Refleksje matki karmiącej

karmienie

Niedawno minęło pół roku, odkąd Wojcieszek jest na świecie, a zarazem pół roku naszego karmienia piersią. Te sześć miesięcy to był cel, który sobie wyznaczyłam, gdy zaczynaliśmy naszą mleczną przygodę. Do tego momentu koniecznie chciałam karmić Wojtka piersią, a potem to już zależnie od tego, jak nam się to karmienie będzie układać. Ubzdurałam sobie, że po sześciu miesiącach będziemy rozszerzać dietę i ewentualne odstawienie nie okaże się tak bolesne. Teraz już wiem, że początki rozszerzania diety to raczej zabawa i kupa bałaganu niż konkretne jedzenie. Niemniej cel został osiągnięty, a ja odetchnęłam, bo po drodze pojawiały się różne przeciwności, które studziły mój zapał. Gdy pisałam o naszych początkach (tutaj), spodziewałam się różnych wyzwań, nie do końca miałam jednak świadomość, czego możemy doświadczyć.

W mediach czy na portalach społecznościowych przedstawiany jest wyidealizowany obraz karmienia piersią. Widzimy rozanieloną twarz matki i maluszka spokojnie ssącego pierś. Nie mam oczywiście nic przeciwko promowaniu naturalnego karmienia, a trudno cokolwiek promować przez negatywne przykłady, ale uważam, że trochę za mało mówi się o tym, że nie zawsze wszystko układa się tak bezproblemowo, a pokonanie pierwszych trudności to nie koniec wyzwań, z którymi możemy się mierzyć. Dziś chciałabym napisać o tym, z czym my się borykaliśmy przez ostatnie miesiące naszej mlecznej drogi.

  1. Kolki

O tym wspominałam już  przy okazji wpisu o kolkach, więc nie będę się kolejny raz nad tym rozwodzić. W tym czasie karmienie piersią stało się dla mnie prawdziwą udręką i źródłem stresu. Z tego traumatycznego okresu pamiętam ciągłe odrywanie się Wojtka od piersi, wyginanie się w pałąk i w ogóle dużo nieutulonego płaczu. Nie spodziewałam się tego rodzaju problemów. Byłam przekonana, że pierś jest ratunkiem na wszelkie dolegliwości, w każdym razie wcześniej tak było. Przy piersi Wojtuś zawsze się uspokajał, a tu nagle zaczął zachowywać się tak, jakby go parzyła. U nas te problemy brzuchowe trwały dosyć długo i po okresach względnego spokoju nawracały. Ale czasami myślę, że nieraz wcale nie chodziło o brzuch tylko o „ból istnienia”, tęsknotę za życiem w cieplutkim brzuszku i poczucie, że wylądowało się na jakiejś obcej planecie.

  1. Niepokój dziecka przy piersi

Wojtuś jest żywym dzieckiem i bardzo zainteresowanym wszystkim dookoła, łatwo się rozprasza i silnie reaguje na wszelkie sygnały z zewnątrz. Przekłada się to również na karmienie piersią. W nocy, gdy jest wyciszony i nie bombardują go różne bodźce, nie ma problemu z jedzeniem. W dzień bywało z tym różnie. Często domagał się piersi, a po dostawieniu i upiciu kilku łyków odrywał się z płaczem. Nasiliło się to podczas zapalenia płuc, ale zdarzało nawet wtedy, gdy był zdrowy. Przyczyn tego rodzaju zachowania upatrywałam w wyżynających się zębach i obolałych dziąsłach, które nie raz potraktowałam specjalnym żelem. Tyle że zębów jak nie było, tak nie ma, ale to nie znaczy, że czasami nie dawały o sobie znać. Być może takie zachowanie było też spowodowane jakimiś kryzysami laktacyjnymi, zbyt szybkim wypływem mleka lub zbyt wolnym. A może i jedno i drugie w połączeniu z temperamentem mojego dziecka sprawiało, że tego niepokoju i nerwów podczas karmienia było u nas dużo. Coraz częściej zaczęłam karmić Wojtka na leżąco, bo w tej pozycji się relaksował. Jeśli widziałam, że jest śpiący, to dodatkowo opuszczałam rolety, by przy piersi mógł odpłynąć w tak upragnioną przeze mnie drzemkę, a i ja sama w tej pozycji wypoczywałam i nierzadko odpływałam wraz z nim. Karmienie piersią znowu zaczęło być przyjemne. Z czasem jednak dostrzegłam i cienie tego rodzaju rozwiązania. Wojtuś nie lubi być karmiony w żaden inny sposób. Wyobraźcie sobie, że ktoś Was odwiedza, a Wy musicie się nagle położyć z dzieckiem w sypialni, by je nakarmić. To samo, gdy my jedziemy do kogoś w odwiedziny. Oczywiście zawsze najpierw próbuję nakarmić go na siedząco, ale po chwili zaczyna się wiercić i marudzić, zwłaszcza gdy jest zmęczony i potrzebuje piersi, by zasnąć. Niemniej było kilka takich sytuacji, kiedy nie miał innego wyjścia, a że był już bardzo głodny, to po paru podejściach w końcu kapitulował i zjadał w innej pozycji niż leżąca, a nawet zdarzyło mu się zasnąć. Najczęściej jest to jednak poprzedzone niezłym marudzeniem.

Z karmieniem na zewnątrz podczas spaceru dochodzi jeszcze taki problem, że synu mój niby chce jeść, ale dookoła za dużo ciekawych rzeczy, by się na tym jedzeniu skupić. Przyznam, że i mnie to krępuje, gdy go dostawiam w publicznym miejscu, a on co chwilę się odrywa, rozgląda, czasem zaczyna się wściekać, bo już jednak mu się odechciało. Nie przepadam za publicznym karmieniem, choć na początku byłam do tego bardzo entuzjastycznie nastawiona. Mam też takie wrażenie, że choć dookoła mówi się o tym, że to takie naturalne, to wzbudza to jednak często przesadne zainteresowanie przechodniów. Myślę, że Wojtek doskonale wyczuwa moje skrępowanie, poczucie dyskomfortu i z tego powodu sam tak reaguje.

  1. Dieta matki karmiącej

Tak, wiem, że nie ma czegoś takiego jak dieta matki karmiącej. Wiedziałam o tym przed narodzinami Wojtusia, ale mimo to uległam presji otoczenia i stałam się jej ofiarą. Rady teściowej, czy mamy można puszczać mimo uszu, ale jeśli kolejny pediatra zaleca Ci trzymanie diety, to nietrudno poddać się jego autorytetowi, zwłaszcza gdy jest się nieco zagubioną i zdezorientowaną debiutującą matką. Inna sprawa, gdy dziecku nie doskwierają żadne dolegliwości typu wzdęcia, ulewanie czy wysypka. W takiej sytuacji pewnie je się normalnie i nie ma powodów, by drążyć temat. A jak było u nas?

Na początku, tuż po powrocie ze szpitala starałam się jeść zdrowo, w miarę lekkostrawnie, ale i różnorodnie. Wojtuś po około tygodniu dostał wysypki na twarzy. Poczytałam i uznałam, że to pewnie trądzik spowodowany moimi hormonami, ale że nie przechodziło, to wezwałam pediatrę. Poleconego, sprawdzonego itd. Pan pediatra orzekł, że to na pewno alergia pokarmowa i kazał odstawić nabiał i notować wszystko, co jem. Nabiał odstawiłam, a krostki nie znikały. Podczas następnej wizyty lekarz kazał odstawić kolejne produkty, oczywiście wszelkie alergeny typu miód, czekolada, truskawki, ale i pestki dyni czy słonecznika, jajka czy gofry amarantusowe . Na koniec powiedział, że jego córka miała uczulenie na marchewkę i kurczaka, więc nigdy nic nie wiadomo. Od tego momentu zaczęłam podejrzewać każdy produkt. Wszystko notowałam, sprawdzałam jak opętana, zastanawiając się, czy coś zjeść, czy nie. A Wojtek jednego dnia cerę miał ładniejszą, drugiego brzydszą, raz był spokojny, a innym razem po tym samym jadłospisie płakał. W końcu postanowiłam przeprowadzić test i przez jeden dzień jadłam wyłącznie ryż z domowym musem jabłkowym. Na drugi dzień Wojtek miał buzię wysypaną krostkami jak nigdy wcześniej i przez cały czas płakał i marudził. Wtedy zwątpiłam w sens prowadzenia diety. Wysypka przeszła nagle z dnia na dzień, dermatolog dziecięcy potwierdził, że to był to jednak trądzik, a ja zaczęłam znowu jeść normalnie.

Potem były szczepienia, a tuż po nich zaczęły się potworne kolki. Wtedy zdecydowałam się wezwać inną lekarkę, też poleconą. Ona również stwierdziła alergię pokarmową, ponieważ Wojtuś miał suchą skórę na kolankach i przy uszach, i nakazała restrykcyjną dietę. Po kilku dniach problemy z brzuchem znacznie złagodniały, choć nie ustąpiły zupełnie, mimo prowadzenia przeze mnie diety. Z suchą skórą udało się zawalczyć za pomocą odpowiedniej pielęgnacji. Wojtek rósł, coraz mniej płakał, nastała wiosna, na każdym kroku spozierały na mnie wytęsknione warzywa i owoce, a ja byłam coraz bardziej głodna i sfrustrowana jedzeniem kilku produktów na krzyż. Czułam całą sobą, że ta dieta już nie ma sensu, ale lekarka upierała się, by ją trzymać, a ja sama bałam się zaryzykować. W dodatku czułam się totalnie ogłupiała i nie wiedziałam, jak mądrze zakończyć ten dietetyczny horror, by przypadkiem nie zaszkodzić dziecku. W końcu wybrałam się do alergologa dziecięcego. Zobaczył tego mojego Wojtusia bez ani jednej krostki i pozwolił jeść wszystko, łącznie z tak wyczekiwanymi truskawkami czy niezbędną mi do życia czekoladą. Na koniec miałam wprowadzić nabiał. Przyznam, że tylko na to czekałam. Początkowo wszystko wprowadzałam powoli, sprawdzając reakcję przez następne dwa dni, ale potem już wyluzowałam i zaczęłam normalnie jeść. Jak mi niesamowicie smakowała wtedy zwykła biała buła z masłem i dojrzałym pomidorem.

Dziś już wiem, że ewentualna dieta eliminacyjna nie powinna wyglądać w ten sposób. Eliminuje się potencjalny alergen na kilka tygodni, a wszystko inne można jeść bez przeszkód. Po kilku tygodniach przeprowadza się próbę z danym alergenem. Eliminacja całej gamy zdrowych produktów może doprowadzić do niedoborów w organizmie i po dłuższym czasie zniechęcić do karmienia piersią. Nie wiem, dlaczego pediatrzy z taką lekkością zalecają prowadzenie diety matkom karmiącym, stwierdzając u dzieci alergie pokarmowe, kiedy nie ma ku temu wystarczających podstaw. Z perspektywy doszliśmy z M. do wniosku, że Wojtek miał najprawdopodobniej czasową nietolerancję na nabiał, który nie do końca dobrze znosił, ale podejrzenie, że może uczula go karoten i odstawienie przeze mnie marchewki czy dyni, a potem sugerowanie, że może problemy brzuchowe spowodowane są alergią na gluten, to już była lekka przesada. Nie wspominając o sugestiach, by się nie męczyć, odstawić od piersi i dać mu mieszankę dla alergików. Wiadomo, że każdy lekarz ma swoją dziedzinę, a jak się na czymś nie znamy, to może lepiej skierować do innego specjalisty niż celować na oślep z niemającymi uzasadnienia diagnozami.

Oczywiście karmimy się dalej, ale już nie wyznaczam kolejnych granic. Uwielbiam tę naszą bliskość i więź, moment, gdy Wojtuś w trakcie ssania odrywa się od piersi i patrzy na mnie z takim zadowoleniem w oczach i uśmiechem. Cudowne, niezapomniane chwile, ale z pewnością nie jest to droga dla każdej mamy i dla każdego dziecka. Teraz mam nowy cel − rozszerzanie diety. Ale to już temat na osobny wpis. Tymczasem ledwo przyszła jesień, a całą naszą trójkę dopadł paskudny wirus (i co z tymi przeciwciałami z kobiecego mleka?). W niedzielę chrzciny, także lepiej być nie mogło… Ale dziś pierwszy raz od tygodnia świeciło słońce, co pozytywnie mnie to nastroiło i dodało wiary, że będzie dobrze.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Kolki, kolki, kolki albo już sama nie wiem co…

Swego czasu żaliłam się, że dręczą nas kolki. Ale to nie były prawdziwe kolki, a dopiero ich zapowiedź. Te prawdziwe dały o sobie znać, gdy Wojtuś wkroczył w drugi miesiąc. Zupełnie nie byłam na to przygotowana. Sądziłam, że najgorsze mamy już za sobą i na tym etapie brzuszkowe dolegliwości raczej się wyciszają, a nie nadchodzi ich apogeum. Tymczasem przez ostatnie dwa  tygodnie niemalże każdego wieczoru zmagamy się z tymi nieszczęsnymi kolkami. Pierwszym symptomem jest marudzenie i nerwy podczas karmienia. Wojtuś zaczyna się odrywać od piersi, płacze, denerwuje się, bo nie jest w stanie jeść z powodu bólu. A potem jest już tylko coraz więcej płaczu, ciągłe zmienianie pozycji podczas noszenia, bo żadna na dłużej się nie sprawdza, aż w końcu po jakichś dwóch, trzech godzinach dziecko sie uspokaja, najada i zasypia. Najczęściej u mnie na klatce piersiowej. A ja wymęczona psychicznie zasypiam razem z nim. W nocy i od rana do obiadu jest spokojnie. Jeśli planuję spacer z synkiem, to tylko w tym czasie. Potem wszystko zaczyna się od nowa.

Niestety, żadne środki farmakologiczne w pełni nie działają. Wypróbowaliśmy już chyba wszystko prócz homeopatycznych czopków o zaskakująco szerokim spektrum działania i Debridatu. Ten drugi pediatra poleciła nam podczas ostatniej wizyty, jeśli nic innego nie pomoże. Niestety, by zadziałał, trzeba go podawać przez dłuższy czas. Obecnie odstawiłam już wszelkie kropelki na bazie symetykonu, bo nie przynosiły rezultatu, a Wojtek zaczął nimi wręcz pluć. Podaję jedynie Delicol na nietolerancję laktozy i probiotyk. Zauważyłam, że w stosowanych przez nas metodach nie może być rutyny. Jeśli ciepła kąpiel okazała się zbawienna dwa razy, to trzeci raz już niekoniecznie. To samo z kateterem rektalnym WINDI, szumami suszarki, piciem herbatki z kopru włoskiego, masażem i ogrzewaniem brzuszka. Jedynie tulenie i noszenie na rękach jest zawsze na czasie, no i smoczek, który synek dostał dopiero niedawno i okazał się być dla niego (i dla nas) zbawienny. A poza tym trzeba kombinować i dostosowywać się do sytuacji.

Ostatnie dni jednak bardzo mnie podłamały, bo kolka zdobyła nasz ostatni bastion, mianowicie przyjemność karmienia piersią. Wcześniej był z tym problem tylko w trakcie wieczornych ataków, ale od czwartku nerwy i płacz zaczynały się niemalże przy każdym dziennym karmieniu. W końcu Wojtuś był w stanie spić mleko tylko z jednej piersi i po dłuższej przerwie z drugiej, a popołudniami bywało i tak, że w ogóle nie mógł jeść, aż do wieczora. W przerwach między karmieniami był natomiast pogodny i spokojny, jakby nic mu nie dolegało. W nocy też bez problemu. Zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle są objawy kolkowe, czy może jakiś skok rozwojowy albo jeszcze coś innego? Nawet ściągnęłam trochę mleka i próbowaliśmy nakarmić synka butelką, ale oczywiście Wojtuś już nie pamięta, jak to się pije z butli. Przez myśl przemknęły mi też  zęby, bo od niedawna ślina do pasa i ciągłe wkładanie rączek do buzi, jednak pediatra to wykluczyła. Zleciła nam podstawowe badania i USG brzuszka. Ja od kilku dni znowu jestem na ścisłej diecie, bo zdaniem lekarki Wojtuś ma też alergię pokarmową (chropowata, jakby gęsia skórka na nóżkach i za uszami oraz nawracająca ciemieniucha). Trzymam tę dietę ze względu na brzuszek, ale nie jestem przekonana, że to alergia, bo prowadziłam na początku taką restrykcyjną dietę przez prawie miesiąc, robiłam co dzień notatki, wykluczałam i wymieniałam kolejne produkty i nie miało to żadnego przełożenia na wysypkę, którą wtedy Wojtuś miał na buzi. Z czasem sama zniknęła. Winne były prawdopodobnie moje hormony.

A dzisiejszy dzień jakby darowany nam przez los czy niebiosa. Piersi znowu na fali, tylko odrobina marudzenia, a poza tym duża potrzeba bliskości i tulenia. Mam nadzieję, że to wszystko nie po to, byśmy nabrali sił na kolejne ciężkie zmagania. Na pewno wyciszyła mnie nieco wczorajsza wizyta mojej mamy i melisa, którą zaczęłam popijać. Tak bym chciała, by było już lepiej i żebyśmy mogli normalnie wyjść z dzieckiem na spacer czy do przyjaciół, ale nie mam złudzeń, że to koniec. Za niecałe dwa tygodnie Wojtuś kończy trzy miesiące. Niestety to nieprawda, że kolki znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po osiągnięciu przez niemowlę tego wieku. Bardzo często utrzymują się do końca czwartego miesiąca. Musimy to jakoś wspólnie przetrwać. Obyśmy tylko mogli się karmić dalej bez przeszkód piersią…

Lektury na czas karmienia. Słowik Kristin Hannah

edf

Coś nie może ta wiosna zagrzać sobie miejsca. I choć bardzo tęsknię już za długimi spacerami po parku, to w takie wietrzne, pochmurne i na poły zimowe dni, jakich ostatnio pod dostatkiem, cieszę się, że nie muszę się zrywać o świcie, by pędzić do pracy, stresować kolejnym projektem czy humorami koleżanki z zespołu. Doceniam to, że mogę zostać w ciepłym domu i poczytać.

Na początku obawiałam się, że przy Wojcieszku nie będę miała czasu na lektury, ale zbawienne okazały się czytnik i poducha wąż, którą zakupiłam jeszcze w ciąży, by poprawić sobie komfort spania, a która okazała się wtedy niewygodna i nieprzydatna. Za to teraz podczas karmienia sprawdza się doskonale. A że tych karmień w ciągu doby trochę jest, to wykorzystuję te chwile między innymi na czytanie książek. Największą moją bolączką jest obecnie wybór wciągającej lektury. Zaczynam czasem po trzy książki jedna po drugiej, zanim wreszcie trafię na pozycję, której treść mnie porwie. To pewnie wina mojego macierzyńskiego mózgu, który nie może należycie się skoncentrować.

Ostatnio mój wybór padł na Słowika Kristin Hannah. Spodobał mi się sam początek, ale potem męczyłam się przez kilkadziesiąt stron, zanim polubiłam się z głównymi bohaterkami. Cieszę się jednak, że nie zrezygnowałam zbyt szybko, bo ostatecznie historia w tej książce opowiedziana bardzo mnie wzruszyła i pobudziła do refleksji.

Akcja rozgrywa się we Francji w okresie II wojny światowej. To moment ekstremalny w dziejach ludzkości, kiedy chcąc nie chcąc jest się wystawionym na próbę. Autorka pokazuje wojnę z perspektywy kobiet. Bohaterkami powieści są dwie siostry: heroiczna i odważna Isabelle oraz zalękniona i wycofana Vianne, która na naszych oczach przechodzi przemianę i odnajduje w sobie odwagę i hardość, o które sama siebie nie podejrzewała. Mam słabość do tego rodzaju bohaterek, które z szarych myszek przeistaczają się w heroiny, więc w Słowiku to Vianne skradła moje serce. Nie jest to książka pozbawiona wad. Autorka z premedytacją gra na emocjach, poza tym zupełnie nie przekonał mnie zawarty w niej wątek romansowy, ale mimo to dałam się ponieść tej historii, a w trakcie lektury uroniłam niejedną łzę. Czytając tę powieść uzmysłowiłam sobie, jak wiele mam szczęścia, że urodziłam się w obecnych czasach i że żyję w tym rejonie świata. Mam co jeść, w co się ubrać, czym nakarmić dziecko, mogę bez obaw wyjść z domu. To co dobre szybko powszednieje i tylko czasami, choćby pod wpływem takiej lektury, przychodzi olśnienie i zaczynamy doceniać to zwyczajne, codzienne życie. Jeśli macie więc ochotę na momentami nieco ckliwy wyciskacz łez z wojną w tle, ale na całkiem wysokim poziomie literackim, od którego trudno się oderwać, to polecam sięgnąć po Słowika.

A czy Was zachwyciła ostatnio jakaś lektura? Ja po raz kolejny próbuję polubić się z Tyrmandem. Kiedyś zaczęłam czytać Złego, ale nie skończyłam, a tym razem sięgnęłam po Siedem dalekich rejsów. Spodobał mi się tytuł i to, że akcja rozgrywa się wczesną wiosną, a ja lubię tego rodzaju adekwatność. Niestety, jak na razie słabo odciąga mnie od internetu i przeglądania profili instagramowych, ale tym razem Tyrmandowi nie odpuszczę i przeczytam do końca.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Nasza mleczna droga. Epizod pierwszy

davDawno temu, kiedy posiadanie dziecka było dla mnie bardzo odległym projektem na przyszłość, wyobrażałam sobie, że nie ma nic bardziej naturalnego niż karmienie piersią. Rodzisz dziecko, przystawiasz je do piersi, a ono zaczyna jeść lejące się strumieniami mleko. W obecnej ciąży wiedziałam już, że karmienie piersią to jedno z pierwszych wyzwań, z którymi muszą się zmierzyć świeżo upieczona mama i noworodek. Chyba że nie zamierza się karmić piersią, z różnych przyczyn, czy to zdrowotnych, czy też po prostu z wyboru. Wtedy z kolei trzeba się zmierzyć z otoczeniem, które przecież wie najlepiej, co dobre dla ciebie i twojego dziecka. Tej drugiej sytuacji na szczęście nie doświadczyłam, bo od początku chciałam karmić Wojtusia naturalnie. Nie nastawiałam się na to, że pójdzie jak z płatka, ale też nie tworzyłam w głowie czarnych scenariuszy. Wyszłam z założenia, że zrobię, co w mojej mocy, by karmić syna, a jeśli się nie uda, to nie będę uprawiać samobiczowania, gdy przyjdzie dać mu butlę wypełnioną mlekiem modyfikowanym.

Szpitalne początki

Zaraz po tym, gdy wylądowałam na sali pooperacyjnej, Wojtuś został mi przystawiony do piersi. Kiedy ujrzałam na brodawce krople pokarmu, byłam przeszczęśliwa, bo tyle się naczytałam o tym, że po CC jest z tym różnie. Wojtuś coś tam zaciumkał ze trzy razy i zaraz zasypiał. I tak przespał kolejne godziny, odreagowując trudy przyjścia na świat. A ja byłam pełna optymizmu, że może z tym karmieniem będzie nawet prościej niż przewidywałam.

Personel przygotowywał nas na to, że po tej pierwszej dobie dziecko będzie dużo aktywniejsze i żebyśmy wypoczęli, póki możemy. Ale w drugiej dobie Wojtuś był jeszcze bardziej ospały niż w pierwszej. Nie było mowy o przystawieniu go do piersi, bo non stop spał i nie dało się go wybudzić. Zaalarmowałam wtedy dyżurną położną. Podjęłyśmy decyzję o dokarmieniu synka mieszanką. Najpierw miałam jednak ściągnąć swój pokarm. Mój ręczny laktator zupełnie się wówczas nie sprawdził. Na szczęście w klinice był dostępny mercedes wśród laktatorów, mianowicie Medela Symphony. Udało mi się ściągnąć za jego pomocą zaledwie kilka mililitrów mleka, które synek dostał ze strzykawki. Wtedy jeszcze się nie martwiłam. Byłam pewna, że lada moment laktacja się rozhula, a ożywiony po butli synek bez problemu będzie ssał pierś.

Pokarm próbowałam ściągać przez kolejną dobę. Co trzy godziny piętnaście minut na jedną pierś i piętnaście na drugą. Na początku widziałam jeszcze jakieś krople na ściankach końcówki, ale z czasem końcówka laktatora była zupełnie sucha. Wtedy się podłamałam. Dodatkowo przed każdym ściąganiem przystawiałam synka, by w ten sposób stymulować produkcję pokarmu. Niestety, kończyło się to tylko płaczem dziecka i nerwami. Czy noc, czy dzień, wytrwale wydzwaniałam po położne, by pomogły mi w prawidłowym ułożeniu dziecka. I tak gimnastykowałam się z tym rozciętym brzuchem, a to do pozycji spod pachy, a to do klasycznej, a to do leżącej. Byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie. Nie pomogło też to, co usłyszałam w nocy od jednej z położnych, że tak naprawdę to chcę karmić dziecko, ale jednak się przed tym bronię… Nie pomagały również telefony od rodziny z pytaniami, czy karmię. I niechcący zasłyszany komentarz teściowej, że jak to nie mam pokarmu, przecież muszę mieć. Nic dziwnego, że podczas porannego obchodu po prostu się rozbeczałam. Ale może dzięki temu wezwano do mnie doradcę laktacyjnego.

Konsultacja z doradcą laktacyjnym w szpitalu

Zawsze działała na mnie raczej pozytywna motywacja, wiec gdy doradca laktacyjna pochwaliła Wojtka, że ma wspaniały odruch ssania, że się nauczy, że w końcu zaskoczy i będziemy się karmić, to od razu zaczęłam widzieć wszystko w jaśniejszych barwach. Wyznaczyła mi cel: postarać się ściągnąć mleko, by dziecko dostawało z butelki mój pokarm zamiast mieszanki. Dotychczas myślałam, że wystarczy przystawić laktator, a mleko samo poleci, ale okazało się, że jednak psychika odgrywa tu bardzo istotną rolę. Doradca zaproponowała, bym ściągała pokarm, wpatrując się w to, jak mąż karmi synka butelką. Skorygowała też moją pozycję na bardziej pochyloną w dół i zasugerowała, by zamiast metody po 15 minut na pierś, zastosować naprzemiennie 7 minut, 5 minut, 3 minuty. I to zaowocowało, bo poleciały wreszcie pierwsze krople. Zdeterminowana ściągałam pokarm co trzy godziny przez kolejną dobę. Najpierw dostawiałam synka, potem karmiłam go butlą, usypiałam i sama siadałam do ściągania pokarmu. Bardzo pomagało mi wtedy słuchanie ulubionej muzyki (choć odtwarzacz zabrałam do szpitala bez przekonania, że go użyję) i wpatrywanie się w moje śpiące dziecko. I tak stopniowo pokarmu przybywało, a każde z trudem wypracowane kilka mililitrów podawałam synkowi strzykawką. Niestety, wciąż było go o wiele za mało, by zrezygnować z mieszanki, ale czułam, że jesteśmy na dobrej drodze. W takim momencie zostaliśmy wypisani do domu.

Karmienie w domu

Los się do nas uśmiechnął, bo w dniu naszego wyjścia ktoś oddał do wypożyczalni Medelę i wieczorem można było ją odebrać. Pomyślałam, że to dobry omen. Cieszyłam się, że będę korzystać z przetestowanego w szpitalu laktatora. I tak rozpoczęłam mój laktacyjny maraton. Co trzy godziny pobudka, najpierw próby przystawienia synka do piersi, za każdym razem kończące się z jego strony płaczem i frustracją i z mojej stresem i wyrzutami sumienia. Potem mąż karmił go butlą, a ja ściągałam pokarm. Po pierwszym dniu mojego mleka było już na tyle dużo, że mogliśmy zrezygnować z podawania mieszanki. Pozostał jednak problem z prawidłowym zassaniem piersi przez synka. I tak męczyliśmy się przez dwa kolejne dni. Po drodze zaliczyłam jeszcze nawał pokarmu: piersi jak kamienie, które myślałam, że eksplodują. Do tego moja mama na pokładzie. Bardzo mnie wspierała, ale też trochę doprowadzała do szału dietetycznym reżimem, który mi zaprowadziła, i nazywaniem laktatora  „laktacydem” (tak, tak, jak ten płyn do higieny intymnej).

W ten sposób walczyliśmy przez kolejne dni, aż niespodziewanie coś zaskoczyło i Wojtuś prawidłowo chwycił brodawkę, a potem usłyszałam cudowny dźwięk połykania płynącego z mojej piersi mleka. Pomyślałam sobie, że teraz to już będzie z górki, bo jak się raz udało, to uda się i kolejny. Ale po progresie następował regres. Każde dostawienie do piersi to był i dla mnie, i dla Wojtka stres i męczarnia. Próbowanie po kilkanaście razy. Na podorędziu zawsze mieliśmy uszykowaną przegotowaną wodę, żeby przygotować mieszankę, gdyby się nie udało. Czasem mąż przychodził z gotową butlą i właśnie wtedy, na ostatnią chwilę Wojtusiowi udawało się zassać pierś. Każde karmienie dodawało mi siły, ale jednocześnie nie raz myślałam sobie, że jeżeli to tak ma wyglądać, to za długo nie dam rady i w ogóle trochę to wszystko przereklamowane. Po kilku dniach wreszcie umówiłam się z poleconym doradcą laktacyjnym.

Konsultacja z doradcą laktacyjnym w domu

Spokojna i sympatyczna położna dotarła do nas akurat w porze karmienia. Poprosiła, bym przystawiła nieco zniecierpliwionego już synka do piersi i od razu zmodyfikowała to, jak tę pierś trzymałam. Synek chwycił brodawkę i zassał ją bez problemu. Nie mogłam uwierzyć, że to nie przypadek, więc po chwili  go odstawiłam, ale ponownie udało mu się zassać za pierwszym razem. Okazało się, że to ja źle podawałam mu pierś. Tak jakby ktoś kazał nam jeść kanapkę w poprzek. No raczej trudno się w nią wtedy wgryźć. Ryczeć mi się zachciało, gdy sobie uświadomiłam, ile to moje dziecko się namęczyło. Wojownik, jak nic. W szpitalu przystawiałam synka w ten sam sposób, więc trochę się dziwię, że żadna z położnych ani tamtejszy dorada nie zwróciły mi na to uwagi. Konsultacja w domu trwała ponad godzinę. Przećwiczyłam karmienie w różnych pozycjach, dopytałam o nurtujące mnie kwestie, na niektóre sprawy spojrzałam inaczej. Po tej wizycie odetchnęłam z ulgą, ale co najważniejsze − nabrałam pewności siebie.

Od tamtej pory nie mamy problemu z karmieniem, które stało się dla mnie przyjemnością, a nie udręką. Z powodu naszych nieefektywnych początków synek przez chwilę mało przybierał na wadze, ale w ostatnim tygodniu pięknie nadrobił, więc wszystko wygląda bardzo obiecująco. Wiem jednak, że to dopiero początki naszej mlecznej drogi, a przed nami jeszcze różne wyzwania (karmienie poza domem, dieta), choć liczę na to, że tak ciężko jak na początku już nie będzie i dociągniemy na cycu przynajmniej do pół roku.

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz