalu z doradcą laktacyjnym również nie przyniosło efektu, potrafiłam przystawiać Ninę przez godzinę zanim dobrze załapała. Dopiero po wyjściu ze szpitala umówiliśmy się w domu z doradcą, bo moje sutki były poranione i pokrwawione od tego ciągłego łapanie i puszczania. I udało się, w prawdzie do tej pory karmię przez kapturki, bo nie umiem z nich zejść tak się mała przyzwyczaiła. Walczę, żeby ich się pozbyć, ale jakoś nie umiem znosić jej płaczu :( Też się trochę źle z tym czuję, ale cały czas tłumaczę sobie, że lepiej tak niż wcale…

    1. Wiesz, Borówko, że to jest chyba niestety norma w wielu szpitalach, że po CC nie przystawiają dziecka do piersi. Przedwczoraj urodziła moja koleżanka przez CC w państwowym molochu i też jej nie dali synka na sali pooperacyjnej. W moim szpitalu z kolei zupełnie inne podejście. Najpierw mój mąż kangurował, a jak tylko wjechałam na salę pooperacyjną, to przystawili mi Wojtka do piersi. Lekarka i położne tłumaczyły nam, że to nie chodzi o to, by dziecko jadło, ale by zaspokoić bardzo silny odruch ssania i od początku pobudzać laktację. Oczywiście ja też drżałam jak galareta, ale to nie było żadną przeszkodą. Jak widać ogromnie dużo zależy od podejścia w danej placówce. Chociaż my mimo to swoje przeszliśmy, zanim się udało.

      Z tymi poranionymi brodawkami bardzo Ci współczuję. Nie wiem, czy bym to zniosła. Może za jakiś czas uda Ci się pozbyć tych kapturków, może są na to jakieś sposoby… Ale nic to, najważniejsze, że się karmicie i to już całkiem długo. Trzymam kciuki za Waszą dalszą mleczną drogę.

  8. Pamietam tez swoja droge mleczna. Najpierw jechanie na pompce recznej co 2-3 godziny, gdzie tego mlika bylo niewiele ze 40 ml, a po czasie dostalam od meza laktator elektryczny i wtedy moglam nawet odciagnac 80-100 ml. Niestety pomimo odciagania i przykladania Pyzy mialam malo pokarmu, ale udalo nam sie pokarmic 3 i pol miesiaca :) Co uwazam za wyczyn, gdyz moje mleko bylo jak popitka a nie zarelko 😉 Ciesze sie, ze choc tobie sie udalo rozkrecic laktacje :) Karmcie sie najdluzej jak tylko mozecie :)

    1. No mnie na ręcznej pompce nic nie udało się wycisnąć, jednak na rozkręcenie laktacji to tylko elektryczny laktator. Trzy i pół miesiąca to zawsze coś. Niektórzy pediatrzy zalecają już w tym czasie rozszerzanie diety. Ja teraz mam sporo pokarmu, Wojtek przez dwa tygodnie super nadrobił wagowo, ale wiadomo, że może się to różnie ułożyć. Ale teraz cieszę się tym, co jest. Grunt to nie dać się zwariować, choć w szale hormonalnym bywa trudno :)

  9. Jaki ten Twój synuś jest śliczny:) i bardzo ładne ma spioszki. U nas ta „mleczna droga” trwała krótko bo 3 tygodnie. Miałam problemy z małą ilością mleka, stan zapalny sutkow… I chyba po prostu nie chciałam karmić piersią…być może to kwestia psychiki, tego co przeszłam w szpitalu ale po prostu mnie odrzucalo, nie spałam w nocy a córka była głodna- dopiero jak dostała butelkę z mlekiem modyfikowanym to zaczęła przybierać na wadze i pięknie spać. Buziaki dla Wojtusia!:*

    1. Asiu, nic na siłę, dobrze, że się nie zmuszałaś, skoro czułaś, że to nie jest droga dla Was. Pewnie tylko potęgowałoby to stres. Ja też dopuszczałam do siebie taką myśl, że może coś w mojej psychice nie zaskoczyć z karmieniem piersią, ale jednak jakoś się to poukładało. Fajnie, że córcia ładnie przesypia noce i przybiera na wadze. Czyli wszystko z nią jak należy :) U nas ostatnio ciężki czas, ale mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. Dziękuję za komplement pod adresem Wojtusia. A śpioszki jak przystało na mlekoholika z odpowiednim printem :)

  10. Po raz kolejny mówisz o Wojtusiu, że z niego wojownik, a ja po raz kolejny myślę – to po rodzicach :) Czytając Twój wpis o tym, że jesteś mamą dwóch synów, siedziałam i płakałam nad miską barszczu, dosłownie – jesteście dla mnie mega dzielną rodziną i aż serce rośnie, gdy czyta się o Waszych mniejszych i większych sukcesach we troje, jak dziś.
    Nam w piątek stuknie roczek razem z M., z karmieniem (m.in. przez kolki) też bywało różnie, dopiero od niedawna faktycznie sprawia przyjemność, także bardzo mocno Wam i Waszej mlecznej drodze kibicuję! :*

    1. Dziękujemy! Tyle miłych słów pod naszym adresem. Odezwałaś się w idealnym momencie. Za nami bardzo trudna noc i dzień, a to, co napisałaś, dodało mi dziś otuchy. U nas właśnie kolki rozkręciły się na dobre. Słyszałam, że odpuszczają po trzecim miesiącu, a u Was tak długo trzymały? Chyba że coś źle zrozumiałam. Ech, ciężko na sercu, gdy dziecko tak się męczy i nic nie pomaga.
      Najlepsze życzenia i buziaki dla Twojego prawie rocznego Maluszka!

        1. Właśnie nie mamy ich, ale dużo o tych kropelkach słyszałam. Na razie dostaliśmy od pediatry taki robiony lek, który ma działać doraźnie. Ale chyba te kropelki też kupię, bo dziś było naprawdę słabo. Dzięki!

      1. Niestety, u nas zaczęły się po trzecim tygodniu i trzymały ok. 2.5 miesiąca. Rozumiem Twój ból i determinację, żeby pomóc, bo też próbowałam wielu sposobów. Najlepiej pomógł probiotyk (na efekty trzeba poczekać), masaże brzuszka i duże pokłady cierpliwości i miłości (to ostatnie Wojtuś ma już zapewnione). Kolki się na pewno, prędzej czy później, skończą i z czasem sami będziecie siebie podziwiać, że daliście radę, a Wojownik nic nie będzie pamiętał – chociaż mam świadomość, że teraz, kiedy jeszcze wszystko trwa, niekoniecznie musi to nieść pociechę 😉
        A spróbowaliście spowijania albo chusty?
        Dziękujemy za życzenia!

        1. Wiesz, mimo wszystko to pociecha, że nie tylko my się z tym zmagamy i przede wszystkim, że to przechodzi. Na razie po koszmarnym poniedziałku było w miarę spokojnie. Probiotyk dajemy od ponad dwóch tygodni, mamy też lek na gazy i kropelki działające doraźnie na kolki. Może tak strasznie nie będzie… Spowijania próbowałam na początku, ale może robiłam to nieudolnie, bo Wojtusiowi nie pasowało. A o chustowaniu myślę coraz intensywniej. Cóż, synu lubi być noszony, staje się coraz bardziej kontaktowy, więc fajnie byłoby uwolnić ręce i móc cokolwiek w domu ogarnąć, gdy dziecko ma w nosie spanie :)

          1. Gdybyście szukali jeszcze innych opcji, jak ulżyć Wojtusiowi to może pomoże WINDI, albo termoforek dziecięcy. Oba gadżety sprawdziły się bardzo u moich bliskich znajomych, więc przekazuję dalej. Chociaż wiadomo, że każdy maluch jest inny i to co sprawdziło się u jednego, u drugiego nie musi działać.

          2. O termoforku słyszałam, ale o WINDI nigdy. Na pewno o tym poczytam. Ostatnio przez dwa dni był spokój, a dziś znowu dziecko się umęczyło, no i teraz odsypia, a ja nadrabiam zaległości. Dzięki za polecenie!

  11. Ja muszę przyznać, że jak myślę o karmieniu to jestem przerażona. Nigdy nie miałam ciśnienia, żeby koniecznie karmić naturalnie. Chciałam się zdać na mój i dziecka organizm i zwyczajnie dostosować do sytuacji bez popadania w rozpacz, jeśli przyjdzie nam korzystać z butelki. W ciąży sytuacja mocno się zmieniła. Mam takie poczucie, że skoro poród naturalny nie wchodzi w grę to chociaż pierś powinnam zaoferować mojemu synkowi. Bo inaczej co ze mnie za mama? Ani nie urodziłam (tylko za mnie urodzono;p), ani zapewnić pokarmu nie potrafię (tylko muszę posiłkować się sztucznym). Nie wiem skąd te DURNE podszepty. Mam wrażenie, że projektuję na siebie opinie otoczenia, które nie koniecznie jest całkiem życzliwe… I z każdym takim podszeptem mam coraz silniejsze przekonanie, że POWINNAM karmić piersią. I tu już ryczeć mi się chce, bo po przeczytaniu paru publikacji na ten temat, zamiast nabrać pewności siebie tylko się podłamałam. I teraz sama już nie wiem… skoro teraz się rozklejam to co będzie, jak dojdzie ból po operacji, burza hormonów, stres i tabuny gości z dobrymi radami?

    Malwuś, wybacz! Powinnam napisać post u siebie, ale poruszyłaś wrażliwą strunę swoim tekstem i popłynęłam… Podziwiam, że tak pięknie i dzielnie daliście sobie radę! Cieszę się, że obyło się bez poranień i życzę Ci z całego serca, żeby teraz było już z górki:)))

    1. Uczuciowa, kochana, wyrzuć czym prędzej ze swojej głowy te negatywne myśli. Ty nie tylko będziesz, ale już jesteś najlepszą mamą dla Groszka i nie ma znaczenia, czy będziesz go karmić piersią, czy mlekiem modyfikowanym. Przecież sama w to nie wierzysz, że by zasłużyć sobie na miano dobrej matki, trzeba koniecznie karmić naturalnie. Jak się uda, to będziecie się karmić, a jak nie, to po to są mieszanki, by dziecka nie głodzić. Po prostu na początku może być trochę ciężko i warto to wziąć pod uwagę i się na to psychicznie przygotować.
      A co do cesarki, to wcale nie uważam, że to jest pójście na łatwiznę, a jak wiesz, mam porównanie. Tak chyba mogą twierdzić tylko kobiety, które nie doświadczyły CC. Gdyby nie strach o dziecko i nasze obciążenia związane z pępowiną wolałabym rodzić naturalnie, choć wiem, że są kobiety, które miały tak traumatyczne porody, że boją się zajść w kolejną ciążę i dla nich CC jest wybawieniem i pewnie znoszą ją wyjątkowo dobrze. Po prostu nie ma co tego porównywać, nie daj się w to wciągnąć.
      Co do odwiedzin to u nas zaczęły się po ok. trzech tygodniach. Wcześniej tylko moja mama i przyjaciółka. I uważam, że warto być w tej kwestii asertywnym. Dobre rady. Ech, obawiam się, że to nie do uniknięcia. Ja już z nimi nie dyskutuję, bo za dużo nerwów mnie to kosztowało. Puszczam mimo uszu i robię swoje. Będzie dobrze!

      1. Zgadzam się z każdym Twoim słowem. Masz rację, nie wierzę i racjonalnie potrafię to sobie świetnie wytłumaczyć. Gorzej z uczuciami, które ostatnio coraz częściej biorą górę. Mam nadzieję, że to hormony:) Staram się im nie poddawać, ale zdarza mi się spuścić trochę pary dla higieny emocjonalnej.

        Dziękuję Ci za słowa otuchy! Bardzo!!!Cieszę się, że nasze chłopaki będą prawie rówieśnikami :)))

        P.S. Wyglądasz świetnie!!! Nie mogę się napatrzeć:)))

        1. No tak, głowa swoje, a dusza swoje :) A emocjonalna huśtawka towarzysząca na końcówce na pewno nie pomaga. Sama zresztą niedawno przez to przechodziłam. Ale gdy się jest tak świadomą swojej emocjonalności osobą jak Ty, to zdecydowanie łatwiej sobie ze wszystkim poradzić. Będzie dobrze. I dziękuję za komplement :) Pół dnia się wahałam, czy to zdjęcie wrzucić.

  12. Ojjj, ile ja się nacierpiałam. W szpitalu płakałam ostatnią dobę bez przerwy. Bo raz- zostałam sama i ani położna, ani doradca laktacyjny w niczym nie pomogli, dwa że stres zjadł mnie do reszty ” a bo maluszek chyba nie siusia, a bo lekarz badał go 20 minut w okolicach serduszka i w głowie same czarne myśli”, mimo dobrych wyników i z siusianiem i serduszkiem psychika totalnie zblokowała mi mleko płynące strumieniami. Gdy lekarz zaniepokojony wpychaniem sobie rączek do buzi Kapika, poprosił położną o sprawdzenie stanu mleka w piersiach usłyszał, że susza, że nic opadłam z sił. Dostaliśmy mieszankę. Byłam totalnie rozsypana, bo co to ze mnie za matka. Nikt z personelu nie podpowiedział jak pobudzić laktację, rzucono hasło ” Femaltiker- może pomoże” Wróciłam do domu z mm w torbie, ale i z nadzieją że będziemy już u siebie, że na swoim terytorium i żadna z głupich „bab” nazywająca się doradcą laktacyjnym nie powie , że nie ma czegoś takiego jak brak pokarmu, że mi się nie chcę i nie potrafię a mleko tam na pewno jest. I ruszyło. Jakie to było wspaniałe. Naprawdę, wspominam to jako najlepsze momenty. Ale przyszedł kolejny cios. Kolejna kobieta, zamiast pomóc poradziła źle. Położna środowisko zauważyła, że brzdąc za mało przybiera i kazała dokarmiać. Więcej i więcej. Po 2 miesiącach, Kacper jak tylko chciałam go przystawić krzyczał wniebogłosy. Nie mam zaufania już do żadnej położnej. Gdy zostałam mamą, trafiłam na Światowy tydzień karmienia piersią. I za karmienie mm, zostałam spalona na stosie, zlinczowana, opluta i takie tam. Nawet nie chce mówić, ile ja nocy i dni przepłakałam. Teraz, po prawie 10 miesiącach wiem, że dopóki dziecko jest najedzone, szczęśliwe i uśmiechnięte nie ma żadnego znaczenia czy to zasługa kp czy mm :) Achhh, znowu musiałam się wyżalić. Pozdrawiam, karmcie się jak najdłużej :)

    1. P., dziękuję, że napisałaś o swojej historii karmienia. Jesteś kolejną mamą, u której wcale nie było z tym łatwo. Szkoda, że po drodze nie trafiłaś na pomocne i kompetentne osoby. A ta położna środowiskowa… Do mnie przychodziły dwie i każda mówiła co innego. Przekonałam się, że wszelkie informacje trzeba jednak traktować z dystansem i ufać swojej intuicji. U nas też był problem ze zbyt małym przyrostem, ale na szczęście nikt nam nie poradził, by dokarmiać, choć pewnie gdyby kazali dać butlę, to bym dała… Teraz Wojtek nadrabia i jest już niezłym pyzolem. Ale wiesz co? Bardzo podoba mi się Twoja optymistyczna konkluzja, że nie ma znaczenia, czy dziecko karmione jest kp czy mm. Taka prawda, potem jest jeszcze tyle innych wyzwań przed rodzicami, a karmienie staje się tylko kroplą w morzu potrzeb. Uściski!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *