Refleksje matki karmiącej

karmienie

Niedawno minęło pół roku, odkąd Wojcieszek jest na świecie, a zarazem pół roku naszego karmienia piersią. Te sześć miesięcy to był cel, który sobie wyznaczyłam, gdy zaczynaliśmy naszą mleczną przygodę. Do tego momentu koniecznie chciałam karmić Wojtka piersią, a potem to już zależnie od tego, jak nam się to karmienie będzie układać. Ubzdurałam sobie, że po sześciu miesiącach będziemy rozszerzać dietę i ewentualne odstawienie nie okaże się tak bolesne. Teraz już wiem, że początki rozszerzania diety to raczej zabawa i kupa bałaganu niż konkretne jedzenie. Niemniej cel został osiągnięty, a ja odetchnęłam, bo po drodze pojawiały się różne przeciwności, które studziły mój zapał. Gdy pisałam o naszych początkach (tutaj), spodziewałam się różnych wyzwań, nie do końca miałam jednak świadomość, czego możemy doświadczyć.

W mediach czy na portalach społecznościowych przedstawiany jest wyidealizowany obraz karmienia piersią. Widzimy rozanieloną twarz matki i maluszka spokojnie ssącego pierś. Nie mam oczywiście nic przeciwko promowaniu naturalnego karmienia, a trudno cokolwiek promować przez negatywne przykłady, ale uważam, że trochę za mało mówi się o tym, że nie zawsze wszystko układa się tak bezproblemowo, a pokonanie pierwszych trudności to nie koniec wyzwań, z którymi możemy się mierzyć. Dziś chciałabym napisać o tym, z czym my się borykaliśmy przez ostatnie miesiące naszej mlecznej drogi.

  1. Kolki

O tym wspominałam już  przy okazji wpisu o kolkach, więc nie będę się kolejny raz nad tym rozwodzić. W tym czasie karmienie piersią stało się dla mnie prawdziwą udręką i źródłem stresu. Z tego traumatycznego okresu pamiętam ciągłe odrywanie się Wojtka od piersi, wyginanie się w pałąk i w ogóle dużo nieutulonego płaczu. Nie spodziewałam się tego rodzaju problemów. Byłam przekonana, że pierś jest ratunkiem na wszelkie dolegliwości, w każdym razie wcześniej tak było. Przy piersi Wojtuś zawsze się uspokajał, a tu nagle zaczął zachowywać się tak, jakby go parzyła. U nas te problemy brzuchowe trwały dosyć długo i po okresach względnego spokoju nawracały. Ale czasami myślę, że nieraz wcale nie chodziło o brzuch tylko o „ból istnienia”, tęsknotę za życiem w cieplutkim brzuszku i poczucie, że wylądowało się na jakiejś obcej planecie.

  1. Niepokój dziecka przy piersi

Wojtuś jest żywym dzieckiem i bardzo zainteresowanym wszystkim dookoła, łatwo się rozprasza i silnie reaguje na wszelkie sygnały z zewnątrz. Przekłada się to również na karmienie piersią. W nocy, gdy jest wyciszony i nie bombardują go różne bodźce, nie ma problemu z jedzeniem. W dzień bywało z tym różnie. Często domagał się piersi, a po dostawieniu i upiciu kilku łyków odrywał się z płaczem. Nasiliło się to podczas zapalenia płuc, ale zdarzało nawet wtedy, gdy był zdrowy. Przyczyn tego rodzaju zachowania upatrywałam w wyżynających się zębach i obolałych dziąsłach, które nie raz potraktowałam specjalnym żelem. Tyle że zębów jak nie było, tak nie ma, ale to nie znaczy, że czasami nie dawały o sobie znać. Być może takie zachowanie było też spowodowane jakimiś kryzysami laktacyjnymi, zbyt szybkim wypływem mleka lub zbyt wolnym. A może i jedno i drugie w połączeniu z temperamentem mojego dziecka sprawiało, że tego niepokoju i nerwów podczas karmienia było u nas dużo. Coraz częściej zaczęłam karmić Wojtka na leżąco, bo w tej pozycji się relaksował. Jeśli widziałam, że jest śpiący, to dodatkowo opuszczałam rolety, by przy piersi mógł odpłynąć w tak upragnioną przeze mnie drzemkę, a i ja sama w tej pozycji wypoczywałam i nierzadko odpływałam wraz z nim. Karmienie piersią znowu zaczęło być przyjemne. Z czasem jednak dostrzegłam i cienie tego rodzaju rozwiązania. Wojtuś nie lubi być karmiony w żaden inny sposób. Wyobraźcie sobie, że ktoś Was odwiedza, a Wy musicie się nagle położyć z dzieckiem w sypialni, by je nakarmić. To samo, gdy my jedziemy do kogoś w odwiedziny. Oczywiście zawsze najpierw próbuję nakarmić go na siedząco, ale po chwili zaczyna się wiercić i marudzić, zwłaszcza gdy jest zmęczony i potrzebuje piersi, by zasnąć. Niemniej było kilka takich sytuacji, kiedy nie miał innego wyjścia, a że był już bardzo głodny, to po paru podejściach w końcu kapitulował i zjadał w innej pozycji niż leżąca, a nawet zdarzyło mu się zasnąć. Najczęściej jest to jednak poprzedzone niezłym marudzeniem.

Z karmieniem na zewnątrz podczas spaceru dochodzi jeszcze taki problem, że synu mój niby chce jeść, ale dookoła za dużo ciekawych rzeczy, by się na tym jedzeniu skupić. Przyznam, że i mnie to krępuje, gdy go dostawiam w publicznym miejscu, a on co chwilę się odrywa, rozgląda, czasem zaczyna się wściekać, bo już jednak mu się odechciało. Nie przepadam za publicznym karmieniem, choć na początku byłam do tego bardzo entuzjastycznie nastawiona. Mam też takie wrażenie, że choć dookoła mówi się o tym, że to takie naturalne, to wzbudza to jednak często przesadne zainteresowanie przechodniów. Myślę, że Wojtek doskonale wyczuwa moje skrępowanie, poczucie dyskomfortu i z tego powodu sam tak reaguje.

  1. Dieta matki karmiącej

Tak, wiem, że nie ma czegoś takiego jak dieta matki karmiącej. Wiedziałam o tym przed narodzinami Wojtusia, ale mimo to uległam presji otoczenia i stałam się jej ofiarą. Rady teściowej, czy mamy można puszczać mimo uszu, ale jeśli kolejny pediatra zaleca Ci trzymanie diety, to nietrudno poddać się jego autorytetowi, zwłaszcza gdy jest się nieco zagubioną i zdezorientowaną debiutującą matką. Inna sprawa, gdy dziecku nie doskwierają żadne dolegliwości typu wzdęcia, ulewanie czy wysypka. W takiej sytuacji pewnie je się normalnie i nie ma powodów, by drążyć temat. A jak było u nas?

Na początku, tuż po powrocie ze szpitala starałam się jeść zdrowo, w miarę lekkostrawnie, ale i różnorodnie. Wojtuś po około tygodniu dostał wysypki na twarzy. Poczytałam i uznałam, że to pewnie trądzik spowodowany moimi hormonami, ale że nie przechodziło, to wezwałam pediatrę. Poleconego, sprawdzonego itd. Pan pediatra orzekł, że to na pewno alergia pokarmowa i kazał odstawić nabiał i notować wszystko, co jem. Nabiał odstawiłam, a krostki nie znikały. Podczas następnej wizyty lekarz kazał odstawić kolejne produkty, oczywiście wszelkie alergeny typu miód, czekolada, truskawki, ale i pestki dyni czy słonecznika, jajka czy gofry amarantusowe . Na koniec powiedział, że jego córka miała uczulenie na marchewkę i kurczaka, więc nigdy nic nie wiadomo. Od tego momentu zaczęłam podejrzewać każdy produkt. Wszystko notowałam, sprawdzałam jak opętana, zastanawiając się, czy coś zjeść, czy nie. A Wojtek jednego dnia cerę miał ładniejszą, drugiego brzydszą, raz był spokojny, a innym razem po tym samym jadłospisie płakał. W końcu postanowiłam przeprowadzić test i przez jeden dzień jadłam wyłącznie ryż z domowym musem jabłkowym. Na drugi dzień Wojtek miał buzię wysypaną krostkami jak nigdy wcześniej i przez cały czas płakał i marudził. Wtedy zwątpiłam w sens prowadzenia diety. Wysypka przeszła nagle z dnia na dzień, dermatolog dziecięcy potwierdził, że to był to jednak trądzik, a ja zaczęłam znowu jeść normalnie.

Potem były szczepienia, a tuż po nich zaczęły się potworne kolki. Wtedy zdecydowałam się wezwać inną lekarkę, też poleconą. Ona również stwierdziła alergię pokarmową, ponieważ Wojtuś miał suchą skórę na kolankach i przy uszach, i nakazała restrykcyjną dietę. Po kilku dniach problemy z brzuchem znacznie złagodniały, choć nie ustąpiły zupełnie, mimo prowadzenia przeze mnie diety. Z suchą skórą udało się zawalczyć za pomocą odpowiedniej pielęgnacji. Wojtek rósł, coraz mniej płakał, nastała wiosna, na każdym kroku spozierały na mnie wytęsknione warzywa i owoce, a ja byłam coraz bardziej głodna i sfrustrowana jedzeniem kilku produktów na krzyż. Czułam całą sobą, że ta dieta już nie ma sensu, ale lekarka upierała się, by ją trzymać, a ja sama bałam się zaryzykować. W dodatku czułam się totalnie ogłupiała i nie wiedziałam, jak mądrze zakończyć ten dietetyczny horror, by przypadkiem nie zaszkodzić dziecku. W końcu wybrałam się do alergologa dziecięcego. Zobaczył tego mojego Wojtusia bez ani jednej krostki i pozwolił jeść wszystko, łącznie z tak wyczekiwanymi truskawkami czy niezbędną mi do życia czekoladą. Na koniec miałam wprowadzić nabiał. Przyznam, że tylko na to czekałam. Początkowo wszystko wprowadzałam powoli, sprawdzając reakcję przez następne dwa dni, ale potem już wyluzowałam i zaczęłam normalnie jeść. Jak mi niesamowicie smakowała wtedy zwykła biała buła z masłem i dojrzałym pomidorem.

Dziś już wiem, że ewentualna dieta eliminacyjna nie powinna wyglądać w ten sposób. Eliminuje się potencjalny alergen na kilka tygodni, a wszystko inne można jeść bez przeszkód. Po kilku tygodniach przeprowadza się próbę z danym alergenem. Eliminacja całej gamy zdrowych produktów może doprowadzić do niedoborów w organizmie i po dłuższym czasie zniechęcić do karmienia piersią. Nie wiem, dlaczego pediatrzy z taką lekkością zalecają prowadzenie diety matkom karmiącym, stwierdzając u dzieci alergie pokarmowe, kiedy nie ma ku temu wystarczających podstaw. Z perspektywy doszliśmy z M. do wniosku, że Wojtek miał najprawdopodobniej czasową nietolerancję na nabiał, który nie do końca dobrze znosił, ale podejrzenie, że może uczula go karoten i odstawienie przeze mnie marchewki czy dyni, a potem sugerowanie, że może problemy brzuchowe spowodowane są alergią na gluten, to już była lekka przesada. Nie wspominając o sugestiach, by się nie męczyć, odstawić od piersi i dać mu mieszankę dla alergików. Wiadomo, że każdy lekarz ma swoją dziedzinę, a jak się na czymś nie znamy, to może lepiej skierować do innego specjalisty niż celować na oślep z niemającymi uzasadnienia diagnozami.

Oczywiście karmimy się dalej, ale już nie wyznaczam kolejnych granic. Uwielbiam tę naszą bliskość i więź, moment, gdy Wojtuś w trakcie ssania odrywa się od piersi i patrzy na mnie z takim zadowoleniem w oczach i uśmiechem. Cudowne, niezapomniane chwile, ale z pewnością nie jest to droga dla każdej mamy i dla każdego dziecka. Teraz mam nowy cel − rozszerzanie diety. Ale to już temat na osobny wpis. Tymczasem ledwo przyszła jesień, a całą naszą trójkę dopadł paskudny wirus (i co z tymi przeciwciałami z kobiecego mleka?). W niedzielę chrzciny, także lepiej być nie mogło… Ale dziś pierwszy raz od tygodnia świeciło słońce, co pozytywnie mnie to nastroiło i dodało wiary, że będzie dobrze.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

31 thoughts on “Refleksje matki karmiącej

  1. Malwa w zupełności zgadzam się z Tobą odnośnie braku ogólnodostępnych informacji o problemach laktacyjnych. O tym się głośno nie mówi, a jeśli dotyka to nas bezpośrednio czujemy się zagubione, wątpimy w to czy jesteśmy dobrymi mamami skoro nasze dziecko nie chce jeść, denerwuje się przy piersi, wygina, płacze. Powinni nas edukować w tej kwestii już w szkole rodzenia. U nas też nie było kolorowo, ale karmimy się już 8 miesięcy i póki co końca nie widać 😉

    1. Borówko, ja właśnie tak się wielokrotnie czułam: zagubiona i zdezorientowana, ciągle zastanawiałam się, co robię źle. Nie raz myślałam sobie, o ile łatwiej byłoby podać butelkę, choć mamy karmiące mm pewnie mają swoje bolączki :) Ale kryzysy mijały i karmienie znowu stawało się przyjemne. A u Was piękny wynik. Może i nam uda się do tych ośmiu miesięcy dotrwać.

  2. Zdążyłaś przed moim porodem! Bardzo się z tego cieszę 😉 Ja się nastawiam na karmienie piersią, chyba tak jak Ty na początku chciałabym dobrnąć do tej magicznej granicy 6 miesięcy. Jestem zdeterminowana i mam nadzieję, że jakaś panika, baby blues itp. nie spowodują, że w 2, 3 dobie zdecyduję się na mm. Nie mam butelek, nie znam się na mieszankach, w ogóle o tym nie czytam. W necie trafiam na strony, blogi, gdzie jest napisane, że jak się naprawdę chce, to nie ma innej opcji… Muszę się tej wiary trzymać, choć wiem, że bywa ciężko – poranione sutki itp. U Ciebie czytam o jeszcze innych trudnościach… To dobrze, bo rzeczywiście brakuje równowagi w tym temacie, jak w wielu ciążowo – dzieciowych. Z porodem jest podobnie. Albo cud miód, albo trauma. I bądź tu człowieku mądry, nastaw się odpowiednio 😉 Niemniej mam nadzieję, że wkrótce na moim blogu będzie cudowna historia porodu i droga mleczna usłana różami. No kto mi zabroni pomarzyć 😉
    A dla Was wszystkiego dobrego w kolejnych mlecznych miesiącach i więcej niż mlecznych… Powodzenia w rozszerzaniu diety… Nie wiem jaki masz stosunek do tego, ale ostatnio czytałam, że z BLW też trzeba uważać; głównie właśnie na to, by jedzenie nie było tylko zabawą i bałaganem, bo ono ma dostarczać konkretnych składników. Dlatego czasem warto modyfikować BLW do realiów swojego życia, domu, dziecka. No, ale na pewno to wiesz.
    Dziękuję za ten wpis i niezmiennie czekam na więcej 😉

    1. Kochana, tych pozytywnych doświadczeń i przy porodzie, i przy karmieniu bardzo Ci życzę. Dobrze, że nastawiasz się pozytywnie, a jednocześnie czytasz i masz świadomość, z czym ewentualnie można się mierzyć. Co do butelki, to ja bym jej tak nie demonizowała. Prędzej czy później nadchodzi moment, gdy matka musi gdzieś wyjść, choćby do lekarza, a jak dziecku zachce się jeść, to nie ma zmiłuj. Lepiej, żeby umiało wtedy podjeść z butli np. Twoje odciągnięte mleko. No i butla przydaje się na samym początku, gdy trzeba rozkręcić laktację, ale może to Cię ominie. W każdym razie w szpitalu, gdy jest potrzeba dokarmienia, mają takie zwykłe butle, z których leci, zanim noworodek zassie. Lepiej dać mu ze smoczkiem, z którym trzeba się trochę napracować. My od początku używaliśmy swojej butelki, a gdy Wojtek nauczył się dobrze ssać pierś, to poszła w niepamięć i dłuuugo mu jej nie dawałam. No i jak musiałam wyjść sama, to mąż karmił go łyżeczką, bo on już nie pamiętał, jak działa butla. Naprawdę wszystko jest dla ludzi, trzeba sobie ułatwiać życie. Ostatecznie butla u nas nie wróciła do łask, a teraz już pije z kubeczka.
      Z tym BLW masz rację. Najpierw się na to napalałam, ale okazało się, że w ogóle nie jesteśmy gotowi na tę metodę – ani ja, ani Wojciech. Zaczęliśmy tradycyjnie od papek, od czasu do czasu próbuję BLW, ale kończy się na gryzieniu miseczki, a nie jej zawartości. Rozszerzanie diety – temat rzeka :)

      1. Ooo juz pije z kubeczka? Super! A napiszesz jak się tego nauczył i jakie były początki picia z kubeczka i kiedy zaczął? A macie jakiś konkretny kubek dla Wojtka?

  3. W temacie karmienia piersią się nie wypowiem, z wiadomych względów. Chociaż…uważam, że terroryzowanie matek jest złe. Czasem po prostu trzeba odpuścić i nie znaczy to, że jest się złą matką lub że dziecku dzieje się krzywda. Nie dzieje się. Wiadomo, mleko mamy jest najlepsze, ale mm obecnie to bardzo dobre mieszanki, które dostarczają dzieciom wszystkiego, co konieczne do dobrego rozwoju. Przykładem niech będzie moje dziecię, od początku karmione mm, rodzone przez cc, więc teoretycznie powinien mieć dużo mniejszą odporność od dzieci karmionych piersią i rodzonych naturalnie. Odpukać, do tej pory okaz zdrowia:) Zdrówka dla Was!

    1. Ja mam wrażenie, że panuje laktoterror. Fajnie, że KP jest promowane, tak samo jak reklamowane są mieszanki, ale podkreślanie na każdym kroku, że karmiąc piersią, daje się dziecku to, co najlepsze, musi być nieraz trudne do przełknięcia dla mam, które karmią mlekiem modyfikowanym. A to tak naprawdę tylko jeden z etapów macierzyństwa, potem jeszcze masa wyzwań. U nas niestety choróbska panoszą się w najlepsze. Nie wiem, co się stało z naszą odpornością. A Wy trzymajcie się nadal zdrowo!

  4. Kochana gratuluje ci wytrwalosci i powodzenia w rozszerzaniu diety :) Ja mimo ze chcialam to z produkcja mleka bylo u mnie kiepsko i dziecie me moglo wisiec na pierci 24h/7 a i tak duzo nie zlecialo wiec zmuszona bylam dla jej dobra dokarmiac ja mlekiem modyfikowanym. Dotrwalysmy tak do 3 miesiecy, a pozniej juz tylko mm. I tak jestem zadowolona ze choc troche lyknela mego mlesia :) A co do rozszezania diety to zaczelismy kolo 5 miesiaca, powolutku. Uwielbia pure owocowe, mniej warzywne ale tez zje. Zdecydowanie jest miesozerca, po tatusiu 😉 Obiadki musza byc z miesiwem. Ryby to nawet nie tknie, a jogurty to pochlania :)

    1. Te trzy miesiące to był taki mój cel minimum, a potem sześć. No i udało się dociągnąć do pół roku, a zaraz siedem miesięcy. Dziękuję za gratulacje, bo czasem naprawdę bywało ciężko.
      Ech, rozszerzanie diety… My zaczęliśmy kilka dni przed ukończeniem szóstego miesiąca, ale na razie to jeszcze słabo idzie. Pyzie mięsko się teraz przyda, potem pewnie jej się odmieni i może będzie chciała jak mama być wegetarianką :) Różnie bywa z tymi preferencjami dietetycznymi dzieci.

  5. Ahhh Malwa…
    Pamiętam jak Julka miała kolki i w duchu dziękowałam Bogu, że nie karmię piersią bo bym się nasluchala głupich komentarzy tesciowej czy matki typu „co znowusz zjadlas…?”
    Fajnie że Wojcieszek dalej przy piersi:-)
    Dobrze że piszesz również o tych „minusach” a nie tylko ochy i achy.
    My od jakiegos miesiacac już rozszerzamy diete. Daje Julce słoiczki, czasami starte jabłko albo gruszke ale 99%to sloiczki. Nie am dostepu do „swoiskich” warzyw ani owoców, aby dostarczyć maksimum wartości odżywczych trzeba odpowiednio to przyrządzić…nie mam parowaru ani czasu aby się w to bawić.
    Ciekawa jestem waszej „marchewkowej”przygody:-)
    Ps niema sliniaka, pieluchy ani niczego innego co by ochronilo iubrania Julki przed tymi pomaranczowymi plamami :-(

    1. Anitt, ja jeszcze w zeszłym tygodniu usłyszałam od teściowej, że Wojtuś płaczliwy, bo coś pewnie zjadłam, co mu nie pasuje. Ale teraz kompletnie mnie to już nie rusza i jem praktycznie wszystko, na co mam ochotę.
      Ja też zaczęłam od słoiczków, a teraz staram się coś gotować i mrozić. Kupujemy ekologiczne mięso i warzywa, ale stopniowo będę przechodzić na to, co my jemy. Z tymi słoiczkami to najgorsze, że one są pasteryzowane, przez co następuje utrata części wartości odżywczych. Ale na pewno jest to ogromna wygoda i dobrze je mieć na podorędziu. Chyba najtrudniej na początku się z tym gotowaniem zorganizować, a potem to już jakoś pójdzie. Mój Wojtek ma dostać od chrzestnego Babycook. Nie mogę się już doczekać, bo to w sumie bardziej prezent dla mnie 😉 Ponoć niesamowicie ułatwia życie w kuchni przy dziecku. Ja też niestety nie mam patentu na ochronę przed pomarańczowymi plamami. Zawsze gdzieś skapnie.

      1. A ja na pomaranczowe plamy znalazlam chyba sposob. Trzeba szybko zaprac i nalac do miski goraca wode, wlozyc do niej ciuszek, zasypac vanishem, zostawic tak przez noc. Nastepnego dnia (ja zazwyczaj po dwoch dniach moczenia) wyprac w pralce i po plamach ani sladu :) A moje dziecko, gdy tata karmi, jest cale umorusane lacznie z wlosami wiec mus nie mus trzeba prac 😉

          1. Niby dobre, ale wedlug mnie powinny byc jak sweterek bo one sie lubia zawijac i ciuchy sa ubrudzone

          2. Ja akurat tego nie mam, ale muszę kupić, jakoś nie wiedziałam, że takie są u nich. Kupiłam coś podobnego, tyle że bez plecków, wiązane na szyi. I tak jak pisze Crazy…, one się podwijają. Mój Wojtek sam je podwija i pożera. Chyba z tym rozszerzaniem diety bez brudzenia jednak się nie obejdzie, przynajmniej na początku.

        1. O widzisz, to może uda się jak coś uratować jakieś fajniejsze ciuchy. Teraz to na marchewkowe obiady Wojtka przebieram w takie poplamione. A myślałam, że koło roku to będzie już z głowy z tym umorusaniem podczas karmienia.

  6. Przed porodem nastawiłam się tylko i wyłącznie na karmienie piersią. Nie miałam żadnych butelek, mleka modyfikowanego itp. Też się naczytalam, że jeżeli się chce to się da. To samo mówiono na szkole rodzenia. Nie było podstaw żeby im nie wierzyć. Po miesiącu karmienia, dobrym przystawianiu itp. (potwierdzonym przed koordynatorke lakatyacyjna), ciągłej zoltaczce pokarmowej synek przytył
    może 100g. Ta sama położna(koordynatorka lakatyacyjna) , która na szkole rodzenia mówiła, że każda matka wykarmi własne dziecko, zaleciła mi dokarmianie mm i powoli odpuszczenie karmienie dziecka piersią. Wszystko z komentarzem, że pogorszyłam jej statystyki. Udało mi się tak wytrzymać do 3 miesiąca. Mam duży żal, że mi się nie udało. Przed porodem wydawało się, że to takie łatwe i każdej chcące matce się uda. Ja chciałam, ale co z tego…

    1. Fiona, współczuję Ci, bo ten nacisk na KP jest ogromny i co innego, gdy matka po prostu podejmuje decyzję, że nie karmi piersią, bo to nie dla niej, a co innego, gdy się bardzo chce, robi wszystko, by się udało, a jednak nic z tego nie wychodzi. Wiele dziewczyn przepłaciło to wręcz depresją, bo zamiast karmić dziecko z przyjemnością, to czujesz się, jakbyś podawała mu w butli truciznę, dając mleko modyfikowane. Przynajmniej tak opisywała mi to kiedyś jedna z koleżanek, której KP nie wyszło i o mały włos wszystko nie skończyłoby się szpitalem. Nie miej do siebie żalu, bo zrobiłaś, co mogłaś. Karmienie piersią to tylko stosunkowo krótki okres w naszym życiu. Ten etap już za Wami, a teraz co innego jest ważne.

  7. Ja niewiele mogę się wypowiedzieć w kwestii Kp i rozszerzania diety, ale widzę, że czytasz „Z jednym wyjątkiem”- to samo co ja aktualnie 😀😀 zbieram całą kolekcję K. Puzyńskiej , bo jej seria jest dostępna w kioskach/salonikach prasowych. Uwielbiam jej styl. Zaczęło się od „Motylka” i tak już się wciągnęłam w sagę o Lipowie. A jak Tobie się podoba?

    1. Podoba mi się. Obecnie to moje ulubione kryminały, choć bardziej niż wątek kryminalny wciągają mnie wątki poboczne i dobrze odmalowane małomiasteczkowe życie. Polubiłam się z bohaterami, no może z wyjątkiem Pawła. Czytam wszystkie tomy po kolei, ale przeplatam innymi książkami, a teraz chciałabym się zrównać z porami roku :)

  8. Hej Malwuś :*
    Jakbym o swoim ancymonie czytała … wszystko ciekawi, wszystko. Odrywa się po kilka razy podczas jednego karmienia. A od niedawna zagaduje „Ciu ciu cioo oooo”, pokrzykuje. W trakcie karmienia od pozycji leżącej potrafi przejść do stojącej (swojej) i robić na piersi „indianina” ołołołołołoooo 😀 W pozycji leżącej jest naj, choć właśnie nie wszędzie…
    Co do diety. Niby wszystko można jeść, a jednak zbyt dobrze pamiętam ciastka z sezamem w 6-7t.ż. Maksia i jego sypaną buzię, szyjkę i miejsca za uszami. Nawet teraz coś uczuli, no ale więcej je, baa prawie wszystko po trochu, choć jak wiesz niechęć do mięsa/wędliny jest ogromna. Tylko blendowane.

    U Was za moment 7 miesięcy cyckania, u nas 12,5. Kto by przypuszczał? :) Przecież i ja miałam marzenia, plany, a to wszystko zostaje zweryfikowane. Napisane od początku.

    Maszerująca (przepraszam, że tak), nie ma co robić zasadzek, typu nie dla butli, nie dla mm. :* Wodę owszem można podawać na łyżeczce, w strzykawce, czy herbatkę koperkową, albo przez sączek/dren, ale chyba wygodniejsza jest butelka. Są przeróżne butelki i smoczki na nie. Oo jeszcze kubek Doidy, używa i Malwa i ja i chwalę sobie.
    Malwuś dostaniecie ekstra prezent – babycook górą! To był jeden z lepszych prezentów ode mnie dla mnie tzn Maksia. :)

    Nie lubisz „Gry o tron”? chlip chlip chlip 😉

    Buźki :**
    Kciuki za piękną niedzielę!

    1. Śliweczko, zdaję sobie sprawę z mojego „życzeniowego” myślenia. Przyznam szczerze, że to wynika z lenistwa. Mam wrażenie, że w czasie ciąży, wizyt lekarskich, przygotowywania wyprawki, szkoły rodzenia itp. musiałam zdobyć taką ilość informacji, wiedzy (jak każda z nas), która mnie przytłacza i przerasta. i tak bardzo chciałabym nie musieć znać się na dokarmianiu, tylko ograniczyć się do kp. Niemniej jak będzie trzeba, to będzie trzeba… jasne. Na szczęście ideologia czy jakieś chore ambicje mi tu nie towarzyszą 😉
      I jeszcze jedna cenna rzecz w Twoim komentarzu – polecenie tego kubeczka. Lubię konkrety. Ale przyznam się też, że dostałam butelkę w prezencie… http://kidy.pl/mimijumi_butelka_dla_niemowlat_240_ml
      Słyszałyście o niej, znacie jakieś opinie?

      1. Kubek Doidy bardzo fajny, choć ja noworodka nie umiałabym z niego napoić, dopiero przy rozszerzaniu diety korzystamy. Tej butli nie miałam, ale czytałam pozytywne opinie. Wygląda na fajną, a cenę ma też niezłą, więc ekstra, że dostałaś.

    2. Śliwku, czyli przy tym cycku może być jeszcze ciekawiej :) Odnośnie diety, to właśnie niby można wszystko jeść, ale alergeny do mleka przenikają, więc jak dziecko na coś uczulone, to wyjdzie. Plus przy późniejszym rozszerzaniu diety. Ja jakoś z większym luzem wprowadzam produkty, które sama jadłam i po których Wojtkowi nic nie było. U nas oczywiście mięso też jest ble. A anemia za rogiem, więc od dziś podajemy żelazo. Dziś pierwszy raz gotowałam w Babycook. Co za wygoda! Z „Gry o tron” najbardziej podobał mi się pierwszy sezon, jak John Snow miał romans z tą rudą dzikuską. Ale niestety było minęło. Tyle dobrego, że Snow ożył, he, he, bo wcale bym nie oglądała 😉

  9. Ech Malwa duże już te nasze dzieci :) Swoją drogą wciąż mnie ogromne cieszy i jest takie nowe to zdanie „moje dziecko” 😀
    Nas ominęłyu kolki, ale za to męczyliśmy się trochę z refluksem. A to karmienie w stylu chcę jeść ale świat taki ciekawy że nie mogę to i u nas występuje. Z karmieniem na zewnątrz początkowo też miałam duże opory, zwłaszcza że na początku spotkała mnie niemiła sytuacja, ale potem już tylko pozytywny odbiór i jakoś poszło :)
    Jesteś super dzielna, że pomimo tej diety miałaś w sobie tyle samozaparcia, chęci, że dałaś radę karmić piersią. Mnie dotknęły tylko pękające brodawki (przez tydzień z jednej piersi odciągałam laktatorem bo był tak silny ból że nie mogłam wytrzymać), a i tak miałam chwile zwątpienia czy nie przejść na butelkę.
    O tak założenie, że muszę dobrnąć do tych 6 miesięcy (zostały nam niecałe 3 tygodnie) było i u mnie. Teraz wyluzowałam już, jak się uda do będę karmić dalej. Moim jedynym celem w rozszerzaniu diety jest aby nauczyć dziewczynkę wielu smaków, aby nie bała się próbować nowych rzeczy no i chciałabym jak najdłużej unikać soli i cukru.

    Jak zdrówko? Mam nadzieję, że lepiej. Ściskam Was mocno

    1. Martuś, jaka niemiła sytuacja? To może zniechęcić, ale cieszę się, że się nie dałaś. Ja też karmię na zewnątrz, ale jednak w domu najprzyjemniej i bezstresowo :) Co do rozszerzania diety to obecnie mam jeden cel – żeby Wojtek zaczął jeść, bo wygląda to jak na razie mizernie. Ale kombinuję i czekam cierpliwie, aż mu się odmieni. Ze zdrówkiem już dobrze. Wszyscy wyszliśmy na prostą. Na szczęście u Wojtka chyba jednak nie było zapalenia krtani. Niestety, zaczęła się zdradliwa pora roku i trzeba uważać, a tata znosi nam z pracy wirusy do domu. Zdrówka i dla Was!

      1. Ja sama z dzieckiem w kawiarni na rynku, piękna pogoda karmimy się że nic nie widać… Jednak trzem kobietą po 60 to się bardzo nie podobało i dość niewybrednie to komentowały. Na szczęście to tylko raz mi się przytrafiło, a tak to tylko pozytywny odbiór 😀

        1. Co za babska. Ciekawe, jak one karmiły swoje dzieci. Dawniej nie robiono wokół tego takiego szumu. Teściowa mi opowiadała, że karmiło się w autobusie miejskim w trakcie jazdy i było OK. Mnie się najczęściej zdarza karmić w parku. Nie spotkałam się z negatywnym odbiorem, często uśmiechy, ale też gapienie się na nas, co akurat trochę mnie krępuje, ale chyba się już oswoiłam z tym, bo ostatnio coraz mniej.

          1. Jak dla mnie to najfajniej reagują dzieci i co zaskakujące nastolatki. Zdarzyło się kilkukrotnie, że karmiłam w parku czy na ławce w galerii i przechodziła/usiadła obok grupka około 14 letnich chłopaków i jeden upominał reszte że mają być ciszej bo małe dziecko je 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *