O korzyściach płynących z wychodzenia z domu

Jesień, zwłaszcza w deszczowej i wietrznej odsłonie, to idealny czas dla prawdziwych domatorów. Takich jak ja. Lubiących zaszyć się w domu pod kocem, z książką i ciepłą herbatą i najlepiej z jakimś domowym wypiekiem na podorędziu. Jesienią nie dokuczają mi wyrzuty sumienia, że jestem bardziej w środku niż na zewnątrz. Jesienią znowu zaczynam lubić nasze mieszkanie, ulokowane pośród  śródmiejskiego zgiełku. Ale nawet ja, zapalona domatorka, miewam dość dni spędzonych sam na sam ze swoimi myślami. Myśli te uwięzione w czterech ścianach zaczynają się niebezpiecznie kłębić po głowie, plątać i nawarstwiać. Prozaiczne sprawy nabierają niespodziewanie wyższej rangi, a te mniej prozaiczne jawią się jako przeszkody wręcz nie do pokonania. To znak, że trzeba wyjść z domu, otworzyć się nieco na oścież. A jak się już wyjdzie na zewnątrz, trochę dalej niż na spacer po parku czy do sklepu, to może człowieka spotkać coś całkiem miłego. Na przykład pani na przystanku pochwali torebkę, że ładna i zapyta, gdzie kupiona. A potem życzy jeszcze miłej soboty. I od razu robi się ciepło na sercu. Bo to coraz rzadziej się zdarza, żeby komuś się tak chciało w wielkim mieście sympatycznie i bezinteresownie zagadnąć.

Wielce przyjemna i zabawna sytuacja przydarzyła mi się natomiast w palmiarni, którą postanowiłam odwiedzić kilka dni temu. Wiadomo, w środku tygodnia nie było tam tłumów. Prócz mnie grupa dzieci i jakiś młody chłopak. Pochodziłam sobie, wygrzałam się w aż zanadto jak dla mnie tropikalnych temperaturach, popatrzyłam na dziwne okazy ryb, aż tu nagle młody chłopak pyta mnie ni stąd, nie zowąd: „A co ty tak sama zwiedzasz?”. Pogładziłam się po brzuchu i mówię z uśmiechem, że wcale nie tak samotnie. Jego mina, gdy zorientował się, że jestem w ciąży, bezcenna. Ale jak on mógł tego nie zauważyć? Przecież ja po raz pierwszy od wielu tygodni założyłam dopasowaną bluzkę, uznając, że mój brzuch wreszcie przestał wyglądać jak wzdęty na skutek przejedzenia, a zdecydowanie przypomina ciążowy. No ale on stwierdził, że nic nie widać.* I jeszcze mi potem mówi, że w takim razie będę młodą mamuśką. Myślał, że ja dwudziestoparolatka, a nie kobieta 30+. Pogawędziliśmy sobie, na koniec życzył mi wszystkiego dobrego i kazał dbać o siebie i dziecko. No i po takim wyjściu wracam sobie do domu wielce zadowolona. Wieczorem opowiadam M., co też mi się przydarzyło. Śmiejemy się, żartujemy. Rano on zamiast czarnego polaru wyciąga z szafy jeden z moich ulubionych swetrów i marynarkę, a po pracy idzie w końcu do fryzjera. Dlatego warto wychodzić z domu. Płyną z tego różne korzyści.

A jutro w ramach robienia na przekór naszej domatorskiej naturze jedziemy na wycieczkę, zwiedzać pewien słynny zamek. Bilety zakupiłam celowo przez Internet, żebyśmy przypadkiem nie wymyślili sobie w sobotę z rana jakiejś doskonałej wymówki, by jednak nie ruszać się z domu.

* To było tydzień temu, sytuacja uległa zmianie.

zamek-ksiazŹródło