Rok temu…

tort-w-sypialni

Rok temu patrzyłam przez okno na szpitalny dziedziniec. Było mroźnie i słonecznie. A nad ranem zaczął prószyć śnieg. Patrzyłam w to okno i nie mogłam przestać się uśmiechać. Wydawało mi się, że unoszę się lekko nad ziemią. A obok mnie, na wyciągnięcie ręki spałeś Ty.

To był najbardziej przełomowy i wyjątkowy rok w moim życiu. Rok z naszym synkiem Wojtusiem. Rok, w którym oddałam się macierzyństwu, byciu z Nim i dla Niego, budzeniu się i zasypianiu przy tym małym, ciepłym ciałku.

Czy coś bym zmieniła, gdyby ktoś pozwolił mi cofnąć czas? Chyba bardziej cieszyłabym się chwilą, mniej przejmowała błahościami dnia codziennego. Tym, że niepozmywane, że nieodkurzone, że obiad jemy na kolację… Może udałoby mi się żyć jeszcze uważniej. Ale na pewno nie oddałabym ani jednej chwili, którą spędziliśmy razem. Nie żałuję nieodbytych wizyt u kosmetyczki czy u fryzjera, nieobejrzanych seriali, nieprzebiegniętych dystansów i niedojedzonych w spokoju śniadań. Na to wszystko przyjdzie jeszcze pora, a Ciebie takiego małego i pachnącego miałam tylko raz. I nie wymazałabym nawet tych łez z bezsilności czy zmęczenia, małych smutków, które czasem wkradały się w nasze życie. Dziś wiem, że były potrzebne i oczyszczające. Z nich również utkane jest moje macierzyństwo.

Ten rok minął, zanim się obejrzałam, zanim na dobre rozgościłam się w byciu mamą. I wciąż mi tego mało.

LiśćWojtusiu, jesteśmy dumni i przeszczęśliwi, że zostałeś naszym synkiem. Rok temu dzięki Tobie obudziliśmy się na nowo do życia.

wojcieszektorcik-na-stole

Pierwsze dni we troje

cof

Wymarzyłam sobie, jak będzie wyglądał nasz powrót do domu ze szpitala. Świeże kwiaty w wazonie, mieszkanie pachnące i wysprzątane, w garnku pyrkocząca zupa. No ale moja idealistyczna wizja rozbiegła się nieco z rzeczywistością. Wszystko odbyło się na wariackich papierach. Do ostatniej chwili nie wierzyliśmy, że wypuszczą nas ze szpitala już po trzech dobach. M. w dniu naszego wyjścia miał w firmie premierę projektu, nad którym pracowali od miesięcy, więc siedział w naszej sali (mieliśmy jedynkę) z laptopem i słuchawkami na uszach i próbował wszystko domknąć. Ja w tym czasie pakowałam majdan, który zgromadziliśmy przez te raptem trzy doby, a do pokoju co chwilę zaglądały panie sprzątające, które mogłyby już skończyć zmianę i pójść do domu, gdyby nie my. Kombinezon na wyjście, który uszykowałam dla Wojtka, okazał się za wielki, więc w pośpiechu kombinowaliśmy inne ciuszki. Na szczęście tego dnia pogoda była iście wiosenna i słoneczna, za co w nagrzanym samochodzie, stojąc w korkach nie byliśmy już tak wdzięczni. Odetchnęliśmy z ulgą po wejściu do mieszkania, ale tylko na chwilę, bo Wojtek głodny, a my bez sztucznego mleka, które wtedy musiałam mu podawać, ponieważ dopiero rozkręcałam laktację. Mąż popędził więc po mleko, a ja zostałam jak sparaliżowana z rozwrzeszczanym maluchem w totalnym bajzlu. Przed nami była jeszcze noc. Wojtuś nie dał się nawet na chwilę odłożyć, nosiliśmy go więc na zmianę, choć głównie M., bo mnie potwornie bolał brzuch. W dodatku byłam na etapie pobudzania laktacji, więc co trzy godziny ściągałam pokarm, którego spływały znikome ilości, co przy wyczerpaniu fizycznym i bólu doprowadzało mnie do łez. Rano ze snu wybudziła nas położna. Zaraz po niej przybyła na szczęście z odsieczą moja mama, wprawdzie z obojczykiem w gipsie, ale mimo to pomogła nam jakoś ogarnąć ten chaos. Chwała babciom!

A teraz nasze życie kręci się wokół karmienia, przewijania, przebierania, prania, obcinania mikroskopijnych pazurków, zakraplania oczek, werandowania i sporadycznych jak dotąd kąpieli. Jesteśmy jeszcze tacy nieporadni w tym wszystkim. Wojtek a to się obsika z powodu źle założonej pieluchy, a to obsika nas podczas przewijania albo jeszcze lepiej zrobi w trakcie kupę, wysika się do wanienki w czasie kąpieli albo uleje mu się sowicie tuż po przebraniu w nowe ciuszki. Jak widać sprawy okołopieluchowe to teraz nasza główna bolączka, ale wprawiamy się. Najgorsze są napady płaczu spowodowane kolką lub nie wiadomo czym. Zdarzyły nam się dwa takie wieczory i na razie (tfu, tfu) się nie powtórzyły. Serce rozpada się na kawałki, gdy dziecko cierpi, a nie wiadomo, jak mu pomóc.

Ja, maniaczka planowania i organizacji, uczę się trudnej sztuki odpuszczania i dostosowywania do sytuacji. Nie zawsze to, co sobie umyślę do zrobienia na dany dzień, mam szansę zrealizować. Kiedyś  takie niewykreślone sprawy z listy to do wprawiały mnie w duże niezadowolenie z samej siebie. Teraz staram się nie zaprzątać nimi głowy. Czasem zamiast odkurzania, upieczenia ciastek czy nałożenia odżywki na paznokcie wybieram drzemkę razem z dzieckiem czy ewentualnie wpatrywanie się w śpiącego synka. Sprawy mniej istotne muszą poczekać na swoją kolej. Wiem, że za jakiś czas uda nam się wypracować plan dnia (przynajmniej mam taką nadzieję), ale na razie trzeba dać się ponieść bezwiednie tej fali spontanicznej codzienności dyktowanej potrzebami noworodka. Najważniejsze to być blisko. Tulić, wąchać, całować i wyciskać te chwile do ostatnich kropli.

Zapisz

Zapisz

Kronika wypadków świątecznych

Tak długo odkładałam na później przyjemność czytania „Bożego Narodzenia w Bullerbyn”, że o mały włos byłabym się spóźniła i lektura uległaby dezaktualizacji. Na szczęście drugi dzień świąt zaplanowaliśmy w domu i miałam chwilę, by poczytać sobie i Malutkowi. Rozbawiło mnie zdanie wygłoszone przez jedną z bohaterek: „Wszystko jest takie piękne i bożonarodzeniowe, że aż mnie brzuch boli”.

U nas w tym roku też było pięknie, ale na pewno nie idealnie, bo nie obyło się bez kilku wpadek. Na te święta szykowałam się szczególnie i z wyjątkowym namaszczeniem. Wszystko dużo wcześniej skrupulatnie zaplanowałam, a potem z satysfakcją punkt po punkcie wykreślałam z listy kolejne zrealizowane zadania, by na koniec i tak w biegu piec świąteczne ciasta. I to się na mnie zemściło, bo zawiozłam do mojej babci (u której w tym roku odbywała się Wigilia) pierwszorzędnego zakalca w postaci torcika piernikowo-serowego. Niestety, zanim zdążyłam się zorientować, że ciasto nie nadaje się do serwowania, wszyscy w podejrzanej ciszy dzielnie je konsumowali. Nikt nie miał odwagi powiedzieć ciężarnej, że mój popisowy torcik się nie udał, aż sama z przerażeniem to stwierdziłam, kiedy tylko go skosztowałam. W dodatku wcześniej M. zdążył wygłosić peany na temat moich cukierniczych zdolności, co tylko wzmogło potem gorycz mej porażki. Poza torcikiem przygotowałam też tartę chałwową, która wyszła smaczna, ale nie zrobiła aż takiej furory, jak się spodziewałam. Mój honor podratowały nieco kruche ciasteczka z żurawiną i orzechami. Całe szczęście, że babcia puściła mimo uszu moje zapewnienia, że w tym roku to ja zadbam o świąteczne wypieki i upiekła jednak sernik. Nadgorliwość to pierwszy stopień do piekła, chciałoby się napisać.

Na nieudanych wypiekach się nie skończyło. Już w piątek przekonałam się, że licho nie śpi, gdy wyszłam przed południem na spacer bez kluczy do mieszkania, a męża wysłałam w tym czasie po ostatnie sprawunki. Potem okazało się, że bluzka, którą kupiłam specjalnie na święta, skurczyła się w praniu, przez co musiałam założyć inną, a niestety wybór ubrań, w które obecnie się mieszczę, jest znacznie ograniczony. U rodziców M. było jeszcze zabawniej, bo teściowa wlała przepyszną grzybową do kompotu, a teść tak szczodrze dokładał do kominka, że prawie cały dom poszedł z dymem, natomiast ciocia Basia postanowiła wszystkim wyliczyć, jaką mają nadwagę, nie zważając przy tym na suto zastawiony stół jako niezbyt sprzyjającą okoliczność. I tylko kuzynka M. (moja rówieśniczka) nie zawiodła i jak zawsze zadbała o oryginalną prezencję. Tym razem zaskoczyła nas wrzosowym kolorem włosów.  I piszę to bez krzty przekąsu. Kiedyś nieco się podśmiewałam z jej eksperymentów, ale dziś doceniam to, że stać ją na oryginalność, która rozwesela tę szaro-burą aurę.

To były zdecydowanie udane święta, a wszelkie wpadki i niedociągnięcia uczyniły je jeszcze bardziej wyjątkowymi. Nie zabrakło też wzruszających momentów. Martwiłam się tylko, czy synu nie wywinie nam jakiegoś psikusa i nie postanowi się polenić, doprowadzając tym samym rodziców do paniki, ale na szczęście fikał bez umiaru, wtórując swoim rozbrykanym kuzynom.

Wrzucam kilka telefonicznych kadrów z mojego piątkowego, przedpołudniowego spaceru. Przez chwilę było nawet odrobinę zimowo, a poza tym pusto i bardzo nastrojowo.

 

Zapisz

Zapisz