Jak oni pracują Agaty Napiórskiej

Zawsze fascynowało mnie życie codzienne pisarzy. Ile czasu potrzebują na napisanie książki. Ile godzin dziennie temu poświęcają. I w ogóle czy zasiadają do pisania każdego dnia, czy też czekają na przypływ weny. Jak wygląda ich miejsce pracy. Czy mają jakieś nawyki związane z pisaniem, rytuały, natręctwa… Co jedzą w trakcie pracy nad książką. Słowem − dzień z życia pisarza. Agata Napiórska pokusiła się o wypytanie wybranych polskich twórców o wspomniane wyżej sprawy. Ale nie tylko pisarzy wzięła na celownik, a także innych twórców kultury (związanych ze sztuką, z filmem, teatrem itd.). I z tych rozmów (nie zawsze przeprowadzonych twarzą w twarz, czasem drogą elektroniczną, bo niektórzy nie mieli czasu lub chęci na tradycyjną formę wywiadu) powstała książka Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami. Gdy tylko mignęła mi gdzieś w mediach, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć.

Czytam ją sobie z przyjemnością, po troszku i nie po kolei, lecz wybierając w zależności od nastroju twórcę. I czuję się tak, jakbym zaglądała im przez ramię do pracowni, czasem do domu, do ogrodu, do ulubionych miejsc, do skrawka codzienności. Wiele z rozmów podziałało na mnie inspirująco, pojedyncze mnie znudziły, inne zaskoczyły czy nawet wzruszyły. Niektórym twórcom pozazdrościłam, na przykład Filipowi Springerowi tej lekkości pióra, czy Małgorzacie Gutowskiej-Adamczyk i Katarzynie Boguckiej i Szymonowi Tomile spokojnego, wiejskiego życia blisko natury. Rozmowa z Wilkoniem wydała mi się rozrachunkowa i pod jej koniec poczułam ukłucie w środku. Andrzej Sapkowski (notabene nie przeczytałam ani jednej jego książki) rozbawił mnie, Barbara Wrońska trochę też. Jakub Żulczyk w tej rozmowie zawiódł nieco moje oczekiwania, a w każdym razie niczym mnie nie ujął. Z pewnością mogłabym się utożsamić z Sylwią Chutnik, jeśli chodzi o reżim dnia, który sama stosowałam swego czasu, gdy pracowałam jako wolny strzelec. Cudownie inspirująco podziałała na mnie Iwona Chmielewska (muszę koniecznie kupić jakąś jej książkę), a Katarzyna Bonda zaintrygowała mnie i nieco przeraziła twórczym szałem, w który wpada, pracując intensywnie nad książką. No i okazało się, że wcale nie jestem odosobniona w umiłowaniu porządku. Wielu rozmówców Napiórskiej deklarowało, że za nic w świecie nie potrafi się skupić, mając dookoła siebie nieład. Też tak mam!

Gdybym to ja przeprowadzała takie rozmowy, to na pewno zaprosiłabym do nich Wiesława Myśliwskiego, Olgę Tokarczuk, Pawła Huellego, Emilię Dziubak i Dorotę Masłowską, i jeszcze Małgorzatę Musierowicz i może Michała Witkowskiego. No i pewnie jak to opublikuję, to jeszcze przyjdzie mi wielu innych do głowy. I zdjęcia bym chciała ich biurek, stołów, pracowni. Taka ciekawska jestem. Kogo dodalibyście do tej listy?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Cztery miesiące z W.

Cztery miesiące razem. Wypełnione po brzegi bezwarunkową, szaloną miłością. Mój uporządkowany  dotychczas świat wywrócony do góry nogami. Tylko On sprawia, że mimo snu klejącego powieki, dzień w dzień budzę się nad ranem szczęśliwa i pełna werwy. On uczy mnie spontaniczności, szybkiej zmiany planów, dostosowywania się do sytuacji, kreatywności i siły spokoju w najbardziej stresujących sytuacjach. Jaki jest? Prawie nie śpi w dzień, wciąż nie lubi spacerów w gondoli, od miesiąca boi się odkurzacza, za to pokochał kąpiele, uwielbia być na golaska i przeglądać się w lustrze. Ubóstwia swój retro wózek, w którym czasem udaje mi się go nawet uśpić, a czasem kończy się na tym, że wtóruje mi, gdy mu śpiewam. Kocham go. Najbardziej na świecie. I każdego dnia w tej codziennej bieganinie przystaję na chwilę, przytulam do siebie to rozgrzane, rozbiegane ciałko, czasem rozchichrane w bezzębnym uśmiechu, innym razem rozwrzeszczane, i przepełnia mnie wdzięczność, bo wciąż nie mogę się nadziwić, że Go mamy. Takiego idealnego, wyjątkowego i tak bardzo naszego. I wtedy nagle wydaje mi się, że był z nami od zawsze, bo już nie potrafię sobie wyobrazić ani przypomnieć, jak pusto nam było we dwoje.

Ale ktoś tam dba o to, byśmy nie rozpłynęli się w tym cukrowym oceanie szczęśliwości, dosypując nam co jakiś czas odrobinę dziegciu. Teraz walczymy z wirusami, które krążą w kółko nad naszą trójką. Katar dla niesiedzącego niemowlaka karmionego piersią −  katorga. Jakby tego było mało powoli wykluwają się zęby. Ale wiem, że mój dzielny Wojownik zaprawiony w kolkowych bojach da radę, zwłaszcza że ma przy sobie rozkochanych i zawsze gotowych do noszenia i tulenia rodziców.

Zapisz

Mityczne spacery

Marzyły się matce długie spacery z wózkiem, marzyły… Chadzała sobie w ciąży po parku i tęsknym okiem spoglądała na mamuśki spacerujące z dziećmi. I snuła wyobrażenia o tym, jak to będzie cudownie tak spacerować na wiosnę z synkiem. A to do kwiaciarni zajść, a to do pobliskiego centrum handlowego po jakiś ciuszek. Ale nie dla matki takie przyjemności, bo synek spacery i owszem, byle na rękach i z dala od gondoli.

A zapowiadało się całkiem nieźle. Ubierany w głębokim śnie Wojciech nawet jeśli przebudził się na chwilę, to tylko po to, by zaraz zasnąć wieziony po osiedlowych wertepach. Spacer nie mógł trwać długo, ale w sam raz tyle, by dojść do parku i obejść go wzdłuż lub wszerz czy cyknąć parę fotek telefonem. Zdarzyło się nawet matce publiczne karmienie i taka dumna wtedy z siebie była, że się ośmieliła. A potem nadeszły kolki, które co nieco zamąciły, ale jeśli się wyszło o odpowiedniej porze, gdy Wojciech był w dobrej formie, to spacer przebiegał w całkiem miłej i spokojnej atmosferze. Choć trzeba przyznać, że z tym ubieraniem to był zawsze problem. Czekała więc matka z niecierpliwością na te ciepłe dni, kiedy to nie trzeba będzie zakładać na uśpionego Wojciecha kolejnych warstw, a czapeczkę to tylko po to, by chronić przed słońcem. I się doczekała. Raz matka nawet odważyła się wyjść z Wojciechem popołudniu, gdy ten nie spał ani nawet nie zamierzał ucinać sobie drzemki. Ach, jaki to był udany spacer. Nic to, że koło od wózka wtedy odpadło i matka nie umiała go założyć, wypaćkała się smarem, aż w końcu zlitował się nad nią jakiś przechodzień. Najważniejsze, że Wojciech leżał sobie cierpliwie w wózeczku, całkiem zadowolony, a potem zasnął pod samym domem. I wtedy matka podzieliła się z ojcem taką refleksją, że nasz synek zapowiada się na wielkiego entuzjastę spacerowania. Miód na matczyne serce. No ale wiadomo powszechnie, że jak się pochwali dziecko, to ono niezwłocznie zaczyna się psuć.

Stan obecny jest taki, że Wojtuś zaczyna ryczeć, gdy tylko zakładam mu czapeczkę. Wychodzić należy na śpiocha, ale musi to być naprawdę głęboki sen i broń Boże niepoprzedzony zakładaniem żadnych dodatkowych ubranek. Wtedy jest szansa, że Wojciech ujedzie te dwadzieścia minut w gondoli. Potem następuje przebudzenie, wielki ryk i rzucanie się po całym wózku, aż w końcu dziecko ląduje na rękach mamy lub taty i momentalnie się uspokaja. No chyba że słońce za bardzo mu świeci w oczy albo wiatr wieje. Syn mój wszak wymagający w stosunku do warunków atmosferycznych.

Naczytała się matka internetów i wie, że inne dzieci też tak mają. Ba! Nie omieszkała Wojtusiowa babcia wytknąć matce, że i ona nie pałała miłością do gondoli i przez kilka pierwszych miesięcy swego życia odbywała spacery na rękach mamy, taty czy babci. Dopiero w spacerówce jej się spodobało. Ale średnio to matkę pociesza.

Na razie niestety nic nie pomaga. Opuszczona buda − źle, brzęczące zawieszki − jeszcze gorzej, bo potęgują tylko niezadowolenie. Żal, wielki żal. Bo wiosna taka piękna za oknem. I lato na horyzoncie. I jak tu nie wychodzić, jak tu nie dotleniać dziecka, a i matczyna głowa wymaga codziennego wyprowadzenia poza cztery ściany i przewietrzenia. Spacer z tatkiem to jeszcze jakoś ujdzie, bo matka pcha wózek, a ojciec niesie ciekawe świata dziecię, ale samej matce to już się trochę odechciało tych spacerów. Może chusta będzie jakimś ratunkiem… Bo jak Wojciech dorośnie do spacerówki, to akurat jesień nas zastanie. A co jeśli i w spacerówce nie będzie chciał się wozić? Takiego scenariusza nawet nie biorę pod uwagę.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Mój DZIEŃ!

edf

Dzień Matki. Naczekałam się na to święto. W tym roku jest dla mnie wyjątkowe i coś wyjątkowego i poruszającego chciałabym napisać. Ale im bardziej o tym myślę i szukam odpowiednich słów na oddanie tego, co czuję, tym większy zamęt w mojej głowie. Tyle że to nie trzeba do głowy sięgać, a sporo niżej. A tam niżej czuję przyjemne ciepło. Jestem szczęśliwa. Czasem czuję się też zmęczona, ale nigdy moim dzieckiem, choćby było najbardziej marudne na świecie. Raczej rutyną codzienności. Moje życie chyba nigdy nie było tak przewidywalne i powtarzalne jak teraz, a ja nigdy nie miałam tak mało czasu dla samej siebie. Świat skurczony do wystawiania cyca, zmieniania pieluch, nocnych pobudek, popijania zimnej herbaty i jedzenia odgrzewanych obiadów. Ale jednocześnie ten mój świat nigdy też nie był tak zadziwiający, różnorodny, bogaty, pełen wyzwań i wzruszeń, a ja nie czułam się tak bardzo kochana, potrzebna i spełniona.

Jestem mamą i dziś, choć na pewno znalazłabym w sobie co nieco do poprawienia, to jestem dumna z siebie i z tego Małego Człowieka, który rośnie pod moimi skrzydłami. Dryfujemy wspólnie przez tę codzienność, czasem po spokojnym morzu, innym razem po mocno wzburzonym, ale nawet tych nawiedzających nas sztormów, z których wychodzimy obronną ręką, nie zamieniłabym na nic innego (choć akurat kolki wcale nie były nam potrzebne do szczęścia). A gdy na jego twarzy maluje się uśmiech na mój widok, choćbym była najbardziej rozczochranym straszydłem z tłustą cerą i pryszczem na nosie, to każde zmęczenie ulatnia się w mgnieniu oka. I gdzieś z tyłu głowy przelotna, strachliwa myśl, że może to się już nigdy nie powtórzy, że może tylko raz przyjdzie mi to wszystko przeżyć. Wtedy nawet te codzienne, żmudne czynności nabierają innego wymiaru. A jeszcze gdy pomyślę sobie, że właśnie minęły nam trzy miesiące, od kiedy jesteśmy razem, i nagle zima zmieniła się w lato, a On wyrósł z zamkniętego w sobie noworodka w gaworzącego, chichrającego się i zainteresowanego wszystkim dookoła niemowlaka, to chciałabym bardzo prosić kogoś, by zatrzymał czas. Bym zdążyła się Nim nacieszyć, takim małym, pachnącym i tak bardzo wpatrzonym we mnie, zanim wyfrunie spod tych moich skrzydeł w świat.

edf

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Złoty wiek niemowlęctwa

W popularnym amerykańskim poradniku* przeczytałam ostatnio o tym, że czwarty miesiąc to początek okresu zwanego złotym wiekiem niemowlęctwa. Dziecko tryska wówczas humorem, jest towarzyskie, przesypia więcej godzin w nocy i rozkochuje w sobie wszystkich dookoła. Czwarty miesiąc wprawdzie dopiero przed nami, ale chyba doświadczyliśmy tego, jak może wyglądać ten  złoty okres w ubiegłą sobotę. Wojtuś był we wspaniałym nastroju. Nie płakał, nie marudził, nic go nie bolało. Cały dzień rozsyłał nam bezzębne uśmiechy, gaworzył i nawet na spacer udało nam się wyjść bez protestów przy ubieraniu i wkładaniu do gondoli. W sobotę było dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie codzienność z dzieckiem przed ciążą i w jej trakcie. Synu, proszę o więcej takich dni!  Mam nadzieję, że nie przeskoczysz zbyt szybko tego złotego okresu, wkraczając z impetem w trudny wiek niemowlęctwa.

Odnośnie tematu kolek, to aż boję się to napisać, ale chyba nam odpuściły. Od dnia, w którym opublikowałam ostatni post, mieliśmy może jeden epizod kolkowy, w dodatku o łagodnym przebiegu. To nie jest tak, że z dnia na dzień odpuściły wszystkie nieprzyjemne dolegliwości, ale obecnego stanu nie można na pewno przyrównać do tego, przez co przechodziliśmy jeszcze niedawno. Może to nie były wyłącznie kolki… Po przeanalizowaniu sytuacji doszliśmy z M. do wniosku, że znaczne pogorszenie kondycji u Wojcieszka nastąpiło po kilku dniach od szczepienia, dlatego następną dawkę szczepionki odroczymy. Najważniejsze, że jest zdecydowanie lepiej, a ja nie zerkam popołudniami nerwowo na telefon, odliczając minuty do powrotu męża z pracy albo co gorsza nie dzwonię do niego co chwilę z płaczem, by się pospieszył. Wreszcie zaczynam dostrzegać w naszej codzienności zalążki stałego rytmu. Tata wraca na spokojnie do domu, myje ręce i od razu pędzi przywitać się z synkiem, który ląduje zaraz w jego ramionach, chyba że aktualnie jest w cycowym transie. A potem zabawa, kąpiel, znowu karmienie, przytulaski, usypianie, nieraz wieczorna płaczliwość, bo trzeba odreagować nagromadzone przez cały dzień emocje i wreszcie błogi acz nietrwający zbyt długo sen. I nawet te dni, kiedy poziom marudności Wojcieszka osiąga zaawansowane stadium, są mi niestraszne, bo wystarczy, że przypomnę sobie, jak do niedawna się męczył, a ja razem z nim i od razu mi lepiej.

Dziewczyny, z tego miejsca chciałabym Wam z całego serca podziękować za wszystkie sugestie dotyczące radzenia sobie z kolkami i przede wszystkim za moc ciepłych, wspierających słów i myśli pod naszym adresem. Jestem pewna, że to pomogło.

* „Pierwszy rok z życia dziecka”, Murkoff Heidi z Mazel Sharon

Kolki, kolki, kolki albo już sama nie wiem co…

Swego czasu żaliłam się, że dręczą nas kolki. Ale to nie były prawdziwe kolki, a dopiero ich zapowiedź. Te prawdziwe dały o sobie znać, gdy Wojtuś wkroczył w drugi miesiąc. Zupełnie nie byłam na to przygotowana. Sądziłam, że najgorsze mamy już za sobą i na tym etapie brzuszkowe dolegliwości raczej się wyciszają, a nie nadchodzi ich apogeum. Tymczasem przez ostatnie dwa  tygodnie niemalże każdego wieczoru zmagamy się z tymi nieszczęsnymi kolkami. Pierwszym symptomem jest marudzenie i nerwy podczas karmienia. Wojtuś zaczyna się odrywać od piersi, płacze, denerwuje się, bo nie jest w stanie jeść z powodu bólu. A potem jest już tylko coraz więcej płaczu, ciągłe zmienianie pozycji podczas noszenia, bo żadna na dłużej się nie sprawdza, aż w końcu po jakichś dwóch, trzech godzinach dziecko sie uspokaja, najada i zasypia. Najczęściej u mnie na klatce piersiowej. A ja wymęczona psychicznie zasypiam razem z nim. W nocy i od rana do obiadu jest spokojnie. Jeśli planuję spacer z synkiem, to tylko w tym czasie. Potem wszystko zaczyna się od nowa.

Niestety, żadne środki farmakologiczne w pełni nie działają. Wypróbowaliśmy już chyba wszystko prócz homeopatycznych czopków o zaskakująco szerokim spektrum działania i Debridatu. Ten drugi pediatra poleciła nam podczas ostatniej wizyty, jeśli nic innego nie pomoże. Niestety, by zadziałał, trzeba go podawać przez dłuższy czas. Obecnie odstawiłam już wszelkie kropelki na bazie symetykonu, bo nie przynosiły rezultatu, a Wojtek zaczął nimi wręcz pluć. Podaję jedynie Delicol na nietolerancję laktozy i probiotyk. Zauważyłam, że w stosowanych przez nas metodach nie może być rutyny. Jeśli ciepła kąpiel okazała się zbawienna dwa razy, to trzeci raz już niekoniecznie. To samo z kateterem rektalnym WINDI, szumami suszarki, piciem herbatki z kopru włoskiego, masażem i ogrzewaniem brzuszka. Jedynie tulenie i noszenie na rękach jest zawsze na czasie, no i smoczek, który synek dostał dopiero niedawno i okazał się być dla niego (i dla nas) zbawienny. A poza tym trzeba kombinować i dostosowywać się do sytuacji.

Ostatnie dni jednak bardzo mnie podłamały, bo kolka zdobyła nasz ostatni bastion, mianowicie przyjemność karmienia piersią. Wcześniej był z tym problem tylko w trakcie wieczornych ataków, ale od czwartku nerwy i płacz zaczynały się niemalże przy każdym dziennym karmieniu. W końcu Wojtuś był w stanie spić mleko tylko z jednej piersi i po dłuższej przerwie z drugiej, a popołudniami bywało i tak, że w ogóle nie mógł jeść, aż do wieczora. W przerwach między karmieniami był natomiast pogodny i spokojny, jakby nic mu nie dolegało. W nocy też bez problemu. Zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle są objawy kolkowe, czy może jakiś skok rozwojowy albo jeszcze coś innego? Nawet ściągnęłam trochę mleka i próbowaliśmy nakarmić synka butelką, ale oczywiście Wojtuś już nie pamięta, jak to się pije z butli. Przez myśl przemknęły mi też  zęby, bo od niedawna ślina do pasa i ciągłe wkładanie rączek do buzi, jednak pediatra to wykluczyła. Zleciła nam podstawowe badania i USG brzuszka. Ja od kilku dni znowu jestem na ścisłej diecie, bo zdaniem lekarki Wojtuś ma też alergię pokarmową (chropowata, jakby gęsia skórka na nóżkach i za uszami oraz nawracająca ciemieniucha). Trzymam tę dietę ze względu na brzuszek, ale nie jestem przekonana, że to alergia, bo prowadziłam na początku taką restrykcyjną dietę przez prawie miesiąc, robiłam co dzień notatki, wykluczałam i wymieniałam kolejne produkty i nie miało to żadnego przełożenia na wysypkę, którą wtedy Wojtuś miał na buzi. Z czasem sama zniknęła. Winne były prawdopodobnie moje hormony.

A dzisiejszy dzień jakby darowany nam przez los czy niebiosa. Piersi znowu na fali, tylko odrobina marudzenia, a poza tym duża potrzeba bliskości i tulenia. Mam nadzieję, że to wszystko nie po to, byśmy nabrali sił na kolejne ciężkie zmagania. Na pewno wyciszyła mnie nieco wczorajsza wizyta mojej mamy i melisa, którą zaczęłam popijać. Tak bym chciała, by było już lepiej i żebyśmy mogli normalnie wyjść z dzieckiem na spacer czy do przyjaciół, ale nie mam złudzeń, że to koniec. Za niecałe dwa tygodnie Wojtuś kończy trzy miesiące. Niestety to nieprawda, że kolki znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po osiągnięciu przez niemowlę tego wieku. Bardzo często utrzymują się do końca czwartego miesiąca. Musimy to jakoś wspólnie przetrwać. Obyśmy tylko mogli się karmić dalej bez przeszkód piersią…

Lektury na czas karmienia. Słowik Kristin Hannah

edf

Coś nie może ta wiosna zagrzać sobie miejsca. I choć bardzo tęsknię już za długimi spacerami po parku, to w takie wietrzne, pochmurne i na poły zimowe dni, jakich ostatnio pod dostatkiem, cieszę się, że nie muszę się zrywać o świcie, by pędzić do pracy, stresować kolejnym projektem czy humorami koleżanki z zespołu. Doceniam to, że mogę zostać w ciepłym domu i poczytać.

Na początku obawiałam się, że przy Wojcieszku nie będę miała czasu na lektury, ale zbawienne okazały się czytnik i poducha wąż, którą zakupiłam jeszcze w ciąży, by poprawić sobie komfort spania, a która okazała się wtedy niewygodna i nieprzydatna. Za to teraz podczas karmienia sprawdza się doskonale. A że tych karmień w ciągu doby trochę jest, to wykorzystuję te chwile między innymi na czytanie książek. Największą moją bolączką jest obecnie wybór wciągającej lektury. Zaczynam czasem po trzy książki jedna po drugiej, zanim wreszcie trafię na pozycję, której treść mnie porwie. To pewnie wina mojego macierzyńskiego mózgu, który nie może należycie się skoncentrować.

Ostatnio mój wybór padł na Słowika Kristin Hannah. Spodobał mi się sam początek, ale potem męczyłam się przez kilkadziesiąt stron, zanim polubiłam się z głównymi bohaterkami. Cieszę się jednak, że nie zrezygnowałam zbyt szybko, bo ostatecznie historia w tej książce opowiedziana bardzo mnie wzruszyła i pobudziła do refleksji.

Akcja rozgrywa się we Francji w okresie II wojny światowej. To moment ekstremalny w dziejach ludzkości, kiedy chcąc nie chcąc jest się wystawionym na próbę. Autorka pokazuje wojnę z perspektywy kobiet. Bohaterkami powieści są dwie siostry: heroiczna i odważna Isabelle oraz zalękniona i wycofana Vianne, która na naszych oczach przechodzi przemianę i odnajduje w sobie odwagę i hardość, o które sama siebie nie podejrzewała. Mam słabość do tego rodzaju bohaterek, które z szarych myszek przeistaczają się w heroiny, więc w Słowiku to Vianne skradła moje serce. Nie jest to książka pozbawiona wad. Autorka z premedytacją gra na emocjach, poza tym zupełnie nie przekonał mnie zawarty w niej wątek romansowy, ale mimo to dałam się ponieść tej historii, a w trakcie lektury uroniłam niejedną łzę. Czytając tę powieść uzmysłowiłam sobie, jak wiele mam szczęścia, że urodziłam się w obecnych czasach i że żyję w tym rejonie świata. Mam co jeść, w co się ubrać, czym nakarmić dziecko, mogę bez obaw wyjść z domu. To co dobre szybko powszednieje i tylko czasami, choćby pod wpływem takiej lektury, przychodzi olśnienie i zaczynamy doceniać to zwyczajne, codzienne życie. Jeśli macie więc ochotę na momentami nieco ckliwy wyciskacz łez z wojną w tle, ale na całkiem wysokim poziomie literackim, od którego trudno się oderwać, to polecam sięgnąć po Słowika.

A czy Was zachwyciła ostatnio jakaś lektura? Ja po raz kolejny próbuję polubić się z Tyrmandem. Kiedyś zaczęłam czytać Złego, ale nie skończyłam, a tym razem sięgnęłam po Siedem dalekich rejsów. Spodobał mi się tytuł i to, że akcja rozgrywa się wczesną wiosną, a ja lubię tego rodzaju adekwatność. Niestety, jak na razie słabo odciąga mnie od internetu i przeglądania profili instagramowych, ale tym razem Tyrmandowi nie odpuszczę i przeczytam do końca.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Rok temu w kwietniu

wiosna_2016Wiosna 2016

Jeździłam na rowerze do mojej tymczasowej pracy. Po drodze przecinałam trzy parki. Pierwszy ten ukochany, dobrze znany, położony najbliżej domu. Drugi malutki, za to w kwietniu przepiękny, pokryty dywanem niezapominajek. Trzeci pośrodku z wodą i piaszczystymi ścieżkami, zapamiętany z powodu pana spacerującego z wielkim, czarnym, szczekającym groźnie psem. Takie piękne okoliczności wiosennej przyrody. Nawet gdy się jest jeszcze bardzo smutnym, trudno nie docenić budzącej się do życia natury, nie dać się ponieść nadziei, która chcąc nie chcąc przychodzi do człowieka wraz z tą porą roku. Mimo to czasami, zwłaszcza popołudniami, gdy przejeżdżałam przez parki wypełnione gwarem dzieci i roześmianymi matkami pchającymi wózki, łzy same cisnęły się do oczu. W duchu powtarzałam sobie wtedy słowa z jednego z wierszy Szymborskiej:

Nie mam żalu do wiosny,
że znowu nastała.
Nie obwiniam jej o to,
że spełnia jak co roku
swoje obowiązki.

Rozumiem, że mój smutek
nie wstrzyma zieleni.
Źdźbło, jeśli się zawaha,
to tylko na wietrze. […]

A teraz i ja jestem po tej drugiej stronie. Spaceruję po parku z moim synem, uśmiecham się od ucha do ucha i czuję się tak zwyczajnie niezwyczajnie szczęśliwa. Od kiedy obniżyłam postawionej sobie samej poprzeczkę i pożegnałam nierealne wyobrażenia na temat macierzyństwa, które nagromadziłam przez te lata starań i czekania na cud, wszystko zaczęło być dużo prostsze. Wyzwań i trudów nadal nie brakuje. Ale ja staram się już nie szarpać z nimi, a pokonywać je, ciesząc się chwilami spokoju, które zawsze po nich nastają.

Dziś świętujemy podwójnie. Ja swoje 33 urodziny, Wojtuś pierwsze imieniny, choć nadając mu to imię, nie byłam świadoma, że przypadają one w dniu moich urodzin. Dowiedziałam się o tym niedawno, przypadkiem. Miły sercu zbieg okoliczności. Czego sobie życzę? W tym roku moje największe marzenie już się spełniło. Niczego więcej mi nie trzeba (choć zdrowie zawsze w cenie). Chwilo, trwaj. I żebym nie zapominała o tym, jaką jestem szczęściarą.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Refleksje świeżo upieczonej matki

Przyznaję się. Nie za bardzo wierzyłam w to, że życie po narodzinach dziecka wywraca się aż tak do góry nogami. To znaczy może i wierzyłam, ale jakoś nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić, że i nas będzie to dotyczyć. Wiadomo, my to się zorganizujemy i w ogóle od razu będziemy funkcjonować w doskonałej symbiozie. O tak… Gdy byłam w ciąży, zdecydowanie chętniej słuchałam i utożsamiałam się z tymi, którzy mówili, że taki niemowlak to głównie je i śpi. Wojtuś może przez trzy dni jadł i spał, no i robił kupy i siku, rzecz jasna. Mniej więcej czwartego dnia wieczorem dał koncert swoich wokalnych możliwości, wprowadzając w stan przerażenia nieopierzonych rodziców. Po kilku tego rodzaju epizodach oswoiliśmy się nieco z marudnym zawodzeniem i przestaliśmy upatrywać w nim nie wiadomo jakich dolegliwości, wymagających natychmiastowego wzywania karetki.

Po porodzie znajome matki mówiły, że z każdym dniem będzie łatwiej i że wszystko nam się wkrótce ułoży. A ja mam wrażenie, że im dalej w las, tym więcej wyzwań. Jak się już uporamy z jednym, to na horyzoncie pojawia się następne. Ale trzeba przyznać, że rozumiemy się coraz lepiej. Już wiem, że jak się Wojciech głodny budzi, to trzeba go pędem przystawiać do cyca, a nie bawić się w zmienianie pieluchy (a wdychaj sobie matka te zapaszki). Rozpoznaję płacz głodomorski, płacz maruderski, alarm pełna pielucha i wreszcie ten najgorszy − płacz kolkowy. Temu ostatniemu ani trochę się nie dziwę, ale robimy co możemy, by dziecku ulżyć, i chyba jest nieznaczna poprawa. Zasadniczo tendencja jest taka, że synu mój ma coraz krótsze drzemki i coraz więcej czasu spędzałby na rączkach u mamy lub taty, no i oczywiście przy cycu. A rodzice posłusznie starają się sprostać wszystkim wymaganiom dziecka. Życie jak w Madrycie.

Wczoraj w przerwie pomiędzy jednym epizodem marudzenia Wojcieszka a drugim zadzwoniła do mnie koleżanka, o której pisałam, że razem chodziłyśmy w ciąży z chłopakami. No i mówi mi, że jej dziecko jest idealne, śpi 22 godziny na dobę, nawet nie wybudza go na karmienie, bo ono je z zamkniętymi oczkami. (M. zapytał, czy chociaż kupę robi, ha, ha). A w ogóle to pojechała sobie ostatnio na trzy godziny do centrum handlowego, podczas gdy ja wyrwałam się może ze trzy razy z chałupy, w tym dwa do osiedlowego spożywczaka a raz do Biedry. Ale moje dziecię zostało wyposażone w jakiś radar, dzięki któremu wyczuwa, że matka szykuje się do wyjścia i wtedy albo jest nagle znowu bardzo głodne, albo wcale nie zamierza spać. Także numer koleżanki wpisuję tymczasem na czarną listę i przez najbliższe tygodnie nie odbieram (żarcik).

Ale wiecie co? Ja tam wolę naszego Wojciecha szoguna. Nie zamieniłabym go za nic na najbardziej spokojne i idealne dziecko. Zresztą on jest idealny. I nawet zdarzają mu się od czasu do czasu dni, które w większości przesypia. Najczęściej, gdy przyjeżdża babcia (cóż, wie wnusio, jak się zaprezentować od jak najlepszej strony). No i wtedy oczywiście matka się martwi i zastanawia, czy nic dziecku nie dolega i zagląda do niego co trochę stęskniona, by sobie popatrzeć i podelektować się widokiem swojego synka. Wymarzonego!

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Nasza mleczna droga. Epizod pierwszy

davDawno temu, kiedy posiadanie dziecka było dla mnie bardzo odległym projektem na przyszłość, wyobrażałam sobie, że nie ma nic bardziej naturalnego niż karmienie piersią. Rodzisz dziecko, przystawiasz je do piersi, a ono zaczyna jeść lejące się strumieniami mleko. W obecnej ciąży wiedziałam już, że karmienie piersią to jedno z pierwszych wyzwań, z którymi muszą się zmierzyć świeżo upieczona mama i noworodek. Chyba że nie zamierza się karmić piersią, z różnych przyczyn, czy to zdrowotnych, czy też po prostu z wyboru. Wtedy z kolei trzeba się zmierzyć z otoczeniem, które przecież wie najlepiej, co dobre dla ciebie i twojego dziecka. Tej drugiej sytuacji na szczęście nie doświadczyłam, bo od początku chciałam karmić Wojtusia naturalnie. Nie nastawiałam się na to, że pójdzie jak z płatka, ale też nie tworzyłam w głowie czarnych scenariuszy. Wyszłam z założenia, że zrobię, co w mojej mocy, by karmić syna, a jeśli się nie uda, to nie będę uprawiać samobiczowania, gdy przyjdzie dać mu butlę wypełnioną mlekiem modyfikowanym.

Szpitalne początki

Zaraz po tym, gdy wylądowałam na sali pooperacyjnej, Wojtuś został mi przystawiony do piersi. Kiedy ujrzałam na brodawce krople pokarmu, byłam przeszczęśliwa, bo tyle się naczytałam o tym, że po CC jest z tym różnie. Wojtuś coś tam zaciumkał ze trzy razy i zaraz zasypiał. I tak przespał kolejne godziny, odreagowując trudy przyjścia na świat. A ja byłam pełna optymizmu, że może z tym karmieniem będzie nawet prościej niż przewidywałam.

Personel przygotowywał nas na to, że po tej pierwszej dobie dziecko będzie dużo aktywniejsze i żebyśmy wypoczęli, póki możemy. Ale w drugiej dobie Wojtuś był jeszcze bardziej ospały niż w pierwszej. Nie było mowy o przystawieniu go do piersi, bo non stop spał i nie dało się go wybudzić. Zaalarmowałam wtedy dyżurną położną. Podjęłyśmy decyzję o dokarmieniu synka mieszanką. Najpierw miałam jednak ściągnąć swój pokarm. Mój ręczny laktator zupełnie się wówczas nie sprawdził. Na szczęście w klinice był dostępny mercedes wśród laktatorów, mianowicie Medela Symphony. Udało mi się ściągnąć za jego pomocą zaledwie kilka mililitrów mleka, które synek dostał ze strzykawki. Wtedy jeszcze się nie martwiłam. Byłam pewna, że lada moment laktacja się rozhula, a ożywiony po butli synek bez problemu będzie ssał pierś.

Pokarm próbowałam ściągać przez kolejną dobę. Co trzy godziny piętnaście minut na jedną pierś i piętnaście na drugą. Na początku widziałam jeszcze jakieś krople na ściankach końcówki, ale z czasem końcówka laktatora była zupełnie sucha. Wtedy się podłamałam. Dodatkowo przed każdym ściąganiem przystawiałam synka, by w ten sposób stymulować produkcję pokarmu. Niestety, kończyło się to tylko płaczem dziecka i nerwami. Czy noc, czy dzień, wytrwale wydzwaniałam po położne, by pomogły mi w prawidłowym ułożeniu dziecka. I tak gimnastykowałam się z tym rozciętym brzuchem, a to do pozycji spod pachy, a to do klasycznej, a to do leżącej. Byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie. Nie pomogło też to, co usłyszałam w nocy od jednej z położnych, że tak naprawdę to chcę karmić dziecko, ale jednak się przed tym bronię… Nie pomagały również telefony od rodziny z pytaniami, czy karmię. I niechcący zasłyszany komentarz teściowej, że jak to nie mam pokarmu, przecież muszę mieć. Nic dziwnego, że podczas porannego obchodu po prostu się rozbeczałam. Ale może dzięki temu wezwano do mnie doradcę laktacyjnego.

Konsultacja z doradcą laktacyjnym w szpitalu

Zawsze działała na mnie raczej pozytywna motywacja, wiec gdy doradca laktacyjna pochwaliła Wojtka, że ma wspaniały odruch ssania, że się nauczy, że w końcu zaskoczy i będziemy się karmić, to od razu zaczęłam widzieć wszystko w jaśniejszych barwach. Wyznaczyła mi cel: postarać się ściągnąć mleko, by dziecko dostawało z butelki mój pokarm zamiast mieszanki. Dotychczas myślałam, że wystarczy przystawić laktator, a mleko samo poleci, ale okazało się, że jednak psychika odgrywa tu bardzo istotną rolę. Doradca zaproponowała, bym ściągała pokarm, wpatrując się w to, jak mąż karmi synka butelką. Skorygowała też moją pozycję na bardziej pochyloną w dół i zasugerowała, by zamiast metody po 15 minut na pierś, zastosować naprzemiennie 7 minut, 5 minut, 3 minuty. I to zaowocowało, bo poleciały wreszcie pierwsze krople. Zdeterminowana ściągałam pokarm co trzy godziny przez kolejną dobę. Najpierw dostawiałam synka, potem karmiłam go butlą, usypiałam i sama siadałam do ściągania pokarmu. Bardzo pomagało mi wtedy słuchanie ulubionej muzyki (choć odtwarzacz zabrałam do szpitala bez przekonania, że go użyję) i wpatrywanie się w moje śpiące dziecko. I tak stopniowo pokarmu przybywało, a każde z trudem wypracowane kilka mililitrów podawałam synkowi strzykawką. Niestety, wciąż było go o wiele za mało, by zrezygnować z mieszanki, ale czułam, że jesteśmy na dobrej drodze. W takim momencie zostaliśmy wypisani do domu.

Karmienie w domu

Los się do nas uśmiechnął, bo w dniu naszego wyjścia ktoś oddał do wypożyczalni Medelę i wieczorem można było ją odebrać. Pomyślałam, że to dobry omen. Cieszyłam się, że będę korzystać z przetestowanego w szpitalu laktatora. I tak rozpoczęłam mój laktacyjny maraton. Co trzy godziny pobudka, najpierw próby przystawienia synka do piersi, za każdym razem kończące się z jego strony płaczem i frustracją i z mojej stresem i wyrzutami sumienia. Potem mąż karmił go butlą, a ja ściągałam pokarm. Po pierwszym dniu mojego mleka było już na tyle dużo, że mogliśmy zrezygnować z podawania mieszanki. Pozostał jednak problem z prawidłowym zassaniem piersi przez synka. I tak męczyliśmy się przez dwa kolejne dni. Po drodze zaliczyłam jeszcze nawał pokarmu: piersi jak kamienie, które myślałam, że eksplodują. Do tego moja mama na pokładzie. Bardzo mnie wspierała, ale też trochę doprowadzała do szału dietetycznym reżimem, który mi zaprowadziła, i nazywaniem laktatora  „laktacydem” (tak, tak, jak ten płyn do higieny intymnej).

W ten sposób walczyliśmy przez kolejne dni, aż niespodziewanie coś zaskoczyło i Wojtuś prawidłowo chwycił brodawkę, a potem usłyszałam cudowny dźwięk połykania płynącego z mojej piersi mleka. Pomyślałam sobie, że teraz to już będzie z górki, bo jak się raz udało, to uda się i kolejny. Ale po progresie następował regres. Każde dostawienie do piersi to był i dla mnie, i dla Wojtka stres i męczarnia. Próbowanie po kilkanaście razy. Na podorędziu zawsze mieliśmy uszykowaną przegotowaną wodę, żeby przygotować mieszankę, gdyby się nie udało. Czasem mąż przychodził z gotową butlą i właśnie wtedy, na ostatnią chwilę Wojtusiowi udawało się zassać pierś. Każde karmienie dodawało mi siły, ale jednocześnie nie raz myślałam sobie, że jeżeli to tak ma wyglądać, to za długo nie dam rady i w ogóle trochę to wszystko przereklamowane. Po kilku dniach wreszcie umówiłam się z poleconym doradcą laktacyjnym.

Konsultacja z doradcą laktacyjnym w domu

Spokojna i sympatyczna położna dotarła do nas akurat w porze karmienia. Poprosiła, bym przystawiła nieco zniecierpliwionego już synka do piersi i od razu zmodyfikowała to, jak tę pierś trzymałam. Synek chwycił brodawkę i zassał ją bez problemu. Nie mogłam uwierzyć, że to nie przypadek, więc po chwili  go odstawiłam, ale ponownie udało mu się zassać za pierwszym razem. Okazało się, że to ja źle podawałam mu pierś. Tak jakby ktoś kazał nam jeść kanapkę w poprzek. No raczej trudno się w nią wtedy wgryźć. Ryczeć mi się zachciało, gdy sobie uświadomiłam, ile to moje dziecko się namęczyło. Wojownik, jak nic. W szpitalu przystawiałam synka w ten sam sposób, więc trochę się dziwię, że żadna z położnych ani tamtejszy dorada nie zwróciły mi na to uwagi. Konsultacja w domu trwała ponad godzinę. Przećwiczyłam karmienie w różnych pozycjach, dopytałam o nurtujące mnie kwestie, na niektóre sprawy spojrzałam inaczej. Po tej wizycie odetchnęłam z ulgą, ale co najważniejsze − nabrałam pewności siebie.

Od tamtej pory nie mamy problemu z karmieniem, które stało się dla mnie przyjemnością, a nie udręką. Z powodu naszych nieefektywnych początków synek przez chwilę mało przybierał na wadze, ale w ostatnim tygodniu pięknie nadrobił, więc wszystko wygląda bardzo obiecująco. Wiem jednak, że to dopiero początki naszej mlecznej drogi, a przed nami jeszcze różne wyzwania (karmienie poza domem, dieta), choć liczę na to, że tak ciężko jak na początku już nie będzie i dociągniemy na cycu przynajmniej do pół roku.

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz