Dylematy

Mijający tydzień nie zaczął się szczęśliwie. W poniedziałek moja mama wywróciła się w swoim własnym mieszkaniu i złamała obojczyk. Bardzo mnie to przygnębiło, bo w ostatnim czasie za dużo problemów na nią spada. Tego samego dnia mieliśmy USG. Lekarz badał mnie ponad godzinę. Leżenie na plecach nie jest najwygodniejszą pozycją w zaawansowanej ciąży, ale zacisnęłam zęby i jakoś wytrzymałam, za to przez kolejne dwa dni nie byłam w stanie się wyprostować z powodu bólu w plecach. Niestety, okazało się, że synek jest dwa razy okręcony pępowiną wokół szyi. Lekarz uspokajał, że to typowe i wiele dzieci się okręca, ale jednocześnie trochę nas zestresował, mówiąc, że przy tak obciążonym wywiadzie ginekologicznym jak nasz warto by rozważyć rozwiązanie ciąży w 38 tygodniu. Nasz lekarz prowadzący ostatnio był nieugięty i upierał się przy tym, by był to skończony 39 tydzień. Tego samego dnia zadzwoniłam do niego, by zapytać, co robimy w tej sytuacji. Słysząc mój płaczliwy głos, zaproponował, bym przyjechała w czwartek do szpitala na KTG i że wówczas porozmawiamy o ewentualnej zmianie terminu. Do czwartku udało nam się trochę ochłonąć. Teściowa kolejny raz opowiedziała, jak to rodziła mojego M. 24 godziny, bo był calutki owinięty w pępowinę, podobnie jak jego siostra. Chrześniak męża również, przez co poród na skutek braku postępu zakończył się cesarskim cięciem, więc to chyba rodzinne.

W czwartek jak zwykle przeżyliśmy chwilę grozy, bo pielęgniarka nie mogła znaleźć tętna. W końcu się udało, ale potem synek słabo się ruszał. W sumie nie dziwiło mnie to, bo skoro od rana fikał, to wreszcie musiał sobie trochę odpocząć. Mój lekarz stwierdził, że zapis KTG jest dobry, ale dla naszego spokoju po pół godzinie i zjedzeniu czegoś słodkiego zalecił powtórkę. Drugi zapis wyszedł już wzorowy. Nastawiliśmy się na to, że doktor będzie nadal nalegał na termin cięcia w skończonym 39 tygodniu, ale zaproponował (nie bez pewnego ociągania) cięcie tydzień wcześniej, czyli w skończonym 38. Wytłumaczył nam, że dawniej planowe cesarki były standardowo robione dwa tygodnie wcześniej, ale z czasem zaczęto się z tego wycofywać, bo nie wszystkie dzieci okazywały się w pełni gotowe na przyjście na świat, a ten skończony 39 tydzień jest już na pewno bezpieczny. Ale też kiedyś nie było tak rozwiniętej ultrasonografii, dzięki której można by ocenić, czy dziecko jest już donoszone. Mam wrażenie, że ostateczną decyzję lekarz pozostawia nam, a nas z kolei przytłacza ciężar odpowiedzialności. Na pewno nie chcemy czekać do skończonego 39 tygodnia, ale martwię się, że wyciągając synka dwa tygodnie wcześniej, czegoś go pozbawimy. Z drugiej strony sen z powiek spędza mi strata pierwszego dziecka i to, że nie wiemy na sto procent, co się wtedy stało. Błoniasty przyczep pępowinowy to tylko domniemana przyczyna. Wizja tego, że synek mógłby być z nami tydzień wcześniej jest bardzo kusząca. Zastanawiamy się, co wiąże się z większym ryzykiem. Przytrzymanie dziecka nieco dłużej, czy pozbawienie go tych kilku dni na dojrzewanie w łonie matki. Na początku przyszłego tygodnia mamy kolejne KTG i wizytę u mojego lekarza prowadzącego, podczas której musimy już podjąć decyzję i podpisać umowę ze szpitalem.

Martwię się troszkę o tego naszego Wiercipiętka. Najgorsze są noce. Budzę się po trzy, cztery razy i sprawdzam, czy dziecko się rusza. Czasami śpi (ma prawo!), więc muszę trochę odczekać. Spaceruję wtedy po mieszkaniu, coś piję, czytam książkę i czuwam. A potem sama nie mogę zasnąć. Nie ma więc łatwo to moje dziecko. Może lepiej by mu było po drugiej stronie brzucha niż w łonie roztrzęsionej matki. Ale ogólnie moje samopoczucie nie jest takie złe. Wyobrażam sobie nasze życie we troje i cieszę się, że to już tak blisko. Dziś M. odebrał kołyskę. W weekend zarządzam więc wielkie sprzątanie, a potem wreszcie zabierzemy się za urządzanie kącika dla naszego chłopca. Same przyjemności.

Lutowy spleen

dav

Na początku tygodnia dopadła mnie okropna chandra. Atak paniki, strach, płacz, nieprzespane noce, przedrzemane dni, wszechogarniająca niemoc, brak chęci na cokolwiek. Na szczęście już przeszło. Znowu jestem na fali wznoszącej. W czwartek wysprzątałam całe mieszkanie, co zawsze działa na mnie niezwykle kojąco. Żałuję tylko, że w ciąży nie mam na to tyle siły co wcześniej i że zajmuje mi to dwa razy więcej czasu. Ale obudzić się w sobotę w wychuchanych czterech ścianach. Bezcenne.

W piątek odwiedziła mnie moja bliska koleżanka, która też jest w ciąży. Z tej okazji nasmażyłam racuchów z jabłkami i kupiłam pierwsze w tym roku tulipany. Termin ma dwa tygodnie po mnie i też oczekuje synka. Znamy się od dziecka. Moja mama zawsze powtarzała, że oczami wyobraźni to widzi nas obie z brzuchami. I przepowiedziała. Ich ciąża również wyczekana i po różnych przejściach. Co za ulga, że możemy równocześnie cieszyć się tym stanem, a nie spoglądać tęsknie na powiększający się brzuch jedna u drugiej i stronić od wszelkich spotkań. Ale tego rodzaju sytuacja ma również swoje minusy, a właściwie jeden podstawowy − porównywanie. Na początku ciąży trochę się w tym zapędziłyśmy, telefonując do siebie po kolejnych wizytach, badaniach i analizując nasze wyniki i parametry rozwojowe naszych pociech. Na szczęście w odpowiednim czasie udało się nad tym zapanować, dzięki czemu mamy na koncie kilka bardzo udanych ciężarówkowych wyjść w miasto. Obawiam się jednak, że gdy nasze chłopaki pojawią się już na świecie, to tak zupełnie nie obejdzie się bez  porównywania. Obyśmy tylko zachowały w tym umiar i nie uczyniły z naszych dzieci obiektów rywalizacji. To byłoby nie do zniesienia.

Tymczasem odliczamy z M. dni do spotkania z synkiem. Toczymy dyskusje na temat imienia, dużo mówimy do brzucha, smyramy małego po wypinającej się przez brzuch pupce i nieustannie zastanawiamy się, co też on sobie tam myśli. M. obstawia, że codziennie budzi się zaskoczony, że jego domek znowu się skurczył. Fajnie jest. Czasem tylko, przelotnie pojawia się ta myśl, że już raz byliśmy w tym miejscu, tak blisko, na wyciągnięcie ręki. I to szczęście chwycone w garść prysło wtedy jak mydlana bańka. Dlatego choć cieszę się tym stanem i staram się kontemplować te chwile, to bardzo chciałabym już być o krok dalej.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lubię tę zimę

edf

Za pierzyną śniegu, która zaścieliła chodniki i wyliniałe trawniki.

Za wspólne śniadania i powroty do łóżka tuż po nich, by poczytać, by dopić herbatę, by pomarzyć.

Za roześmiane bałwany spotykane podczas przedpołudniowych przechadzek po parku.

Za domowe ciasta zjadane bez wyrzutów sumienia.

Za szczęśliwe dzieci na sankach. Z czerwonymi nosami i policzkami, poruszające się niczym mali kosmonauci w swoich zimowych kombinezonach.

Za męża, który wreszcie z entuzjazmem chodzi ze mną na spacery, przynosi do łóżka wodę z miodem i cytryną i gada do brzucha tak, że cała topnieję.

A najbardziej za to smyranie w okolicy pępka, wiercenie się i rozpychanie. Za tę obecność we dnie i w nocy.

Lubię tę zimę. Taką śnieżną i mroźną, czasem słoneczną, a czasem pochmurną. Pierwszy raz od tylu lat bez nart i z dala od gór. Ale i tak najlepszą. I jednocześnie jak nigdy dotąd czekam na wiosnę.

cofcofsdr

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Bilans trzeciotrymestrowy

edf

Był bilans drugotrymestrowy, czas zatem napisać o odczuciach, które towarzyszą mi w trzecim trymestrze.

Poranek kilka dni temu. Świeża dostawa śniegu, korki. Jedziemy do laboratorium po wyniki moich badań.
− Wiesz, martwię się trochę, jakie będę miała wyniki, czy nie mam anemii − żalę się mężowi.
− No coś ty, na pewno nie masz anemii. Od razu widać, że zdrowa dziewucha jesteś, a nie jakaś zabiedzona. Twarz taka porządna, pucki, delikatny drugi podbródek…
− Zamknij się.
No, na męża zawsze można liczyć. Ale wyniki wyszły dobre, więc jakoś te pucki trzeba przeboleć, choć wątpię, że to ich zasługa.

Moja babcia też najczęściej wita mnie słowami: „O, mój grubasek przyjechał!”. Tłumaczę jej, że do kobiet w ciąży nie mówi się per grubasek. „A jak się mówi? No przecież Ty jesteś mój grubasek”  − z rozbrajającą szczerością stwierdza babcia. Wiem, że to z miłości i że dla babci to taka miła odmiana widzieć mnie wreszcie taką okrąglutką, bo zawsze narzeka, że jestem za chuda.

Tylko jak tu się czuć pięknie w tym błogosławionym stanie? Traktuję te sytuacje z przymrużeniem oka, ale przyznam, że na końcówce ciąży trochę spadło mi poczucie własnej atrakcyjności. Brzuch, jak to mówi moja krawcowa, że nic tylko garnki stawiać. Wprawdzie nie tyczyło się to mojego brzucha, a jej wnuczki, ale i mój nabrał podobnych kształtów i co dzień ze zgrozą stwierdzam, że kolejny sweterek, który miał posłużyć do rozwiązania, jest przykrótki. Żeby chociaż wraz z tym brzuchem i cycki urosły, a tu nic, co najwyżej pół rozmiaru. Za to doczekałam się żylaków na jednej nodze (babcia mówi, że po ciąży znikną) i pierwszych rozstępów w okolicy pępka. Na razie widać je tylko pod światło, ale wiem, że tam są i zaprezentują się w całej swej krasie tuż po porodzie.

cof

Z pierwszej ciąży moje ciało wyszło niemalże bez szwanku (nie licząc nadmiarowych kilogramów). Myślałam, że to dzięki smarowidłom, które w siebie z namaszczeniem wcierałam, ale sprawdziły się przepowiednie kosmetycznych sceptyków, że można wsmarowywać w skórę cuda niewidy, a rozstępy jak mają być, to i tak będą. Myślę, że moja skóra na brzuchu nie zdążyła odzyskać jędrności po pierwszej ciąży i stąd te „zmarszczki miłości”, jak je pięknie i pocieszająco określają niektóre kobiety. Do repertuaru ciążowych dolegliwości dołączyły w trzecim trymestrze atopowe zapalenie skóry na dłoniach (krostki, swędzenie, pieczenie), świąd skóry (brzuch swędzi jak cholera), wieczorna zgaga, poranny i nocny nieżyt nosa. Ale za to nie bolą mnie plecy i wciąż mam siłę na pieczenie ciast i sprzątanie (lubię bardzo!), a cała reszta to przecież drobiazgi, w dodatku stan przejściowy (no, może poza tymi rozstępami, których nie tak łatwo się pozbyć). Ale to tylko kropla goryczki w oceanie szczęśliwości, po którym sobie dryfuję na co dzień, choć przyznaję, że czasem nawiedzi mnie jakiś emocjonalny sztorm w postaci chandry. Na szczęście szybko mija, zwłaszcza gdy widzę (i czuję, oj, czuję :) ) Wiercipiętka uprawiającego gimnastykę w moim brzuchu. Jak tu nie kochać tego brzucha? Choćby i z tymi rozstępami i swędzącą skórą. Za to z jakim wyjątkowym, wyczekanym i wytęsknionym chłopcem na pokładzie. (Ale jak macie jakieś sprawdzone sposoby na rozstępy, to chętnie poczytam).

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Refleksje powizytowe

Obudziłam się za wcześnie, prawie dwie godziny przed budzikiem. Tak jest zawsze, gdy czeka mnie dzień po brzegi wypełniony obowiązkami. W mojej uporządkowanej, obecnie już dość leniwej ciążowej egzystencji takie dni nie zdarzają często, więc organizm od razu reaguje nadmiernym podekscytowaniem. A na tamten czwartek upchnęłam wszystkie zaległe i niecierpiące zwłoki sprawy. Ale najważniejszym punktem programu było kolejne USG.

Tym razem lekarz nie miał problemu ze zlokalizowaniem przyczepu pępowiny. Usłyszeliśmy: „Przyczep wydaje się być prawidłowy”. Potem powtórzył to jeszcze raz. Ulga, chociaż słowo „wydaje się” budzi w nas oczywisty niedosyt. Ale nie liczyłam na to, że ktoś da nam stuprocentową gwarancję. Materia zbyt delikatna i niepewna. Mimo to czuję się zdecydowanie spokojniejsza. Doktor obejrzał też dokładnie naszego malucha, który waży już ponad 1,5 kilograma, ale raczej nie zapowiada się na dużego osobnika. Na ostatnich badaniach jakoś tak wyszło, że nie widzieliśmy jego twarzyczki, więc gdy tym razem lekarzowi udało się ją uchwycić i zobaczyłam na ekranie naszego pyzolka z rozdziawioną buźką, o wzruszenie nie było trudno. Pierwsza myśl − jest taki podobny do braciszka.

Synek ułożył się już główką do dołu. Lekarz zdziwił się, gdy powiedziałam, że i tak planujemy cesarskie cięcie. Im bliżej rozwiązania, tym częściej spotykam się z taką reakcją. Myślałam, że mam to przepracowane, bo decyzję o cesarskim cięciu podjęłam jeszcze zanim zaszłam w tę drugą ciążę, a jednak powtarzające się ostatnio o to pytania wprawiły mnie w lekkie rozchwianie i musiałam ponownie zmierzyć się z tym tematem. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie jednak innego rozwiązania. To byłoby dla mnie psychicznie nie do przejścia. Do porodu siłami natury trzeba determinacji i przekonania. I wtedy może to być niesamowite, dające poczucie niebywałej siły doświadczenie, jeśli oczywiście po drodze nie przydarzą się komplikacje, na które nie mamy wpływu. Tak naprawdę to ja się trochę boję tej cesarki, bo nie wiem, co mnie w związku z nią czeka. Poród naturalny (wielogodzinny, bez znieczulenia) już przeżyłam. Znam ten ból, wiem, że mogłabym mu sprostać, ale przeraża mnie nieprzewidywalność. A może byłoby tak, że umęczyłabym się, dała z siebie wszystko, a na koniec lekarze i tak w biegu musieliby mnie ciąć. To ja już podziękuję i poproszę na spokojnie i bez pośpiechu. Przykro mi, synu, że pozbawię Cię tych dobroczynnych bakterii, które skolonizowałbyś podczas przechodzenia przez kanał rodny, zyskując tym samym odporność na całe życie. Ostatnio przeczytałam też, że przychodząc na świat przez cesarskie cięcie, będziesz bardziej narażony na otyłość. Przykro mi, jednak musisz mi zaufać, a ja wiem, że tak będzie dla nas najlepiej. Nie aspiruję do roli Matki Polki, ale obiecuję, że dla Ciebie będę najlepszą wersją siebie.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

O błoniastym przyczepie pępowiny

Pierwszy raz usłyszeliśmy o tym po sekcji zwłok naszego synka. Mąż pojechał odebrać wyniki badania patomorfologicznego, na które zdecydowaliśmy się, by dowiedzieć się, co mogło być przyczyną śmierci naszego dziecka i ewentualnie ustrzec się przed tym w przyszłości. W szpitalu powiedziano nam, że pani doktor, która będzie przeprowadzać to badanie, jest specjalistką w tej dziedzinie i jeśli coś było nie tak, to na pewno to znajdzie. No i znalazła: nieprawidłowy, błoniasty przyczep pępowiny. Możliwa przyczyna zgonu: rozerwanie mniejszego naczynia z krwawieniem do jamy owodni. Wytłumaczono nam to w ten sposób, że pępowina w jednym miejscu nie była wystarczająco chroniona i jedno z naczyń zostało naderwane. Dodatkowo przyczep nie był umiejscowiony centralnie, tylko nieco z boku. Patomorfolog powiedziała, że nie miałam szans tego wyczuć, wszystko trwało kilka sekund.

Mój obecny lekarz prowadzący zasugerował, że to nie musiała być bezpośrednia przyczyna, a jedynie pośrednia, do której doprowadziło coś innego. Ale nic innego nie udało się wskazać. Dziecko było zdrowe, wykonane dzień wcześniej badanie KTG wyszło bardzo dobrze, ja też zostałam określona jako pacjentka bez obciążeń. To był 40 tydzień ciąży, kolejnego dnia miałam dostać skierowanie do szpitala. Myśl, że mógł być jakiś inny, niewykryty powód, nie jest dla mnie w żaden sposób pocieszająca. Łatwiej stawić czoło temu, co znane.

Po wynikach sekcji zaczęliśmy przeszukiwać internet w poszukiwaniu informacji na temat błoniastego przyczepu pępowiny. Zastanawialiśmy się, czy nasz ówczesny ginekolog czegoś nie przeoczył, czy może my mogliśmy jakoś temu zapobiec. Mąż skonsultował się z kilkoma innymi lekarzami. Dowiedzieliśmy się, że nie sprawdza się tego w standardowych badaniach, że tego typu błoniasty przyczep zdarza się w przypadku kilkunastu procent ciąż, co najczęściej okazuje się już na sali porodowej po narodzinach dziecka. Ponadto błoniasty przyczep pępowinowy pojawia się częściej przy ciążach mnogich. Mimo występowania tego rodzaju patologii można urodzić dziecko naturalnie bez żadnych powikłań, ale bezpieczniejsze w tej sytuacji jest wykonanie cesarskiego cięcia.

Kilka dni temu byliśmy na USG, które wypadło na przełomie 29/30 tygodnia ciąży. Podczas tego badania miał zostać sprawdzony między innymi przyczep pępowiny. Niestety, nie udało się go uwidocznić. Synek wiercił się i zasłaniał swoim ciałkiem łożysko, które w obecnej ciąży mam umiejscowione na tylnej ścianie. Wszystko inne z punktu widzenia medycznego nie wzbudziło u lekarza żadnych zastrzeżeń, mimo to cały dzień zajęło mi dojście do siebie po tym badaniu. Zaczęłam się zastanawiać, co właściwie chciałabym od niego usłyszeć. Na pewno odetchnęłabym z ulgą, gdyby się okazało, że tym razem przyczep jest prawidłowy, ale po sugestii mojego ginekologa, że przyczyna śmierci mogła tkwić gdzieś indziej, pewnie i tak nie poczułabym się zupełnie spokojna. Gdybym z kolei usłyszała, że przyczep jest nieprawidłowy, to do końca ciąży miałabym wrażenie, że siedzę na bombie, która w każdej chwili może wybuchnąć, ale w tej sytuacji być może lekarz zdecydowałby się wykonać cesarskie cięcie nieco wcześniej niż jest to standardowo przyjęte.

Zdecydowaliśmy się pójść na jeszcze jedno USG do innego specjalisty. Raczej nastawiam się na to, że i tym razem nie uda się uwidocznić przyczepu. Mam poczucie, że lekarze nie przywiązują do tego wagi i to przede wszystkim my zabiegamy o dodatkowe badania, by to sprawdzić. Odnoszę też wrażenie, że nie za dużo na ten temat wiadomo. Od jednego z lekarzy usłyszeliśmy, że możemy to zbadać w 25/26 tygodniu ciąży, od drugiego, że najwcześniej po 28 tygodniu, co potwierdził też mój ginekolog, ale myślę, że po porostu przychylił się do opinii specjalisty, którego bardziej ceni. Ponoć występowanie takiego przyczepu nie jest uwarunkowane genetycznie.

Czekamy zatem na kolejne USG, a ja kurczowo trzymam się myśli, że tym razem wszystko będzie dobrze. Naprawdę całą sobą w to wierzę, ale nie pogniewałabym się, gdyby ktoś przewinął ten piękny, ciążowy film i była już połowa marca, a obok mnie smacznie spał nasz synek.

Trzeciotrymestrowe strachy

Nie ma łatwo ze mną to moje dziecię. Chciałabym, żeby ciągle fikało, kopało, wierciło się, a przecież i jemu może się zdarzyć leniwy dzień. Wtedy matka wpada w panikę. Objada się słodyczami, kładzie na lewym boku i w napięciu czeka na ruchy, a potem odlicza do dziesięciu. Jest dziesięć. Uff. Zaliczone. Ale jakieś takie słabe, wczoraj były mocniejsze. Może coś mu nie pasuje, może się pozakręcał w pępowinę, może coś z moim ciśnieniem nie tak… I już przypomina mi się tamta noc. I zanoszę się płaczem, bo wiem, że drugi raz bym tego nie przeżyła. Do mamy nie zadzwonię. Ani do babci. Nie chcę ich martwić. Może do męża? Ale jest w pracy, nie będzie za bardzo jak porozmawiać. Jeszcze nikomu nie powiedział o tym, że jestem w ciąży. Ale właściwie po co do niego dzwonić? Przecież policzyłam ruchy. Jest dobrze. Idę na spacer.

Taki ciężki dzień, wypełniony obawami i stresem, z którymi nie byłam w stanie sobie poradzić, zdarzył mi się przed świętami, niedługo po tym, jak na ciążowym zegarze wybił trzeci trymestr. Od tamtej pory nie powtórzył się podobny kryzys, ale wiem, że przede mną najtrudniejsze emocjonalnie tygodnie. Potwornie boję się samej końcówki. Najchętniej przespałabym ten czas i obudziła się tuż po cesarskim cięciu z synkiem w ramionach.

Wczoraj byliśmy na wizycie u mojego lekarza prowadzącego. I ze mną i z naszym chłopczykiem wszystko w porządku. Szkoda tylko, że szpital, w którym pracuje mój lekarz, nie ma obecnie kontraktu z NFZ. Zastanawiamy się, czy nie wykonać tam cesarki komercyjnie. Koszt: 5500 zł. Mamy jeszcze trochę czasu, by zdecydować. Doktor zasugerował, bym na wszelki wypadek postarała się o zaświadczenie od psychiatry ze wskazaniem do porodu przez cesarskie cięcie. Myślę, że w mojej sytuacji nie będzie z tym problemu, a i nasz „rodzinny” psychiatra pewnie ucieszy się, gdy go odwiedzę z takim dużym brzuchem. Martwi mnie tylko ewentualny termin wykonania planowego cięcia − 39 tydzień ciąży. Nie wiem, czy psychicznie dam radę wytrwać do tego czasu. Z drugiej strony nie chcę synka wyciągać za wcześnie, gdy nie będzie jeszcze na to gotowy. Myślałam o 38 tygodniu, ale nie wszystko ode mnie zależy. Na razie jedyne, co mogę zrobić, to uzbroić się w cierpliwość i ze wszystkich sił starać się zachować spokój. Powoli uczę się funkcjonować w tej trzeciotrymestrowej rzeczywistości.

W nowy rok wkraczam pełna nadziei, że będzie dobrze. Nie zamierzamy  witać go z pompą, a w domowych pieleszach, oglądając filmy, zajadając się różnymi smakowitościami i zachwycając się moim podskakującym brzuchem, a właściwie maleństwem, które w nim bryka. Najlepiej.

bycie-w-ciazyŹródło

Zapisz

Zapisz

Czas oczekiwania

W tym roku adwentowy czas oczekiwania wyjątkowo współgra z moimi odczuciami. Czekam. Czekam z niecierpliwością na naszego synka. Nieustannie wybiegam myślami w przyszłość. Rozmarzam się, wyobrażam sobie, snuję wizje życia we troje. Ale takie poganianie teraźniejszości grozi tym, że przeoczę to, co ważne tu i teraz, pogubię gdzieś w otchłani te wszystkie wyjątkowe, jedyne i niepowtarzalne momenty. Staram się więc ćwiczyć w treningu uważności. W koncentrowaniu się na bieżącej chwili, a nie tkwieniu myślami w przeszłości czy w przyszłości. I paradoksalnie, gdy próbuję spowolnić moją codzienność, ta zaczyna nagle przyspieszać.  Dni niepostrzeżenie mijają jeden za drugim, a ja odhaczam w kalendarzu kolejne czwartki, z których każdy oznacza początek nowego tygodnia ciąży i zbliża mnie do spotkania z synkiem.

A synek rośnie i nabiera sił, co odczuwam wraz z kolejnymi, coraz to mocniejszymi kopniakami. Ostatnie badanie USG potwierdziło, że nasz chłopczyk ma się bardzo dobrze i waży już nieco ponad 700 gramów. Zdaje się, że nie lubi być podglądany. W trakcie badania wymierzył takiego kopniaka w głowicę USG, że lekarz postraszył nas, iż doliczy nam do rachunku za ewentualne uszkodzenia :) Obawiam się, że w moim brzuchu zadomowił się całkiem charakterny osobnik.

Powoli zbliżam się do końca drugiego trymestru. Czuję się bardzo dobrze. Nie mam cukrzycy ciążowej ani anemii, ale poziom hemoglobiny znajduje się w dolnej granicy, dlatego profilaktycznie zaczęłam zażywać żelazo. W poniedziałek czeka mnie też wizyta u chirurga naczyniowego. Na jednej nodze bardzo uwypukliły mi się żyły. Początkowo myślałam, że to na skutek przeciążenia i że samo zniknie, zwłaszcza że ani mama, ani babcia nie mają żylaków, ale tak się nie stało. W dodatku noga w tym miejscu zaczęła mnie pobolewać, czuję coś w rodzaju ciągnięcia lub kłucia, dlatego nie obejdzie się bez wizyty u specjalisty. Martwię się trochę, bo największe dźwiganie dopiero przede mną. Na razie przytyłam dopiero 4 kilogramy, od zawsze śpię na lewym boku, więc i w ciąży nie mam z tym problemów, wieczorami zawsze nogi trzymam w górze. Nie wiem, jaka może być przyczyna powstania tych żylaków, ale mam nadzieję, że uda się coś na to zaradzić nieinwazyjnymi sposobami. Niewykluczone, że będę musiała zacząć przyjmować  zastrzyki Clexane, które dobrze pamiętam z okresu połogu. Wszystko wyjaśni się w najbliższych dniach, a tymczasem czeka mnie w związku z tym leniwy i ubogi w spacery weekend.

Ostatnie dni upływają mi pod znakiem wizyt u lekarzy: ginekologów, ortodontki, dentystki, endokrynologa. Chcę jak najszybciej to wszystko odhaczyć, by móc na spokojnie zająć się przygotowaniami do świąt. Mieszkanie już wysprzątane, jeszcze tylko przystroję je w zimowe dekoracje i mogę zaszyć się w kuchni. A pierwsza dekoracja wyznaczająca nam dni do świąt już zawisła. To kalendarz adwentowy. Od paru lat przymierzałam się do jego wykonania, ale co roku stawało coś na przeszkodzie. Tym razem zawzięłam się i jest. To taka wprawka, bo tak naprawdę nie mogę się doczekać, aż nasz kalendarz będzie się składał głównie z dziecięcych upominków, po które będą sięgać małe rączki. Tym razem znalazły się w nim drewniane ozdoby na choinkę, czekoladowe mikołajki i w każdym pudełeczku parę miłych słów na dobry początek dnia lub ważne dla mnie albo też nieco zabawne cytaty.

Ten grudzień będzie wyjątkowy.

SONY DSC

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Bilans drugotrymestrowy

SONY DSC

Małymi kroczkami zbliżam się do końca drugiego trymestru. Ale spokojnie, przed nami jeszcze prawie cały listopad. Może to z powodu zmiany aury na bardziej zimową zrodziła się we mnie potrzeba podsumowania ostatnich tygodni. Wydarzyło się w nich wiele dobrego i właśnie to dobre chciałabym docenić i zatrzymać. Pamiętam, że w sierpniu (tutaj) narzekałam na doskwierające mi rozleniwienie i niemoc. Snułam różne plany z cichą nadzieją, że gdy napiszę o nich na blogu, to prędzej zmobilizuję się do ich realizacji. Czekałam tylko na przypływ sił, a gdy te wreszcie nadeszły, rzuciłam się w wir rozmaitych aktywności. Teraz, gdy oglądam się za siebie, muszę przyznać, że jestem zadowolona z tych kilku jesiennych tygodni. To był dobrze wykorzystany czas. Na wizyty w kinie i w muzeach, na dużo spacerów, na bliższe i dalsze wycieczki, na spotkania towarzyskie i pyszne desery (jak choćby tarta chałwowa z konfiturą i musem czekoladowym, której smak chodzi za mną, od kiedy tylko jej skosztowałam). Bardzo się cieszę, że zmobilizowałam się do nauki języków obcych. Angielskiego uczę się  w domu za pomocą internetowego kursu; niemieckiego podczas prywatnych lekcji, na które uczęszczam od niedawna raz w tygodniu. Niemiecki znam dość dobrze, przez pół roku studiowałam w Monachium i wspominam ten czas z dużym rozrzewnieniem jako wspaniałą przygodę. Niestety, po powrocie z Niemiec nie miałam okazji wykorzystywać znajomości tego języka ani w pracy, ani w codziennym życiu. No, może wyłączając pewien epizod, kiedy to coś mnie podkusiło, by wygłosić podczas jednej z naukowych konferencji referat w języku niemieckim. Na szczęście grono w sekcji międzynarodowej było bardzo kameralne i poza przewodniczącą obrad, która okazała się niezwykle wyrozumiała, nikt nie znał języka niemieckiego. Nie ma to jak utrudnić sobie życie. Obecnie moja zawodowa sytuacja jest nieco pogmatwana. Po odchowaniu synka będę musiała poszukać sobie pracy, dlatego to dobry moment, by trochę zainwestować w siebie, zwłaszcza że chciałabym zboczyć nieco z mojej dotychczasowej drogi zawodowej.

Zapowiadałam, że w listopadzie zwolnię tempo i zaszyję się w domowych pieleszach, ale nie czuję jeszcze takiej potrzeby. Niemniej staram się wsłuchiwać uważnie w swój organizm i nie robić nic wbrew niemu. Doceniam ten błogi, nieśpieszny czas. Dryfowanie z dnia na dzień. Bez porannego zabiegania, bez wieczornego stresu.  Czas na celebrowanie życia we wszystkich jego odsłonach. I tylko jedno marzenie. By w spokoju dopłynąć do celu, nie obijając się po drodze o żadne przeszkody.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Chłopiec na pokładzie!

SONY DSC

To już pewne. Wiercipiętek, który mieszka w moim brzuchu, jest chłopcem. Po raz drugi będziemy mieć synka! Troszkę to przeczuwałam, ale nie tak mocno jak w pierwszej ciąży. Po mojej głowie krążyły również myśli o dziewczynce, jednak gdy budziłam się nad ranem i nie mogąc zasnąć, wyobrażałam sobie nasze dziecko, na przykład jak przybiega do sypialni i wskakuje do łóżka między mnie i męża, to zawsze był to chłopiec. Nie obyło się bez uronienia kilku łez, gdy lekarz potwierdził podczas USG połówkowego, że to syn. Najważniejsze jednak, że nasz chłopczyk jest zdrowy. Rośnie symetrycznie (termin porodu z USG pokrywa się z terminem miesiączki), ma na miejscu wszystkie narządy oraz cudnie i miarowo bijące serduszko.

USG połówkowe wykonaliśmy u dwóch lekarzy: Pana Krnąbrnego, ale Szybkiego (w 19 tygodniu ciąży) i Pana Milczącego, ale Dokładnego (w 20 tygodniu ciąży). Mój nowy lekarz prowadzący potwierdził, że to bardzo dobrzy specjaliści. Polecił nam też dwóch genialnych lekarzy, ale do żadnego z nich nie udało mi się zapisać z trzytygodniowym wyprzedzeniem. Pierwsze wolne terminy mieli na połowę listopada. Zdecydowaliśmy zatem, że pójdziemy do tych samych dwóch specjalistów, u których wykonywaliśmy badania genetyczne. Obaj potwierdzili, że synek rozwija się prawidłowo. Pierwszy lekarz przeprowadził badanie bardzo sprawnie, żeby nie powiedzieć pośpiesznie. W naszym odczuciu trochę za pośpiesznie. Gdy zapytaliśmy go o błoniasty przyczep pępowiny, zalecił wykonanie dodatkowego USG około 26 tygodnia ciąży. Wstępnie podjęliśmy jednak decyzję, że pójdziemy do kogoś innego. Może do jednego z tych genialnych specjalistów.

Drugi lekarz badał naszego malucha bardzo dokładnie. Tym razem więcej mówił, pokazywał, angażował nas w liczenie paluszków itd. Wyszliśmy z poczuciem, że badanie zostało przeprowadzone bardzo rzetelnie. Odnośnie przyczepu pępowinowego podtrzymał to, co powiedział podczas USG genetycznego, że należy to zbadać po 28 tygodniu ciąży. Pojawiła się też pewna rozbieżność odnośnie usytuowania łożyska. W trakcie USG genetycznego obaj lekarze stwierdzili, że jest ono położone na ścianie tylnej. Tym razem Pan Krnąbrny podyktował asystentce, że łożysko jest w dnie i na ścianie przedniej. Doktor Dokładny stwierdził natomiast, że jest ono na ścianie tylnej i mocno się trzyma. Może ja tu czegoś nie rozumiem, ale to chyba nie to samo?  Mam nadzieję, że wątpliwości rozwieje mój lekarz prowadzący, u którego wizytę mam na początku listopada. Nie jest to jednak sprawa, która spędzałaby mi sen z powiek.

W drugim trymestrze poczułam osławiony przypływ sił. Dzięki temu udało mi się zrealizować wiele planów, z czego bardzo się cieszę, bo mam poczucie, że wykorzystałam ten czas produktywnie. Teraz postanowiłam jednak nieco przystopować, więcej rzeczy odpuszczać i celebrować te wyjątkowe chwile bez pośpiechu. Codziennie czuję ruchy synka, zwłaszcza rano i wieczorem, ale i w ciągu dnia, gdy się na moment położę, dziecko daje o sobie znać. Dzięki tym ruchom ciąża nie wydaje się już taka abstrakcyjna i nierealna. To jest obecnie moja największa życiowa przyjemność. Gdy budzę się rano i po chwili czuję, że maluszek też się wierci. Szturcham wtedy męża, żeby czym prędzej przyłożył dłoń do brzucha. Ten rytuał odbywamy również wieczorem. Nie da się tym nie zachwycać. To po prostu magia.