Wycieczka, czyli góry, chmury i deszcz

Pierwsze niepokojące prognozy pogody pojawiły się we wtorek. W czwartek to już w każdej stacji zapowiadali pełne zachmurzenie, wiatr, deszcz, a lokalnie gradobicie. Ale uparłam się, wzięłam dzień wolny, spakowałam nas, a M. widząc moją determinację, nie śmiał się sprzeciwiać. W piątkowy poranek wyruszyliśmy zatem w drogę, konkretnie w góry, które oboje uwielbiamy. Za cel postawiliśmy sobie zdobycie kolejnych szczytów Korony Gór Polski. Plan minimum: wejście na Turbacz. Plan maksimum: wejście na Turbacz i Lubomir. Drugi cel był taki, by oderwać się od  powszedniości i nie myśleć o tym, o czym i tak myśleliśmy, ale mimo wszystko z oddali rozterki jakoś straciły wyraziste kontury.

Dzień pierwszy − chmurny Lubomir

Gdy wyjeżdżaliśmy z naszego miasta, pogoda była piękna. Ciepło, świeciło słońce. Pogratulowałam sobie w duchu, że jednak tak napierałam na ten wyjazd, bo prognozy jak zwykle się nie sprawdzą. Padać zaczęło już w okolicach Krakowa. Na szczęście im bardziej zbliżaliśmy się do gór, tym deszczu było mniej. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać i tego dnia musimy zaliczyć wejście na Lubomir, uznany przez autorów Korony Gór Polski za najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego.

Wiejskie widoczki

Organizację wycieczki wzięłam na siebie. Zawsze byłam w tym fatalna i tym razem również udowodniłam, że się do tego nie nadaję. Uparłam się, by jechać najpierw do pensjonatu, zostawić rzeczy i dopiero wtedy pójść w góry. Niestety, okazało się, że by wejść na Lubomir, musimy cofnąć się z tego pensjonatu ponad 50 kilometrów. M. się wściekł, ja też zbeształam samą siebie za organizacyjną nieudolność, ale przecież  jak już przyjechaliśmy, to nie będziemy siedzieć w małym, zimnym pokoju.  Do tego wszystkiego okazało się, że pensjonat, który dla nas wybrałam, jest położony dość blisko ruchliwej ulicy, my jesteśmy jedynymi gośćmi, gospodarze mieszkają w domu obok, a wykorzystując czas przed sezonem, malują sąsiadujące z naszym pokoje. W nadszarpniętych humorach ruszyliśmy z powrotem tą samą drogą, którą przyjechaliśmy.

SONY DSC

Okazało się, że znalezienie szlaku prowadzącego na Lubomir nie jest wcale takie łatwe. Naturalnie wejść można na górę z różnych stron. Ja wybrałam dla nas trasę najkrótszą, z tego względu, że mieliśmy za sobą ponad cztery godziny spędzone w samochodzie. Wydrukowałam nam jakieś nieaktualne informacje sprzed lat, w których krajobrazowe wskazówki nijak nie przystawały do aktualnego stanu. Najpierw zapytaliśmy lokalnego dziadka, w którą stronę się kierować, ale ten wyprowadził nas w pole. Na szczęście pan sklepikarz był zorientowany w temacie i wskazał nam właściwą drogę*. Zbliżała się godzina 17, więc trochę zaczynałam się martwić, czy uda nam się zdobyć górę przed zmrokiem. Niepotrzebnie. Okazało się, że pod szczytem wybudowano w zeszłym roku gościniec, pod który można podjechać samochodem. A stamtąd wejście na Lubomir zajmuje około 20 minut nieśpiesznym krokiem. Tacy z nas zdobywcy:) Najładniejsze widoki rozpościerają się spod gościńca, potem idzie się przez las i raczej nic nie widać, a już na pewno nie w deszczowy i pochmurny dzień.

SONY DSC

Trzeba jeszcze wspomnieć, że na  szczycie Lubomira znajduje się Obserwatorium Astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza. W soboty i niedziele, gdy pogoda sprzyja, można obserwować tam różnego rodzaju zjawiska. Nas te atrakcje ominęły. Na górę wchodziliśmy w piątek, a poza tym i tak niebo było całkowicie zachmurzone.

Zszargane nerwy postanowiliśmy ukoić w restauracji znajdującej się we wspomnianym gościńcu, tylko że akurat zabrakło prądu, a w ogóle jak już zeszliśmy z góry, to obsługa właśnie zbierała się do domu. Ale sam spacer w siąpiącym deszczu przez odurzająco pachnący las dobrze nam zrobił i do naszego pensjonatu wróciliśmy w lepszych humorach, najadłszy się uprzednio różnych smakołyków w jakiejś  przypadkowej, przydrożnej karczmie. Taki był nasz majowy piątek trzynastego.

cdn.

* Wystarczy kierować się do wsi Węglówka, położonej w gminie Wiśniowa, w powiecie Myślenice. Jedziemy sobie przez tę wieś i widzimy szkołę. Zaraz za szkołą, a przed kościołem, skręcamy w prawo.

2 thoughts on “Wycieczka, czyli góry, chmury i deszcz

    1. Kamilo, witaj! Cieszę się, że napisałaś, bo dzięki temu trafiłam na Twój blog. Na pewno będę tam stałym bywalcem. A w góry wybierzcie się koniecznie. My głównie jeździmy w góry. I zimą, i latem. Tam najlepiej wypoczywamy. Z kolei nigdy nie byłam na Mazurach, więc może w tym roku czas to zmienić:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *