Falstart

A jednak nie będę mamą na etacie. Nie wiem, co mnie podkusiło, by pod koniec roku szkolnego decydować się na pracę na stanowisku nauczycielki. No dobra, przyznaję, że nie bez znaczenia była perspektywa niemalże dwumiesięcznych wakacji. Okazało się jednak, że to był pod wieloma względami falstart, a ja przeżyłam brutalne zderzenie ze szkolną rzeczywistością. Po pierwsze nigdy nie pracowałam w tym zawodzie, ale wydawało mi się, że do tego dojrzałam i że będę czerpać z tego przyjemność. Po drugie zgubiło mnie zbyt idealistyczne podejście do pracy w szkole i brak doświadczenia. Gimnazjaliści doskonale wyczuli to, że nie jestem typem srogiej pani, która bez wahania stawia jedynki i niestety szybko mnie zdominowali. Z czwartoklasistami, którzy przypadli mi w udziale, czułam się jak w przedszkolu. Byli zainteresowani wszystkim innym, tylko nie lekcją i tym, co do nich mówię. Z rodzicami na szczęście nie miałam styczności, bo w porę się opamiętałam i porzuciłam to zacne, ale jakże niedoceniane zajęcie.

Powrót do pracy miał być odskocznią, a stał się źródłem frustracji i stresu. Z ulgą wróciłam do domowych obowiązków i etatu mamy. Na razie zawieszam szukanie nowej pracy na bliżej nieokreślone jutro. Na pewno na moment, gdy zakończy się nasza mleczna droga i Wojtek zacznie przesypiać noce, a przynajmniej wieczory. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę szukać pracy w szkole. Jedno mogę stwierdzić − jestem pełna podziwu dla wszystkich nauczycieli. Epizod ten zaliczam do kategorii: „Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Może to był taki prztyczek w nos na przyszłość, kiedy to Wojtuś przekroczy szkolne progi, bo rośnie mi niezłe ziółko. Teraz czas pomyśleć o jakimś wakacyjnym wyjeździe. Góry czy morze? Oto jest pytanie. Chyba jednak morze. Piasek jest taki zajmujący. Choć za górami tęsknię już tak bardzo, że aż słów mi brak.

Z roczniakiem w domu

Gdy dziecko kończy rok, najczęściej pojawiające się pytania to: Czy jeszcze karmisz piersią? Czy już chodzi? Czy wracasz do pracy? W każdym razie są to sprawy, o które pytają mnie moje sąsiadki. Nic w tym dziwnego, bo to kwestie, które i mnie nurtują. Pierwsze kroki Wojtuś ma już za sobą i niedługo pewnie zacznie chodzić na dobre, a ja z jednej strony wyczekuję tego etapu, a z drugiej wcale mi się do niego nie śpieszy. Piersią wciąż karmię, choć nie ma dnia, a właściwie nocy, bym nie rozmyślała o odstawieniu, ale to temat na osobny post. A jeśli chodzi o pracę, to przez jakiś czas postanowiłam zostać na domowym etacie.

Po pierwsze, to nie mam pracy, do której mogłabym wrócić, bo gdy zaszłam w ciążę z Wojtusiem, byłam zatrudniona na zastępstwo i od początku wiedziałam, że umowa nie będzie przedłużona. Wcześniej pracowałam naukowo i dodatkowo jako freelancer. Praca naukowa to zamknięty rozdział w moim życiu, ale do zleceń teoretycznie mogłabym wrócić, tylko wymagałoby to przeorganizowania naszej codzienności. Nie wyobrażam sobie pracować w domu przy Wojtusiu. Nie można go na zbyt długo spuścić z oczu, a gdy już zaśnie, to najczęściej ja też drzemię z nim lub regeneruję się, czytając książkę czy przeglądając Internet. O nadgonieniu jakichś domowych obowiązków nie ma mowy, bo Wojtka budzi najcichszy szmer, chyba że zależy mi na tym, by się obudził, to wtedy oczywiście śpi kamiennym snem. Pozostają wieczory, ale jako typowy ranny ptaszek nigdy o tej porze nie byłam wydajna, a po całym dniu z Wojtkiem to już tym bardziej. I jeszcze jedna kluczowa dla mnie kwestia. Gdy się tak przebywa z dzieckiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, to raczej  człowiek miałby ochotę z rana się wyszykować, zamknąć za sobą drzwi i poprzebywać trochę z dorosłymi ludźmi, a niekoniecznie zostać w czterech ścianach i rozgardiaszu.

Do jesieni postanowiłam dać sobie czas, nacieszyć się w pełni wiosną i latem, zwłaszcza że z takim roczniakiem podskakującym w wózku na widok każdego mijanego psa, gołębia, autobusu czy tramwaju jest naprawdę wesoło. Żal by mi było tych ciepłych miesięcy, które na pewno dają większe pole do popisu niż zima. W zeszłym roku nie nacieszyłam się nimi wystarczająco. Przyznaję jednak, że miewamy też trudne dni, kiedy marzę o tym, by wyjść z domu na te kilka godzin, wrócić stęskniona do mojego dziecka i zająć się nim z nową energią. Ale wtedy z opresji ratuje nas najczęściej babcia. Jesienią będę się martwić, co dalej. A może wcale nie trzeba będzie się martwić, bo życie przyniesie najlepsze rozwiązanie w najdogodniejszym momencie…