Cztery miesiące z W.

Cztery miesiące razem. Wypełnione po brzegi bezwarunkową, szaloną miłością. Mój uporządkowany  dotychczas świat wywrócony do góry nogami. Tylko On sprawia, że mimo snu klejącego powieki, dzień w dzień budzę się nad ranem szczęśliwa i pełna werwy. On uczy mnie spontaniczności, szybkiej zmiany planów, dostosowywania się do sytuacji, kreatywności i siły spokoju w najbardziej stresujących sytuacjach. Jaki jest? Prawie nie śpi w dzień, wciąż nie lubi spacerów w gondoli, od miesiąca boi się odkurzacza, za to pokochał kąpiele, uwielbia być na golaska i przeglądać się w lustrze. Ubóstwia swój retro wózek, w którym czasem udaje mi się go nawet uśpić, a czasem kończy się na tym, że wtóruje mi, gdy mu śpiewam. Kocham go. Najbardziej na świecie. I każdego dnia w tej codziennej bieganinie przystaję na chwilę, przytulam do siebie to rozgrzane, rozbiegane ciałko, czasem rozchichrane w bezzębnym uśmiechu, innym razem rozwrzeszczane, i przepełnia mnie wdzięczność, bo wciąż nie mogę się nadziwić, że Go mamy. Takiego idealnego, wyjątkowego i tak bardzo naszego. I wtedy nagle wydaje mi się, że był z nami od zawsze, bo już nie potrafię sobie wyobrazić ani przypomnieć, jak pusto nam było we dwoje.

Ale ktoś tam dba o to, byśmy nie rozpłynęli się w tym cukrowym oceanie szczęśliwości, dosypując nam co jakiś czas odrobinę dziegciu. Teraz walczymy z wirusami, które krążą w kółko nad naszą trójką. Katar dla niesiedzącego niemowlaka karmionego piersią −  katorga. Jakby tego było mało powoli wykluwają się zęby. Ale wiem, że mój dzielny Wojownik zaprawiony w kolkowych bojach da radę, zwłaszcza że ma przy sobie rozkochanych i zawsze gotowych do noszenia i tulenia rodziców.

Zapisz

Listopad podszyty smutkiem tuż, tuż

W tym roku listopad nieco wcześniej niż zwykle przycupnął za drzwiami. Wmieszał w październikowe promienie słońca garść ciemności, smutku, tęsknoty… Sprawił, że cierpkie wspomnienia wypłynęły na powierzchnię. W zeszłym roku o tej porze dzieliła nas już tylko chwila od spotkania z synkiem. Trwały ostatnie przygotowania. Wielkie sprzątanie, mycie okien, prasowanie dziecięcych ubranek, urządzanie kącika dla T. w naszej sypialni. Ostatnie zakupy. Zamiast kolejnej paczki pieluch czy śpiochów, uroczy kot podróżnik, który prosto znad łóżeczka trafił do malutkiej trumny, by towarzyszyć naszemu synkowi w tej ostatniej wyprawie. W tym roku przez tydzień przechodziłam obok kwiaciarni, zanim zebrałam się w sobie, by wreszcie wejść do środka i zamówić wiązankę. Nie obyło się bez uronienia kilku łez, gdy pani zapytała, na czyj grób ma być ta wiązanka. A potem jeszcze ta wycieczka do zamku Książ, którą zorganizowałam spontanicznie i nieświadomie, nie wiedząc o tym, że piętnasty października to Dzień Dziecka Utraconego. Usłyszeliśmy o tym już w drodze, w radiowych wiadomościach. Przeszył mnie wyrzut sumienia. Zrobiło mi się potwornie przykro, bo to trochę tak, jakbym zapomniała o prezencie z okazji Dnia Dziecka. I ja, i M. milczeliśmy tego dnia więcej niż zwykle.

Myślę o T. bardzo często. Czasem płaczę z tęsknoty, z bólu, z poczucia niesprawiedliwości… Ale czuję jednocześnie, że rany się zagoiły, a ja stoję już po słonecznej stronie ulicy. Jest we mnie dużo więcej radości niż żalu. Przepełnia mnie bezgraniczna wdzięczność za to, że rośnie we mnie nowe życie i każdego dnia daje znać o swojej obecności, wiercąc się w moim brzuchu i wymierzając kolejne kopniaki, jakby chciało krzyknąć: „Hej, mamo! Ja tu jestem, nie smuć się, bo mnie też robi się okropnie smutno”. Czasem opowiadam maluszkowi, którego noszę w sobie, o tym, że miał braciszka i że ten braciszek jest teraz naszym aniołkiem. Takim na wyłączność.

Za chwilę kolejny listopad. Kiedyś lubiłam ten miesiąc, będący niczym wyrwa w roku, amorficzne przejście między jesienią i zimą. Ale tamten listopad odmienił mnie na zawsze.

SONY DSC