Nadaję z łóżka, czyli chwilowy spadek formy

Miałam zamiar opublikować dzisiaj wpis o tym, jak dbam o naszą odporność w tym roku, ale gdy wczoraj nad nim pracowałam, to poczułam, że dopada mnie przeziębienie. Dziś nadaję zatem z łóżka, popijając wodę z miodem, cytryną i imbirem na przemian z wodą z sokiem malinowym. Mam nadzieję, że to jednodniowy epizod, a potem z czystym sumieniem będę mogła napisać Wam o moich sprawdzonych sposobach na wzmocnienie organizmu przed sezonem na infekcje.

Ostatnie dni spędziłam całkiem aktywnie, na fali absolutnie wznoszącej, jeśli idzie o poczucie szczęścia. Niestety, gdy próbuję sobie przypomnieć, co twórczego zrobiłam, to nie przychodzi mi za wiele do głowy, poza wyjściem do muzeum z ciężarną koleżanką, które zwieńczyłyśmy zjedzeniem pysznej pizzy. Wczoraj z kolei wybrałyśmy się z Be na poranne ćwiczenia. Nie są one wprawdzie dedykowane kobietom w ciąży, ale nie ma przeciwwskazań, by w nich uczestniczyły, a swego czasu nawet prowadziła je dziewczyna spodziewająca się dziecka. Po ćwiczeniach zamiast wrócić grzecznie do domu, to zajrzałam jeszcze do ciucholandu, gdzie wpadł mi w ręce sweterek Next z jakiejś prehistorycznej, młodzieżowej kolekcji. Za to krój na rosnący brzuszek idealny. Następnie wstąpiłam do modnej kwiaciarni, gdzie dorwałam gałązkę eukaliptusa, na którą polowałam od dawna. Po drodze odwiedziłam jeszcze dwa sklepy obuwnicze, zrobiłam sobie przerwę na zupę w wegetariańskiej knajpce i tak dotarłam do domu po kilku godzinach, dość wycieńczona. Po przespaniu popołudnia obudziłam się z bólem głowy, lekkim katarem i… pobolewaniem po lewej stronie w dole brzucha. Zestresowałam się i cały wieczór wyrzucałam sobie, że zachciało mi się jakichś ćwiczeń i eskapad po mieście. Na szczęście dziś po bólu nie ma śladu, więc równie dobrze mogła to być kolka jelitowa. Niemniej z ćwiczeń raczej zrezygnuję, bo moja głowa wyraźnie sobie z tym nie radzi.

W przyszłym tygodniu czeka nas wizyta u nowego lekarza. Zaczynam to chyba trochę przeżywać, bo dziś śniło mi się, że byłam u ginekologa. To był ginekolog, do którego trafiłam kiedyś w ramach pakietu medycznego i więcej nie zamierzam. W moim śnie jego gabinet był obskurny, brudny, z jakimiś dywanami na podłodze i krzątającymi się sprzątaczkami. W końcu i ja chwyciłam za odkurzacz, ale wcale nie ciągnął. A lekarz wściekał się, że mu przeszkadzamy. Już miałam wychodzić, gdy uświadomiłam sobie, że on mnie w ogóle nie zbadał. Gdy mu o tym przypomniałam, stwierdził, że tak często nie trzeba badać. I nagle pojawił się mój nowy ginekolog i go poparł! Ale ja nie dałam się zbyć. Powiedziałam, że nie po to przychodzę, żeby sobie na nich popatrzeć, tylko chcę zobaczyć moje dziecko. I wtedy sen się urwał. Pamiętam wszystko, bo zaraz po przebudzeniu opowiedziałam mężowi. Uznał to za dobry omen, że tak odważnie walczyłam w tym śnie o swoje. W rzeczywistości bywa z tym różnie i w wielu sytuacjach nie potrafię wykazać się taką hardością, jaką bym chciała. Cóż, przynajmniej we śnie nie jestem szarą myszką. Mam tylko nadzieję, że podczas prawdziwej wizyty jednak nie będę musiała wykłócać się u nowego lekarza o to, by mnie zbadał.

Zapisz

Zapisz

USG genetyczne nr 2 i ostatnia wizyta u doktora G.

Drugie USG genetyczne okazało się dla mnie bardziej stresujące niż pierwsze. Na szczęście nie ze względu na wyniki, które wyszły prawidłowo i zbieżnie z tymi z pierwszego USG, ale z powodu sposobu jego przeprowadzenia. Lekarz początkowo nic nie mówił, coś postękiwał, wzdychał, wiercił się, a mnie zalała fala stresu. Dobrze, że mąż był obok. Mocno trzymał za rękę i uspokajał, że wszystko jest w porządku, tylko maluch się wierci. To samo powiedział lekarz, widząc, jak się denerwuję. W tamtej chwili uświadomiłam sobie jednak, jak wiele jest we mnie nagromadzonego strachu. Wystarczy tylko uchylić wieczko, a tłamszony lęk wylewa się  strumieniami.

Badanie trwało długo, lekarz był dokładny, cierpliwie czekał, aż dziecko odpowiednio się ułoży. Zaznaczył, że to ważne, by uchwycić poszczególne wymiary, gdy dziecko jest w konkretnej pozycji. Na koniec dał nam do zrozumienia, że do pełnej diagnozy zaleca wykonanie testu Papp-a. Nie mieliśmy czasu na zastanawianie się. To był ostatni dzień na pobranie krwi do testu, więc z mieszanymi uczuciami zgodziłam się na badanie. W sobotę otrzymałam e-mail z wynikami i pełną opinią. Testy wyszły dobrze. Podczas wizyty podpytaliśmy też nieśmiało o płeć. Gdy doktor próbował coś wypatrzeć, to maluch ostentacyjnie zakrył sobie obiema rączkami przyrodzenie, co wyglądało komicznie i bardzo nas rozbawiło. Ale po kilku chwilach lekarz stwierdził, że stawia na chłopca :) Poruszyliśmy też kwestię błoniastego przyczepu pępowinowego. Dowiedzieliśmy się, że trzeba na to zwrócić uwagę na późniejszym etapie, najwcześniej około 28 tygodnia ciąży.

W środę byłam ostatni raz na wizycie u doktora G. Jak zawsze zbadał szyjkę, macicę, brzuch, zapytał o samopoczucie, odpowiedział wyczerpująco na wszystkie moje pytania, zrobił USG, podczas którego pooglądaliśmy sobie malucha, zmierzył ciśnienie, zważył. Tak wyglądają dla mnie idealne wizyty w ciąży. Od teraz będzie mnie prowadził jego przyjaciel, doktor S. Mam nadzieję, że zajmie się nami równie troskliwie. Doktor G. zapewnił mnie przy pożegnaniu, że jest z nim w stałym kontakcie i będzie się dowiadywał od niego, jak się miewamy. No i jak tu nie lubić takiego lekarza. Dodam jeszcze, że za niektóre wizyty, odbywające się w krótkim odstępie czasu, nie musiałam płacić.

A co poza tym? Brzuszek rośnie i się zaokrągla, ale kilogramów nie przybywa. Na razie nie mam ani jednego na plusie. Mój entuzjazm jednak nieco opadł, gdy sprawdziłam, jak to było w poprzedniej ciąży. Pierwszy trymestr również kończyłam bez przyrostu wagi, a nieszczęsne 20 kilogramów zgromadziłam w drugim i trzecim trymestrze, zamieniając rozmiar 36 na niemalże 40. Czasami w ciąży się tyje, mimo przestrzegania zdrowej i lekkostrawnej diety. Ale u mnie dodatkowe kilogramy nie wzięły się z powietrza. Miałam wilczy apetyt i ogromne zapotrzebowanie na słodycze, a także doskonałą wymówkę, by sobie ich nie odmawiać. Tym razem nie zamierzam sobie tak folgować. Mogę też chodzić na zajęcia sportowe dla kobiet w ciąży. Ogromnie brakuje mi ruchu, zwłaszcza jazdy na rowerze, biegania, a spacery zupełnie tego nie rekompensują. W moim przypadku rower nie wchodzi jednak w grę, ale nawet gdyby lekarz zezwolił mi na jazdę na nim, to nie czułabym się pewnie. Czytam o tym, że w krajach skandynawskich kobiety jeżdżą na rowerach niemal do ostatnich dni przed rozwiązaniem. U nas lekarze podchodzą do tego dużo sceptyczniej, zwłaszcza gdy ma się za sobą niepowodzenia ciążowe, tak jak ja. Ale nie narzekam. Czas szybko zleci, a potem będę śmigać z maluchem :) Moją bolączką są wypadające włosy. Lekarz stwierdził, że to normalne i on się tym nie martwi. Ponad miesiąc temu badania wyszły mi wzorowo, teraz mam powtórzyć morfologię i mocz.

Wraz z wkroczeniem w drugi trymestr, określany mianem miesiąca miodowego, poczułam przypływ sił i chęci do działania. Powrócił apetyt, znowu czerpię przyjemność z gotowania, jestem aktywniejsza niż w początkach ciąży. Wiem, że dobre samopoczucie to też zasługa jesieni, którą niezmiernie lubię.

Biorę się za siebie

Bieg na przełaj, Wawrzyniec ChorembalskiBieg na przełaj
Wawrzyniec Chorembalski

Ostatni miesiąc mojego życia był dość wariacki. Z wyjazdu w góry wróciłam chora, potem myślałam, że jestem w ciąży, po czym okazało się, że w ciąży jednak nie jestem. Co chwilę trzeba było odnajdować się w nowej sytuacji i odzyskiwać emocjonalną równowagę. Wszystko to sprawiło, że nie zaprzątałam sobie głowy zdrowym odżywianiem czy dbaniem o formę fizyczną. Przeciwnie, ostatnie dni upłynęły mi pod znakiem leżenia na kanapie przed telewizorem i objadania się słodyczami, na które apetyt podsycały czarne ludziki* panoszące się w mojej głowie i utwierdzające mnie w przekonaniu, że coś od życia mi się należy, a już na pewno czekolada i lody. W weekend powiedziałam sobie: DOŚĆ. Trzeba się za siebie wziąć.

Tydzień rozpoczęłam zatem z ambitnym postanowieniem powrotu do zdrowego stylu życia (przynajmniej takiego na miarę moich możliwości). W sobotę pofatygowałam się na ekotarg organizowany w naszym mieście przez jedną z restauracji. Szłam tam z konkretnym planem zakupienia nienafaszerowanego antybiotykami drobiu i ewentualnie jakichś warzyw i owoców. Za połówkę kurczaka zapłaciłam jak za złoto, truskawki sto procent droższe niż na zwykłym bazarku (i trzeba przyznać, że lepsze, choć nie umywają się do tych od teściowej), o cenę szparagów to już nawet nie pytałam. Wyjątkowo skusiłam się na tego kurczaka i truskawki, ale chyba będę musiała poszukać innych, równie zdrowych źródeł zaopatrzenia naszej lodówki.

Po prawie miesięcznej przerwie wróciłam do biegania. Przeczytałam gdzieś, że na czczo lepiej spala się tkankę tłuszczową, zwłaszcza z okolic brzucha. W poniedziałek z rana ruszyłam więc do boju. Oj, ciężko mi szło to bieganie. Bagaż nagromadzonych w ostatnich tygodniach stresów trochę ważył, ale część tego „dobrodziejstwa” udało się wypocić, więc następnym razem (czyli jutro) powinno być już lżej. Z piwnicy wygrzebałam też moją damkę, z którą zdążyłam się już czule pożegnać na co najmniej rok. Wszędzie staram się na niej teraz jeździć, nie zraża mnie nawet deszcz, chyba że przechodzi w ulewę, ale na wszelki wypadek wożę ze sobą płaszcz przeciwdeszczowy.

We wtorek przyjaciółka wyciągnęła mnie na ćwiczenia, które mają za zadanie „usuwać blokady energetyczne i  stymulować mięśnie środka”. Wparowałyśmy spóźnione na salę. Patrzę, a instruktorka ma wyraźnie zaokrąglony brzuszek, jednoznacznie wskazujący na ciążę. Po chwili lokalizuję kolejną ciężarną. Jasna cholera, myślę, pomyliłyśmy grupy i jesteśmy na zajęciach dla kobiet w stanie błogosławionym. Ale jednak dobrze trafiłyśmy. Pozostałe dziewczyny nie przypominały ciężarnych. Trochę nie mogłam się skupić na ćwiczeniach, bo trudno mi było uwierzyć, że można być tak giętkim i elastycznym z takim brzuchem i dzidziolkiem w środku jak prowadząca.

Poza tym wróciłam do codziennego rytuału picia mięty zielonej (nie mylić z pieprzową). Zioło to podobno obniża poziom testosteronu, a ja mam go w górnych granicach, przynajmniej tak było jakieś dwa lata temu, gdy badałam jego poziom. Co drugi dzień przyrządzam też siemiankę, która z sezonowymi owocami smakuje bardzo przyzwoicie. Siemię lniane dorzucam zresztą do wszystkiego, co popadnie, nawet do kotletów mielonych, bo widziałam, że tak robi Karol Okrasa. Z domowych ciast i lodów tak całkiem nie rezygnuję, w końcu muszę mieć co spalać, ale kupnym słodyczom mówię głośne „nie”.

Po emocjonalnej huśtawce ostatnich dni wracam zatem na zdrowe tory i włączam tryb control. Skoro na niektóre sprawy nie mam wpływu (w każdym razie nie w takim stopniu, w jakim bym chciała), to  przynajmniej postaram się zmienić to, co mogę. Nie zawsze przychodzi mi to łatwo. Czasami chęć zakopania się w odmętach pościeli na cały dzień jest tak kusząca, że trudno się jej oprzeć, ale walczę.

* Taki pan, co uczył mnie dawno temu grać na gitarze, a potem został psychologiem, powiedział, że mam w głowie za dużo czarnych ludzików. Nieraz z nimi walczę, a nieraz im odpuszczam.

 

Zapisz