Nasza mleczna droga. Epizod pierwszy

davDawno temu, kiedy posiadanie dziecka było dla mnie bardzo odległym projektem na przyszłość, wyobrażałam sobie, że nie ma nic bardziej naturalnego niż karmienie piersią. Rodzisz dziecko, przystawiasz je do piersi, a ono zaczyna jeść lejące się strumieniami mleko. W obecnej ciąży wiedziałam już, że karmienie piersią to jedno z pierwszych wyzwań, z którymi muszą się zmierzyć świeżo upieczona mama i noworodek. Chyba że nie zamierza się karmić piersią, z różnych przyczyn, czy to zdrowotnych, czy też po prostu z wyboru. Wtedy z kolei trzeba się zmierzyć z otoczeniem, które przecież wie najlepiej, co dobre dla ciebie i twojego dziecka. Tej drugiej sytuacji na szczęście nie doświadczyłam, bo od początku chciałam karmić Wojtusia naturalnie. Nie nastawiałam się na to, że pójdzie jak z płatka, ale też nie tworzyłam w głowie czarnych scenariuszy. Wyszłam z założenia, że zrobię, co w mojej mocy, by karmić syna, a jeśli się nie uda, to nie będę uprawiać samobiczowania, gdy przyjdzie dać mu butlę wypełnioną mlekiem modyfikowanym.

Szpitalne początki

Zaraz po tym, gdy wylądowałam na sali pooperacyjnej, Wojtuś został mi przystawiony do piersi. Kiedy ujrzałam na brodawce krople pokarmu, byłam przeszczęśliwa, bo tyle się naczytałam o tym, że po CC jest z tym różnie. Wojtuś coś tam zaciumkał ze trzy razy i zaraz zasypiał. I tak przespał kolejne godziny, odreagowując trudy przyjścia na świat. A ja byłam pełna optymizmu, że może z tym karmieniem będzie nawet prościej niż przewidywałam.

Personel przygotowywał nas na to, że po tej pierwszej dobie dziecko będzie dużo aktywniejsze i żebyśmy wypoczęli, póki możemy. Ale w drugiej dobie Wojtuś był jeszcze bardziej ospały niż w pierwszej. Nie było mowy o przystawieniu go do piersi, bo non stop spał i nie dało się go wybudzić. Zaalarmowałam wtedy dyżurną położną. Podjęłyśmy decyzję o dokarmieniu synka mieszanką. Najpierw miałam jednak ściągnąć swój pokarm. Mój ręczny laktator zupełnie się wówczas nie sprawdził. Na szczęście w klinice był dostępny mercedes wśród laktatorów, mianowicie Medela Symphony. Udało mi się ściągnąć za jego pomocą zaledwie kilka mililitrów mleka, które synek dostał ze strzykawki. Wtedy jeszcze się nie martwiłam. Byłam pewna, że lada moment laktacja się rozhula, a ożywiony po butli synek bez problemu będzie ssał pierś.

Pokarm próbowałam ściągać przez kolejną dobę. Co trzy godziny piętnaście minut na jedną pierś i piętnaście na drugą. Na początku widziałam jeszcze jakieś krople na ściankach końcówki, ale z czasem końcówka laktatora była zupełnie sucha. Wtedy się podłamałam. Dodatkowo przed każdym ściąganiem przystawiałam synka, by w ten sposób stymulować produkcję pokarmu. Niestety, kończyło się to tylko płaczem dziecka i nerwami. Czy noc, czy dzień, wytrwale wydzwaniałam po położne, by pomogły mi w prawidłowym ułożeniu dziecka. I tak gimnastykowałam się z tym rozciętym brzuchem, a to do pozycji spod pachy, a to do klasycznej, a to do leżącej. Byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie. Nie pomogło też to, co usłyszałam w nocy od jednej z położnych, że tak naprawdę to chcę karmić dziecko, ale jednak się przed tym bronię… Nie pomagały również telefony od rodziny z pytaniami, czy karmię. I niechcący zasłyszany komentarz teściowej, że jak to nie mam pokarmu, przecież muszę mieć. Nic dziwnego, że podczas porannego obchodu po prostu się rozbeczałam. Ale może dzięki temu wezwano do mnie doradcę laktacyjnego.

Konsultacja z doradcą laktacyjnym w szpitalu

Zawsze działała na mnie raczej pozytywna motywacja, wiec gdy doradca laktacyjna pochwaliła Wojtka, że ma wspaniały odruch ssania, że się nauczy, że w końcu zaskoczy i będziemy się karmić, to od razu zaczęłam widzieć wszystko w jaśniejszych barwach. Wyznaczyła mi cel: postarać się ściągnąć mleko, by dziecko dostawało z butelki mój pokarm zamiast mieszanki. Dotychczas myślałam, że wystarczy przystawić laktator, a mleko samo poleci, ale okazało się, że jednak psychika odgrywa tu bardzo istotną rolę. Doradca zaproponowała, bym ściągała pokarm, wpatrując się w to, jak mąż karmi synka butelką. Skorygowała też moją pozycję na bardziej pochyloną w dół i zasugerowała, by zamiast metody po 15 minut na pierś, zastosować naprzemiennie 7 minut, 5 minut, 3 minuty. I to zaowocowało, bo poleciały wreszcie pierwsze krople. Zdeterminowana ściągałam pokarm co trzy godziny przez kolejną dobę. Najpierw dostawiałam synka, potem karmiłam go butlą, usypiałam i sama siadałam do ściągania pokarmu. Bardzo pomagało mi wtedy słuchanie ulubionej muzyki (choć odtwarzacz zabrałam do szpitala bez przekonania, że go użyję) i wpatrywanie się w moje śpiące dziecko. I tak stopniowo pokarmu przybywało, a każde z trudem wypracowane kilka mililitrów podawałam synkowi strzykawką. Niestety, wciąż było go o wiele za mało, by zrezygnować z mieszanki, ale czułam, że jesteśmy na dobrej drodze. W takim momencie zostaliśmy wypisani do domu.

Karmienie w domu

Los się do nas uśmiechnął, bo w dniu naszego wyjścia ktoś oddał do wypożyczalni Medelę i wieczorem można było ją odebrać. Pomyślałam, że to dobry omen. Cieszyłam się, że będę korzystać z przetestowanego w szpitalu laktatora. I tak rozpoczęłam mój laktacyjny maraton. Co trzy godziny pobudka, najpierw próby przystawienia synka do piersi, za każdym razem kończące się z jego strony płaczem i frustracją i z mojej stresem i wyrzutami sumienia. Potem mąż karmił go butlą, a ja ściągałam pokarm. Po pierwszym dniu mojego mleka było już na tyle dużo, że mogliśmy zrezygnować z podawania mieszanki. Pozostał jednak problem z prawidłowym zassaniem piersi przez synka. I tak męczyliśmy się przez dwa kolejne dni. Po drodze zaliczyłam jeszcze nawał pokarmu: piersi jak kamienie, które myślałam, że eksplodują. Do tego moja mama na pokładzie. Bardzo mnie wspierała, ale też trochę doprowadzała do szału dietetycznym reżimem, który mi zaprowadziła, i nazywaniem laktatora  „laktacydem” (tak, tak, jak ten płyn do higieny intymnej).

W ten sposób walczyliśmy przez kolejne dni, aż niespodziewanie coś zaskoczyło i Wojtuś prawidłowo chwycił brodawkę, a potem usłyszałam cudowny dźwięk połykania płynącego z mojej piersi mleka. Pomyślałam sobie, że teraz to już będzie z górki, bo jak się raz udało, to uda się i kolejny. Ale po progresie następował regres. Każde dostawienie do piersi to był i dla mnie, i dla Wojtka stres i męczarnia. Próbowanie po kilkanaście razy. Na podorędziu zawsze mieliśmy uszykowaną przegotowaną wodę, żeby przygotować mieszankę, gdyby się nie udało. Czasem mąż przychodził z gotową butlą i właśnie wtedy, na ostatnią chwilę Wojtusiowi udawało się zassać pierś. Każde karmienie dodawało mi siły, ale jednocześnie nie raz myślałam sobie, że jeżeli to tak ma wyglądać, to za długo nie dam rady i w ogóle trochę to wszystko przereklamowane. Po kilku dniach wreszcie umówiłam się z poleconym doradcą laktacyjnym.

Konsultacja z doradcą laktacyjnym w domu

Spokojna i sympatyczna położna dotarła do nas akurat w porze karmienia. Poprosiła, bym przystawiła nieco zniecierpliwionego już synka do piersi i od razu zmodyfikowała to, jak tę pierś trzymałam. Synek chwycił brodawkę i zassał ją bez problemu. Nie mogłam uwierzyć, że to nie przypadek, więc po chwili  go odstawiłam, ale ponownie udało mu się zassać za pierwszym razem. Okazało się, że to ja źle podawałam mu pierś. Tak jakby ktoś kazał nam jeść kanapkę w poprzek. No raczej trudno się w nią wtedy wgryźć. Ryczeć mi się zachciało, gdy sobie uświadomiłam, ile to moje dziecko się namęczyło. Wojownik, jak nic. W szpitalu przystawiałam synka w ten sam sposób, więc trochę się dziwię, że żadna z położnych ani tamtejszy dorada nie zwróciły mi na to uwagi. Konsultacja w domu trwała ponad godzinę. Przećwiczyłam karmienie w różnych pozycjach, dopytałam o nurtujące mnie kwestie, na niektóre sprawy spojrzałam inaczej. Po tej wizycie odetchnęłam z ulgą, ale co najważniejsze − nabrałam pewności siebie.

Od tamtej pory nie mamy problemu z karmieniem, które stało się dla mnie przyjemnością, a nie udręką. Z powodu naszych nieefektywnych początków synek przez chwilę mało przybierał na wadze, ale w ostatnim tygodniu pięknie nadrobił, więc wszystko wygląda bardzo obiecująco. Wiem jednak, że to dopiero początki naszej mlecznej drogi, a przed nami jeszcze różne wyzwania (karmienie poza domem, dieta), choć liczę na to, że tak ciężko jak na początku już nie będzie i dociągniemy na cycu przynajmniej do pół roku.

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz