Refleksje matki karmiącej

karmienie

Niedawno minęło pół roku, odkąd Wojcieszek jest na świecie, a zarazem pół roku naszego karmienia piersią. Te sześć miesięcy to był cel, który sobie wyznaczyłam, gdy zaczynaliśmy naszą mleczną przygodę. Do tego momentu koniecznie chciałam karmić Wojtka piersią, a potem to już zależnie od tego, jak nam się to karmienie będzie układać. Ubzdurałam sobie, że po sześciu miesiącach będziemy rozszerzać dietę i ewentualne odstawienie nie okaże się tak bolesne. Teraz już wiem, że początki rozszerzania diety to raczej zabawa i kupa bałaganu niż konkretne jedzenie. Niemniej cel został osiągnięty, a ja odetchnęłam, bo po drodze pojawiały się różne przeciwności, które studziły mój zapał. Gdy pisałam o naszych początkach (tutaj), spodziewałam się różnych wyzwań, nie do końca miałam jednak świadomość, czego możemy doświadczyć.

W mediach czy na portalach społecznościowych przedstawiany jest wyidealizowany obraz karmienia piersią. Widzimy rozanieloną twarz matki i maluszka spokojnie ssącego pierś. Nie mam oczywiście nic przeciwko promowaniu naturalnego karmienia, a trudno cokolwiek promować przez negatywne przykłady, ale uważam, że trochę za mało mówi się o tym, że nie zawsze wszystko układa się tak bezproblemowo, a pokonanie pierwszych trudności to nie koniec wyzwań, z którymi możemy się mierzyć. Dziś chciałabym napisać o tym, z czym my się borykaliśmy przez ostatnie miesiące naszej mlecznej drogi.

  1. Kolki

O tym wspominałam już  przy okazji wpisu o kolkach, więc nie będę się kolejny raz nad tym rozwodzić. W tym czasie karmienie piersią stało się dla mnie prawdziwą udręką i źródłem stresu. Z tego traumatycznego okresu pamiętam ciągłe odrywanie się Wojtka od piersi, wyginanie się w pałąk i w ogóle dużo nieutulonego płaczu. Nie spodziewałam się tego rodzaju problemów. Byłam przekonana, że pierś jest ratunkiem na wszelkie dolegliwości, w każdym razie wcześniej tak było. Przy piersi Wojtuś zawsze się uspokajał, a tu nagle zaczął zachowywać się tak, jakby go parzyła. U nas te problemy brzuchowe trwały dosyć długo i po okresach względnego spokoju nawracały. Ale czasami myślę, że nieraz wcale nie chodziło o brzuch tylko o „ból istnienia”, tęsknotę za życiem w cieplutkim brzuszku i poczucie, że wylądowało się na jakiejś obcej planecie.

  1. Niepokój dziecka przy piersi

Wojtuś jest żywym dzieckiem i bardzo zainteresowanym wszystkim dookoła, łatwo się rozprasza i silnie reaguje na wszelkie sygnały z zewnątrz. Przekłada się to również na karmienie piersią. W nocy, gdy jest wyciszony i nie bombardują go różne bodźce, nie ma problemu z jedzeniem. W dzień bywało z tym różnie. Często domagał się piersi, a po dostawieniu i upiciu kilku łyków odrywał się z płaczem. Nasiliło się to podczas zapalenia płuc, ale zdarzało nawet wtedy, gdy był zdrowy. Przyczyn tego rodzaju zachowania upatrywałam w wyżynających się zębach i obolałych dziąsłach, które nie raz potraktowałam specjalnym żelem. Tyle że zębów jak nie było, tak nie ma, ale to nie znaczy, że czasami nie dawały o sobie znać. Być może takie zachowanie było też spowodowane jakimiś kryzysami laktacyjnymi, zbyt szybkim wypływem mleka lub zbyt wolnym. A może i jedno i drugie w połączeniu z temperamentem mojego dziecka sprawiało, że tego niepokoju i nerwów podczas karmienia było u nas dużo. Coraz częściej zaczęłam karmić Wojtka na leżąco, bo w tej pozycji się relaksował. Jeśli widziałam, że jest śpiący, to dodatkowo opuszczałam rolety, by przy piersi mógł odpłynąć w tak upragnioną przeze mnie drzemkę, a i ja sama w tej pozycji wypoczywałam i nierzadko odpływałam wraz z nim. Karmienie piersią znowu zaczęło być przyjemne. Z czasem jednak dostrzegłam i cienie tego rodzaju rozwiązania. Wojtuś nie lubi być karmiony w żaden inny sposób. Wyobraźcie sobie, że ktoś Was odwiedza, a Wy musicie się nagle położyć z dzieckiem w sypialni, by je nakarmić. To samo, gdy my jedziemy do kogoś w odwiedziny. Oczywiście zawsze najpierw próbuję nakarmić go na siedząco, ale po chwili zaczyna się wiercić i marudzić, zwłaszcza gdy jest zmęczony i potrzebuje piersi, by zasnąć. Niemniej było kilka takich sytuacji, kiedy nie miał innego wyjścia, a że był już bardzo głodny, to po paru podejściach w końcu kapitulował i zjadał w innej pozycji niż leżąca, a nawet zdarzyło mu się zasnąć. Najczęściej jest to jednak poprzedzone niezłym marudzeniem.

Z karmieniem na zewnątrz podczas spaceru dochodzi jeszcze taki problem, że synu mój niby chce jeść, ale dookoła za dużo ciekawych rzeczy, by się na tym jedzeniu skupić. Przyznam, że i mnie to krępuje, gdy go dostawiam w publicznym miejscu, a on co chwilę się odrywa, rozgląda, czasem zaczyna się wściekać, bo już jednak mu się odechciało. Nie przepadam za publicznym karmieniem, choć na początku byłam do tego bardzo entuzjastycznie nastawiona. Mam też takie wrażenie, że choć dookoła mówi się o tym, że to takie naturalne, to wzbudza to jednak często przesadne zainteresowanie przechodniów. Myślę, że Wojtek doskonale wyczuwa moje skrępowanie, poczucie dyskomfortu i z tego powodu sam tak reaguje.

  1. Dieta matki karmiącej

Tak, wiem, że nie ma czegoś takiego jak dieta matki karmiącej. Wiedziałam o tym przed narodzinami Wojtusia, ale mimo to uległam presji otoczenia i stałam się jej ofiarą. Rady teściowej, czy mamy można puszczać mimo uszu, ale jeśli kolejny pediatra zaleca Ci trzymanie diety, to nietrudno poddać się jego autorytetowi, zwłaszcza gdy jest się nieco zagubioną i zdezorientowaną debiutującą matką. Inna sprawa, gdy dziecku nie doskwierają żadne dolegliwości typu wzdęcia, ulewanie czy wysypka. W takiej sytuacji pewnie je się normalnie i nie ma powodów, by drążyć temat. A jak było u nas?

Na początku, tuż po powrocie ze szpitala starałam się jeść zdrowo, w miarę lekkostrawnie, ale i różnorodnie. Wojtuś po około tygodniu dostał wysypki na twarzy. Poczytałam i uznałam, że to pewnie trądzik spowodowany moimi hormonami, ale że nie przechodziło, to wezwałam pediatrę. Poleconego, sprawdzonego itd. Pan pediatra orzekł, że to na pewno alergia pokarmowa i kazał odstawić nabiał i notować wszystko, co jem. Nabiał odstawiłam, a krostki nie znikały. Podczas następnej wizyty lekarz kazał odstawić kolejne produkty, oczywiście wszelkie alergeny typu miód, czekolada, truskawki, ale i pestki dyni czy słonecznika, jajka czy gofry amarantusowe . Na koniec powiedział, że jego córka miała uczulenie na marchewkę i kurczaka, więc nigdy nic nie wiadomo. Od tego momentu zaczęłam podejrzewać każdy produkt. Wszystko notowałam, sprawdzałam jak opętana, zastanawiając się, czy coś zjeść, czy nie. A Wojtek jednego dnia cerę miał ładniejszą, drugiego brzydszą, raz był spokojny, a innym razem po tym samym jadłospisie płakał. W końcu postanowiłam przeprowadzić test i przez jeden dzień jadłam wyłącznie ryż z domowym musem jabłkowym. Na drugi dzień Wojtek miał buzię wysypaną krostkami jak nigdy wcześniej i przez cały czas płakał i marudził. Wtedy zwątpiłam w sens prowadzenia diety. Wysypka przeszła nagle z dnia na dzień, dermatolog dziecięcy potwierdził, że to był to jednak trądzik, a ja zaczęłam znowu jeść normalnie.

Potem były szczepienia, a tuż po nich zaczęły się potworne kolki. Wtedy zdecydowałam się wezwać inną lekarkę, też poleconą. Ona również stwierdziła alergię pokarmową, ponieważ Wojtuś miał suchą skórę na kolankach i przy uszach, i nakazała restrykcyjną dietę. Po kilku dniach problemy z brzuchem znacznie złagodniały, choć nie ustąpiły zupełnie, mimo prowadzenia przeze mnie diety. Z suchą skórą udało się zawalczyć za pomocą odpowiedniej pielęgnacji. Wojtek rósł, coraz mniej płakał, nastała wiosna, na każdym kroku spozierały na mnie wytęsknione warzywa i owoce, a ja byłam coraz bardziej głodna i sfrustrowana jedzeniem kilku produktów na krzyż. Czułam całą sobą, że ta dieta już nie ma sensu, ale lekarka upierała się, by ją trzymać, a ja sama bałam się zaryzykować. W dodatku czułam się totalnie ogłupiała i nie wiedziałam, jak mądrze zakończyć ten dietetyczny horror, by przypadkiem nie zaszkodzić dziecku. W końcu wybrałam się do alergologa dziecięcego. Zobaczył tego mojego Wojtusia bez ani jednej krostki i pozwolił jeść wszystko, łącznie z tak wyczekiwanymi truskawkami czy niezbędną mi do życia czekoladą. Na koniec miałam wprowadzić nabiał. Przyznam, że tylko na to czekałam. Początkowo wszystko wprowadzałam powoli, sprawdzając reakcję przez następne dwa dni, ale potem już wyluzowałam i zaczęłam normalnie jeść. Jak mi niesamowicie smakowała wtedy zwykła biała buła z masłem i dojrzałym pomidorem.

Dziś już wiem, że ewentualna dieta eliminacyjna nie powinna wyglądać w ten sposób. Eliminuje się potencjalny alergen na kilka tygodni, a wszystko inne można jeść bez przeszkód. Po kilku tygodniach przeprowadza się próbę z danym alergenem. Eliminacja całej gamy zdrowych produktów może doprowadzić do niedoborów w organizmie i po dłuższym czasie zniechęcić do karmienia piersią. Nie wiem, dlaczego pediatrzy z taką lekkością zalecają prowadzenie diety matkom karmiącym, stwierdzając u dzieci alergie pokarmowe, kiedy nie ma ku temu wystarczających podstaw. Z perspektywy doszliśmy z M. do wniosku, że Wojtek miał najprawdopodobniej czasową nietolerancję na nabiał, który nie do końca dobrze znosił, ale podejrzenie, że może uczula go karoten i odstawienie przeze mnie marchewki czy dyni, a potem sugerowanie, że może problemy brzuchowe spowodowane są alergią na gluten, to już była lekka przesada. Nie wspominając o sugestiach, by się nie męczyć, odstawić od piersi i dać mu mieszankę dla alergików. Wiadomo, że każdy lekarz ma swoją dziedzinę, a jak się na czymś nie znamy, to może lepiej skierować do innego specjalisty niż celować na oślep z niemającymi uzasadnienia diagnozami.

Oczywiście karmimy się dalej, ale już nie wyznaczam kolejnych granic. Uwielbiam tę naszą bliskość i więź, moment, gdy Wojtuś w trakcie ssania odrywa się od piersi i patrzy na mnie z takim zadowoleniem w oczach i uśmiechem. Cudowne, niezapomniane chwile, ale z pewnością nie jest to droga dla każdej mamy i dla każdego dziecka. Teraz mam nowy cel − rozszerzanie diety. Ale to już temat na osobny wpis. Tymczasem ledwo przyszła jesień, a całą naszą trójkę dopadł paskudny wirus (i co z tymi przeciwciałami z kobiecego mleka?). W niedzielę chrzciny, także lepiej być nie mogło… Ale dziś pierwszy raz od tygodnia świeciło słońce, co pozytywnie mnie to nastroiło i dodało wiary, że będzie dobrze.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Złoty wiek niemowlęctwa

W popularnym amerykańskim poradniku* przeczytałam ostatnio o tym, że czwarty miesiąc to początek okresu zwanego złotym wiekiem niemowlęctwa. Dziecko tryska wówczas humorem, jest towarzyskie, przesypia więcej godzin w nocy i rozkochuje w sobie wszystkich dookoła. Czwarty miesiąc wprawdzie dopiero przed nami, ale chyba doświadczyliśmy tego, jak może wyglądać ten  złoty okres w ubiegłą sobotę. Wojtuś był we wspaniałym nastroju. Nie płakał, nie marudził, nic go nie bolało. Cały dzień rozsyłał nam bezzębne uśmiechy, gaworzył i nawet na spacer udało nam się wyjść bez protestów przy ubieraniu i wkładaniu do gondoli. W sobotę było dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie codzienność z dzieckiem przed ciążą i w jej trakcie. Synu, proszę o więcej takich dni!  Mam nadzieję, że nie przeskoczysz zbyt szybko tego złotego okresu, wkraczając z impetem w trudny wiek niemowlęctwa.

Odnośnie tematu kolek, to aż boję się to napisać, ale chyba nam odpuściły. Od dnia, w którym opublikowałam ostatni post, mieliśmy może jeden epizod kolkowy, w dodatku o łagodnym przebiegu. To nie jest tak, że z dnia na dzień odpuściły wszystkie nieprzyjemne dolegliwości, ale obecnego stanu nie można na pewno przyrównać do tego, przez co przechodziliśmy jeszcze niedawno. Może to nie były wyłącznie kolki… Po przeanalizowaniu sytuacji doszliśmy z M. do wniosku, że znaczne pogorszenie kondycji u Wojcieszka nastąpiło po kilku dniach od szczepienia, dlatego następną dawkę szczepionki odroczymy. Najważniejsze, że jest zdecydowanie lepiej, a ja nie zerkam popołudniami nerwowo na telefon, odliczając minuty do powrotu męża z pracy albo co gorsza nie dzwonię do niego co chwilę z płaczem, by się pospieszył. Wreszcie zaczynam dostrzegać w naszej codzienności zalążki stałego rytmu. Tata wraca na spokojnie do domu, myje ręce i od razu pędzi przywitać się z synkiem, który ląduje zaraz w jego ramionach, chyba że aktualnie jest w cycowym transie. A potem zabawa, kąpiel, znowu karmienie, przytulaski, usypianie, nieraz wieczorna płaczliwość, bo trzeba odreagować nagromadzone przez cały dzień emocje i wreszcie błogi acz nietrwający zbyt długo sen. I nawet te dni, kiedy poziom marudności Wojcieszka osiąga zaawansowane stadium, są mi niestraszne, bo wystarczy, że przypomnę sobie, jak do niedawna się męczył, a ja razem z nim i od razu mi lepiej.

Dziewczyny, z tego miejsca chciałabym Wam z całego serca podziękować za wszystkie sugestie dotyczące radzenia sobie z kolkami i przede wszystkim za moc ciepłych, wspierających słów i myśli pod naszym adresem. Jestem pewna, że to pomogło.

* „Pierwszy rok z życia dziecka”, Murkoff Heidi z Mazel Sharon

Kolki, kolki, kolki albo już sama nie wiem co…

Swego czasu żaliłam się, że dręczą nas kolki. Ale to nie były prawdziwe kolki, a dopiero ich zapowiedź. Te prawdziwe dały o sobie znać, gdy Wojtuś wkroczył w drugi miesiąc. Zupełnie nie byłam na to przygotowana. Sądziłam, że najgorsze mamy już za sobą i na tym etapie brzuszkowe dolegliwości raczej się wyciszają, a nie nadchodzi ich apogeum. Tymczasem przez ostatnie dwa  tygodnie niemalże każdego wieczoru zmagamy się z tymi nieszczęsnymi kolkami. Pierwszym symptomem jest marudzenie i nerwy podczas karmienia. Wojtuś zaczyna się odrywać od piersi, płacze, denerwuje się, bo nie jest w stanie jeść z powodu bólu. A potem jest już tylko coraz więcej płaczu, ciągłe zmienianie pozycji podczas noszenia, bo żadna na dłużej się nie sprawdza, aż w końcu po jakichś dwóch, trzech godzinach dziecko sie uspokaja, najada i zasypia. Najczęściej u mnie na klatce piersiowej. A ja wymęczona psychicznie zasypiam razem z nim. W nocy i od rana do obiadu jest spokojnie. Jeśli planuję spacer z synkiem, to tylko w tym czasie. Potem wszystko zaczyna się od nowa.

Niestety, żadne środki farmakologiczne w pełni nie działają. Wypróbowaliśmy już chyba wszystko prócz homeopatycznych czopków o zaskakująco szerokim spektrum działania i Debridatu. Ten drugi pediatra poleciła nam podczas ostatniej wizyty, jeśli nic innego nie pomoże. Niestety, by zadziałał, trzeba go podawać przez dłuższy czas. Obecnie odstawiłam już wszelkie kropelki na bazie symetykonu, bo nie przynosiły rezultatu, a Wojtek zaczął nimi wręcz pluć. Podaję jedynie Delicol na nietolerancję laktozy i probiotyk. Zauważyłam, że w stosowanych przez nas metodach nie może być rutyny. Jeśli ciepła kąpiel okazała się zbawienna dwa razy, to trzeci raz już niekoniecznie. To samo z kateterem rektalnym WINDI, szumami suszarki, piciem herbatki z kopru włoskiego, masażem i ogrzewaniem brzuszka. Jedynie tulenie i noszenie na rękach jest zawsze na czasie, no i smoczek, który synek dostał dopiero niedawno i okazał się być dla niego (i dla nas) zbawienny. A poza tym trzeba kombinować i dostosowywać się do sytuacji.

Ostatnie dni jednak bardzo mnie podłamały, bo kolka zdobyła nasz ostatni bastion, mianowicie przyjemność karmienia piersią. Wcześniej był z tym problem tylko w trakcie wieczornych ataków, ale od czwartku nerwy i płacz zaczynały się niemalże przy każdym dziennym karmieniu. W końcu Wojtuś był w stanie spić mleko tylko z jednej piersi i po dłuższej przerwie z drugiej, a popołudniami bywało i tak, że w ogóle nie mógł jeść, aż do wieczora. W przerwach między karmieniami był natomiast pogodny i spokojny, jakby nic mu nie dolegało. W nocy też bez problemu. Zaczęłam się zastanawiać, czy to w ogóle są objawy kolkowe, czy może jakiś skok rozwojowy albo jeszcze coś innego? Nawet ściągnęłam trochę mleka i próbowaliśmy nakarmić synka butelką, ale oczywiście Wojtuś już nie pamięta, jak to się pije z butli. Przez myśl przemknęły mi też  zęby, bo od niedawna ślina do pasa i ciągłe wkładanie rączek do buzi, jednak pediatra to wykluczyła. Zleciła nam podstawowe badania i USG brzuszka. Ja od kilku dni znowu jestem na ścisłej diecie, bo zdaniem lekarki Wojtuś ma też alergię pokarmową (chropowata, jakby gęsia skórka na nóżkach i za uszami oraz nawracająca ciemieniucha). Trzymam tę dietę ze względu na brzuszek, ale nie jestem przekonana, że to alergia, bo prowadziłam na początku taką restrykcyjną dietę przez prawie miesiąc, robiłam co dzień notatki, wykluczałam i wymieniałam kolejne produkty i nie miało to żadnego przełożenia na wysypkę, którą wtedy Wojtuś miał na buzi. Z czasem sama zniknęła. Winne były prawdopodobnie moje hormony.

A dzisiejszy dzień jakby darowany nam przez los czy niebiosa. Piersi znowu na fali, tylko odrobina marudzenia, a poza tym duża potrzeba bliskości i tulenia. Mam nadzieję, że to wszystko nie po to, byśmy nabrali sił na kolejne ciężkie zmagania. Na pewno wyciszyła mnie nieco wczorajsza wizyta mojej mamy i melisa, którą zaczęłam popijać. Tak bym chciała, by było już lepiej i żebyśmy mogli normalnie wyjść z dzieckiem na spacer czy do przyjaciół, ale nie mam złudzeń, że to koniec. Za niecałe dwa tygodnie Wojtuś kończy trzy miesiące. Niestety to nieprawda, że kolki znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po osiągnięciu przez niemowlę tego wieku. Bardzo często utrzymują się do końca czwartego miesiąca. Musimy to jakoś wspólnie przetrwać. Obyśmy tylko mogli się karmić dalej bez przeszkód piersią…