Książki dziecięce z mojej półki

Mam słabość do książek dziecięcych. Nie potrafię przejść obojętnie obok tych cudnych wydań z rozbudzającymi wyobraźnię ilustracjami. Zazwyczaj za tymi ilustracjami kryją się wzruszające lub po prostu zabawne historie, ale zdarza się, że szata graficzna zdecydowanie góruje nad treścią. W rodzinie jestem ciocią od książek. Nawet jeśli wręczam jakąś zabawkę w prezencie, to zawsze towarzyszy jej książka. A gdy już kupuję książki dla chrześniaków, to zazwyczaj zamawiam też egzemplarz dla naszego dziecka. Ciekawa jestem, czy któraś z tych przeze mnie zgromadzonych stanie się jego ukochaną, dziesiątki razy, aż do znudzenia czytaną przed snem. Ale prawda jest też taka, że większość z tych książek kupiłam z myślą o sobie, by zaspokoić swoje wewnętrzne dziecko. Często po nie sięgam, oglądam ilustracje lub czytam przed snem, by się wyciszyć i ukoić skołatane nerwy albo odetchnąć od bardziej wymagającej, dorosłej lektury.

W magicznym świecie ilustracji Emilii Dziubak

Uwielbiam książki ilustrowane przez Emilię Dziubak. Mam ich w swojej kolekcji kilka, ale nie zamierzam na tych pozycjach poprzestać. Jej styl rozpoznaję już z daleka. To urzekające światło, promienie słoneczne przebijające się przez liście drzew, subtelny kurz unoszący się w domu, w którym pomieszkują Pożyczalscy. Klimat nie do podrobienia. Nigdy nie zawiodłam się też na opowiadanych w nich historiach, które są mądre, bawią i wzruszają. Do moich ukochanych należy kultowa już pozycja „Proszę mnie przytulić”, ale bardzo spodobał mi się też i rozczulił „Dzień czekolady” autorstwa Anny Onichimowskiej. Po mistrzowsku ukazała ona świat widziany oczami dzieci, które próbują na swój sposób zrozumieć i oswoić otaczającą je rzeczywistość.

Rozmaitości aktualnie ulubione

„Jejku-Jejku” to mój nowy nabytek, który od razu wpadł mi w oko. To zabawna, kolorowa książeczka dla młodszych dzieci. Spodobał mi się bardzo pomysł edytorski, czyli otwierane okienka, dzięki którym można zajrzeć w różne zakamarki pokoju tytułowego Jejku-Jejku, otworzyć szafę albo szuflady i sprawdzić na przykład, co porabiają myszy.

Chyba lubię książki z niedźwiadkami, bo „Niedźwiedź łowca motyli” to niejedyna pozycja z tego rodzaju bohaterem, która przypadła mi do gustu. Urzekły mnie ilustracje utrzymane w ciepłej tonacji, ale też pełna optymizmu, nieco poetycka historia traktująca o tym, że dobro wraca i że warto czasem bezinteresownie komuś pomóc.

Odnośnie książki „Książę w cukierni” mam mieszane uczucia. To jedna z publikacji, których forma graficzna wprawia mnie w zachwyt, a tekst (autorstwa Marka Bieńczyka) odstręcza. Nietypowy, podłużny format, a do tego pastelowe, nieco tajemnicze, trochę niepokojące ilustracje zamknięte w formie leporello od razu przyciągają uwagę. Przeczytałam ją natychmiast po przyniesieniu do domu, ale niestety rozczarowałam się. Historia w niej opowiedziana wydała mi się cierpka, sztuczna i na pewno nie dla dzieci. Książkę tę traktuję zatem jako pozycję do oglądania,  graficzno-edytorski majstersztyk.

Na zimową nutę

Jednym z moich grudniowych rytuałów jest czytanie w tym okresie dziecięcych książek o świętach lub z zimą w tle. W ten sposób wyciszam się i nastrajam przedświątecznie. Sycę wyobraźnię śnieżną zimą, której w ostatnich latach raczej trudno u nas doświadczyć. Tych zimowych pozycji mam na razie zdecydowanie za mało, ale te, które znalazły się na mojej półce, uwielbiam bez wyjątku.

Kilka dni temu podczas tegorocznych targów książki organizowanych w Łodzi wpadła mi w ręce książka „Yeti”, wydana przez Zakamarki, jedno z moich ulubionych wydawnictw literatury dziecięcej. Spodobało mi się, że bohaterami są dwaj bracia, że jest tata, który smaży dla nich naleśniki, dużo śniegu i oczywiście tytułowy Yeti, mówiący w zabawnym języku. To taka prosta, rozgrzewająca serce opowiastka.

W tym roku zakupiłam sobie również „Zimę w Bullerbyn”. Na razie ją oglądam, z czytaniem staram się powstrzymać do grudnia.

Szczególnym sentymentem darzę też „Prezent dla Cebulki”. To wzruszająca opowieść o samotności, pragnieniach, tęsknocie za tym, czego się pragnie, a czego nie można mieć, o emocjach, z którymi trzeba się zmagać, o tym, że czasami najtrudniej dostrzec i docenić to, co jest na wyciągniecie ręki i że nie zawsze to, co mają inni, uszczęśliwi także nas. Dobra lektura na zwolnienie tempa w przedświątecznej bieganinie.

Wiele pozycji w mojej dziecięcej biblioteczne brakuje, zwłaszcza tych, które sama pamiętam z dzieciństwa. Z pewnością serii Poczytaj mi mamo. Cały czas się waham, czy chcę ją w nowym wydaniu Naszej Księgarni, czy raczej zapoluję na te cieniutkie, kwadratowe zeszyciki. Swoją drogą ciekawa jestem, co też moja mama zrobiła z moimi dziecięcymi lekturami. Może w domu uchowały się jeszcze jakieś perełki. A jedną z moich ukochanych książek czytanych w dzieciństwie była „Kozucha-Kłamczucha” autorstwa Janiny Porazińskiej. Jakiś czas temu wpadła mi w ręce i przypomniałam sobie jej treść. Cóż, nie jestem pewna, czy to lektura stosowna dla dzieci i zgodna ze współczesnymi trendami wychowawczymi, ale ja czytałam ją z zapartym tchem. Chyba podobała mi się po prostu ta krnąbrna Kozucha.

A Wy sięgacie w dorosłym życiu po książki dziecięce? A może wracacie do swoich ulubionych lektur z dzieciństwa?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz