Jak oni pracują Agaty Napiórskiej

Zawsze fascynowało mnie życie codzienne pisarzy. Ile czasu potrzebują na napisanie książki. Ile godzin dziennie temu poświęcają. I w ogóle czy zasiadają do pisania każdego dnia, czy też czekają na przypływ weny. Jak wygląda ich miejsce pracy. Czy mają jakieś nawyki związane z pisaniem, rytuały, natręctwa… Co jedzą w trakcie pracy nad książką. Słowem − dzień z życia pisarza. Agata Napiórska pokusiła się o wypytanie wybranych polskich twórców o wspomniane wyżej sprawy. Ale nie tylko pisarzy wzięła na celownik, a także innych twórców kultury (związanych ze sztuką, z filmem, teatrem itd.). I z tych rozmów (nie zawsze przeprowadzonych twarzą w twarz, czasem drogą elektroniczną, bo niektórzy nie mieli czasu lub chęci na tradycyjną formę wywiadu) powstała książka Jak oni pracują. Rozmowy z polskimi twórcami. Gdy tylko mignęła mi gdzieś w mediach, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć.

Czytam ją sobie z przyjemnością, po troszku i nie po kolei, lecz wybierając w zależności od nastroju twórcę. I czuję się tak, jakbym zaglądała im przez ramię do pracowni, czasem do domu, do ogrodu, do ulubionych miejsc, do skrawka codzienności. Wiele z rozmów podziałało na mnie inspirująco, pojedyncze mnie znudziły, inne zaskoczyły czy nawet wzruszyły. Niektórym twórcom pozazdrościłam, na przykład Filipowi Springerowi tej lekkości pióra, czy Małgorzacie Gutowskiej-Adamczyk i Katarzynie Boguckiej i Szymonowi Tomile spokojnego, wiejskiego życia blisko natury. Rozmowa z Wilkoniem wydała mi się rozrachunkowa i pod jej koniec poczułam ukłucie w środku. Andrzej Sapkowski (notabene nie przeczytałam ani jednej jego książki) rozbawił mnie, Barbara Wrońska trochę też. Jakub Żulczyk w tej rozmowie zawiódł nieco moje oczekiwania, a w każdym razie niczym mnie nie ujął. Z pewnością mogłabym się utożsamić z Sylwią Chutnik, jeśli chodzi o reżim dnia, który sama stosowałam swego czasu, gdy pracowałam jako wolny strzelec. Cudownie inspirująco podziałała na mnie Iwona Chmielewska (muszę koniecznie kupić jakąś jej książkę), a Katarzyna Bonda zaintrygowała mnie i nieco przeraziła twórczym szałem, w który wpada, pracując intensywnie nad książką. No i okazało się, że wcale nie jestem odosobniona w umiłowaniu porządku. Wielu rozmówców Napiórskiej deklarowało, że za nic w świecie nie potrafi się skupić, mając dookoła siebie nieład. Też tak mam!

Gdybym to ja przeprowadzała takie rozmowy, to na pewno zaprosiłabym do nich Wiesława Myśliwskiego, Olgę Tokarczuk, Pawła Huellego, Emilię Dziubak i Dorotę Masłowską, i jeszcze Małgorzatę Musierowicz i może Michała Witkowskiego. No i pewnie jak to opublikuję, to jeszcze przyjdzie mi wielu innych do głowy. I zdjęcia bym chciała ich biurek, stołów, pracowni. Taka ciekawska jestem. Kogo dodalibyście do tej listy?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Lektury na czas karmienia. Słowik Kristin Hannah

edf

Coś nie może ta wiosna zagrzać sobie miejsca. I choć bardzo tęsknię już za długimi spacerami po parku, to w takie wietrzne, pochmurne i na poły zimowe dni, jakich ostatnio pod dostatkiem, cieszę się, że nie muszę się zrywać o świcie, by pędzić do pracy, stresować kolejnym projektem czy humorami koleżanki z zespołu. Doceniam to, że mogę zostać w ciepłym domu i poczytać.

Na początku obawiałam się, że przy Wojcieszku nie będę miała czasu na lektury, ale zbawienne okazały się czytnik i poducha wąż, którą zakupiłam jeszcze w ciąży, by poprawić sobie komfort spania, a która okazała się wtedy niewygodna i nieprzydatna. Za to teraz podczas karmienia sprawdza się doskonale. A że tych karmień w ciągu doby trochę jest, to wykorzystuję te chwile między innymi na czytanie książek. Największą moją bolączką jest obecnie wybór wciągającej lektury. Zaczynam czasem po trzy książki jedna po drugiej, zanim wreszcie trafię na pozycję, której treść mnie porwie. To pewnie wina mojego macierzyńskiego mózgu, który nie może należycie się skoncentrować.

Ostatnio mój wybór padł na Słowika Kristin Hannah. Spodobał mi się sam początek, ale potem męczyłam się przez kilkadziesiąt stron, zanim polubiłam się z głównymi bohaterkami. Cieszę się jednak, że nie zrezygnowałam zbyt szybko, bo ostatecznie historia w tej książce opowiedziana bardzo mnie wzruszyła i pobudziła do refleksji.

Akcja rozgrywa się we Francji w okresie II wojny światowej. To moment ekstremalny w dziejach ludzkości, kiedy chcąc nie chcąc jest się wystawionym na próbę. Autorka pokazuje wojnę z perspektywy kobiet. Bohaterkami powieści są dwie siostry: heroiczna i odważna Isabelle oraz zalękniona i wycofana Vianne, która na naszych oczach przechodzi przemianę i odnajduje w sobie odwagę i hardość, o które sama siebie nie podejrzewała. Mam słabość do tego rodzaju bohaterek, które z szarych myszek przeistaczają się w heroiny, więc w Słowiku to Vianne skradła moje serce. Nie jest to książka pozbawiona wad. Autorka z premedytacją gra na emocjach, poza tym zupełnie nie przekonał mnie zawarty w niej wątek romansowy, ale mimo to dałam się ponieść tej historii, a w trakcie lektury uroniłam niejedną łzę. Czytając tę powieść uzmysłowiłam sobie, jak wiele mam szczęścia, że urodziłam się w obecnych czasach i że żyję w tym rejonie świata. Mam co jeść, w co się ubrać, czym nakarmić dziecko, mogę bez obaw wyjść z domu. To co dobre szybko powszednieje i tylko czasami, choćby pod wpływem takiej lektury, przychodzi olśnienie i zaczynamy doceniać to zwyczajne, codzienne życie. Jeśli macie więc ochotę na momentami nieco ckliwy wyciskacz łez z wojną w tle, ale na całkiem wysokim poziomie literackim, od którego trudno się oderwać, to polecam sięgnąć po Słowika.

A czy Was zachwyciła ostatnio jakaś lektura? Ja po raz kolejny próbuję polubić się z Tyrmandem. Kiedyś zaczęłam czytać Złego, ale nie skończyłam, a tym razem sięgnęłam po Siedem dalekich rejsów. Spodobał mi się tytuł i to, że akcja rozgrywa się wczesną wiosną, a ja lubię tego rodzaju adekwatność. Niestety, jak na razie słabo odciąga mnie od internetu i przeglądania profili instagramowych, ale tym razem Tyrmandowi nie odpuszczę i przeczytam do końca.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Książki dziecięce z mojej półki

Mam słabość do książek dziecięcych. Nie potrafię przejść obojętnie obok tych cudnych wydań z rozbudzającymi wyobraźnię ilustracjami. Zazwyczaj za tymi ilustracjami kryją się wzruszające lub po prostu zabawne historie, ale zdarza się, że szata graficzna zdecydowanie góruje nad treścią. W rodzinie jestem ciocią od książek. Nawet jeśli wręczam jakąś zabawkę w prezencie, to zawsze towarzyszy jej książka. A gdy już kupuję książki dla chrześniaków, to zazwyczaj zamawiam też egzemplarz dla naszego dziecka. Ciekawa jestem, czy któraś z tych przeze mnie zgromadzonych stanie się jego ukochaną, dziesiątki razy, aż do znudzenia czytaną przed snem. Ale prawda jest też taka, że większość z tych książek kupiłam z myślą o sobie, by zaspokoić swoje wewnętrzne dziecko. Często po nie sięgam, oglądam ilustracje lub czytam przed snem, by się wyciszyć i ukoić skołatane nerwy albo odetchnąć od bardziej wymagającej, dorosłej lektury.

W magicznym świecie ilustracji Emilii Dziubak

Uwielbiam książki ilustrowane przez Emilię Dziubak. Mam ich w swojej kolekcji kilka, ale nie zamierzam na tych pozycjach poprzestać. Jej styl rozpoznaję już z daleka. To urzekające światło, promienie słoneczne przebijające się przez liście drzew, subtelny kurz unoszący się w domu, w którym pomieszkują Pożyczalscy. Klimat nie do podrobienia. Nigdy nie zawiodłam się też na opowiadanych w nich historiach, które są mądre, bawią i wzruszają. Do moich ukochanych należy kultowa już pozycja „Proszę mnie przytulić”, ale bardzo spodobał mi się też i rozczulił „Dzień czekolady” autorstwa Anny Onichimowskiej. Po mistrzowsku ukazała ona świat widziany oczami dzieci, które próbują na swój sposób zrozumieć i oswoić otaczającą je rzeczywistość.

Rozmaitości aktualnie ulubione

„Jejku-Jejku” to mój nowy nabytek, który od razu wpadł mi w oko. To zabawna, kolorowa książeczka dla młodszych dzieci. Spodobał mi się bardzo pomysł edytorski, czyli otwierane okienka, dzięki którym można zajrzeć w różne zakamarki pokoju tytułowego Jejku-Jejku, otworzyć szafę albo szuflady i sprawdzić na przykład, co porabiają myszy.

Chyba lubię książki z niedźwiadkami, bo „Niedźwiedź łowca motyli” to niejedyna pozycja z tego rodzaju bohaterem, która przypadła mi do gustu. Urzekły mnie ilustracje utrzymane w ciepłej tonacji, ale też pełna optymizmu, nieco poetycka historia traktująca o tym, że dobro wraca i że warto czasem bezinteresownie komuś pomóc.

Odnośnie książki „Książę w cukierni” mam mieszane uczucia. To jedna z publikacji, których forma graficzna wprawia mnie w zachwyt, a tekst (autorstwa Marka Bieńczyka) odstręcza. Nietypowy, podłużny format, a do tego pastelowe, nieco tajemnicze, trochę niepokojące ilustracje zamknięte w formie leporello od razu przyciągają uwagę. Przeczytałam ją natychmiast po przyniesieniu do domu, ale niestety rozczarowałam się. Historia w niej opowiedziana wydała mi się cierpka, sztuczna i na pewno nie dla dzieci. Książkę tę traktuję zatem jako pozycję do oglądania,  graficzno-edytorski majstersztyk.

Na zimową nutę

Jednym z moich grudniowych rytuałów jest czytanie w tym okresie dziecięcych książek o świętach lub z zimą w tle. W ten sposób wyciszam się i nastrajam przedświątecznie. Sycę wyobraźnię śnieżną zimą, której w ostatnich latach raczej trudno u nas doświadczyć. Tych zimowych pozycji mam na razie zdecydowanie za mało, ale te, które znalazły się na mojej półce, uwielbiam bez wyjątku.

Kilka dni temu podczas tegorocznych targów książki organizowanych w Łodzi wpadła mi w ręce książka „Yeti”, wydana przez Zakamarki, jedno z moich ulubionych wydawnictw literatury dziecięcej. Spodobało mi się, że bohaterami są dwaj bracia, że jest tata, który smaży dla nich naleśniki, dużo śniegu i oczywiście tytułowy Yeti, mówiący w zabawnym języku. To taka prosta, rozgrzewająca serce opowiastka.

W tym roku zakupiłam sobie również „Zimę w Bullerbyn”. Na razie ją oglądam, z czytaniem staram się powstrzymać do grudnia.

Szczególnym sentymentem darzę też „Prezent dla Cebulki”. To wzruszająca opowieść o samotności, pragnieniach, tęsknocie za tym, czego się pragnie, a czego nie można mieć, o emocjach, z którymi trzeba się zmagać, o tym, że czasami najtrudniej dostrzec i docenić to, co jest na wyciągniecie ręki i że nie zawsze to, co mają inni, uszczęśliwi także nas. Dobra lektura na zwolnienie tempa w przedświątecznej bieganinie.

Wiele pozycji w mojej dziecięcej biblioteczne brakuje, zwłaszcza tych, które sama pamiętam z dzieciństwa. Z pewnością serii Poczytaj mi mamo. Cały czas się waham, czy chcę ją w nowym wydaniu Naszej Księgarni, czy raczej zapoluję na te cieniutkie, kwadratowe zeszyciki. Swoją drogą ciekawa jestem, co też moja mama zrobiła z moimi dziecięcymi lekturami. Może w domu uchowały się jeszcze jakieś perełki. A jedną z moich ukochanych książek czytanych w dzieciństwie była „Kozucha-Kłamczucha” autorstwa Janiny Porazińskiej. Jakiś czas temu wpadła mi w ręce i przypomniałam sobie jej treść. Cóż, nie jestem pewna, czy to lektura stosowna dla dzieci i zgodna ze współczesnymi trendami wychowawczymi, ale ja czytałam ją z zapartym tchem. Chyba podobała mi się po prostu ta krnąbrna Kozucha.

A Wy sięgacie w dorosłym życiu po książki dziecięce? A może wracacie do swoich ulubionych lektur z dzieciństwa?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Euforia Lily King

SONY DSC

Jedna kobieta i dwaj mężczyźni, a między nimi pajęczyna uczuć. Kiedy przeczytałam, że jest to książka o trójce młodych naukowców, antropologów badających kultury pierwotne plemion Nowej Gwinei, pomyślałam, że to lektura w sam raz dla mnie.
Bo mam słabość do trójkątów miłosnych.
Bo nabrałam ochoty na zanurzenie się w czymś egzotycznym.
Bo przez kilka lat swojego życia pracowałam naukowo i wciąż to we mnie siedzi.

To historia o tym, że można być bardzo samotnym, nawet pozostając w związku z drugą osobą. O niezrozumieniu w swoich pragnieniach i dążeniach, o wzajemnym wypalaniu się i podcinaniu sobie skrzydeł. I o tym, że nie da się zbudować niczego pięknego i trwałego na uczuciowych zgliszczach. Ale też o miłości, która pojawia się nieoczekiwanie. Uszczęśliwia, uzdrawia ciało i duszę, wyzwala to, co w człowieku najlepsze. Napędza do życia i działania. Co nieuniknione − rodzi zazdrość.

Zazdrość objawia się w tej powieści nie tylko na płaszczyźnie miłosnego trójkąta, ale i na gruncie naukowych ambicji. Każde z bohaterów cechuje odmienne podejście do pracy, kierują nimi różne pobudki. Prawdziwa, szczera i nieokiełznana pasja naukowa zestawiona zostaje z niemocą twórczą, zwątpieniem w sens prowadzonych badań, ale też z żądzą sławy i sukcesu. Nell, Fen i Bankson − trzy osobowości, które wśród dzikich plemion, z dala od cywilizacji możemy obserwować jak przez powiększające szkło. Na tym egzotycznym tle uwypuklają się najgłębiej skrywane instynkty i pragnienia.

W tej historii pojawia się też temat niepłodności. Nie dominuje on nad całością, ale nie da się o nim zapomnieć, uwiera jak niewygodne buty. Sprawia, że bohaterowie są jeszcze bardziej pełnokrwiści. W związku z tym przyszła mi też do głowy nieco pesymistyczna myśl, że od problemów nie da się uciec, że dogonią nas nawet gdzieś na końcu świata.

Lily King stawia w tej powieści pytanie o istotę człowieczeństwa. Czy w ogóle jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć i poznać drugiego człowieka, tak od podszewki? Gdzie są granice ingerencji w odmienność? I wreszcie, czym właściwie jest cywilizacja i jakie są jej wyznaczniki? Czy wymalowane w tradycyjne wzory twarze tubylców tak bardzo różnią się od makijażu białych kobiet spotkanych na łodzi…  Pytania te wybrzmiewają w szczególny sposób, gdy uzmysłowimy sobie, że akcja rozgrywa się na kilka lat przed wybuchem drugiej wojny światowej.

Gorąco polecam, a dla zachęty podrzucam jeszcze trzy cytaty.

„Niczym pojedynczy włos ciągnięty z obu końców czas rozciągał się aż do napięcia bliskiego zerwaniu. Napięty, bardziej napięty, i jeszcze bardziej, najnapiętszy.”Liść„We trójkę uprawiamy coś w rodzaju tańca. I panuje lepsza równowaga, kiedy B jest tutaj. Wymagająca, surowa, stanowcza natura Fena jest jednym ciężkim odważnikiem, a Banksona i moje bardziej uległe i porozumiewawcze usposobienia drugim i tak szale się wyrównują.”

Liść„Spojrzałem przez przednią szybę ostatni raz na morze, zmierzwione i poruszone, gruby mięsień, który w ciasnym uścisku trzyma wszystko, co pochłonął.”

Zapisz

Zapisz