Lipcowe małe przyjemności

Zawsze z przyjemnością czytam na odwiedzanych przeze mnie blogach wpisy z cyklu „Lubię to” z różnymi inspiracjami i odkryciami. Od dawna myślałam o tego rodzaju cyklu u siebie, ale będąc w ciąży nie zdążyłam tego pomysłu zrealizować, a potem tym bardziej nie miałam na to czasu. I tak minął marzec, kwiecień, maj, przyszło lato, właśnie przemknął lipiec, więc uznałam, że to już najwyższy czas, by do takiego wpisu przysiąść. Plan jest taki, aby co miesiąc napisać Wam o tym, co aktualnie mi się spodobało, co mnie zachwyciło czy zainspirowało, ale co nie jest związane (przynajmniej nie bezpośrednio) z macierzyństwem. Macierzyństwo wciągnęło mnie bez reszty, jednak czuję, że czas pomyśleć odrobinę o sobie i wygospodarować dla siebie nieco więcej przestrzeni. Niech to będzie pierwszy krok.

Serial „Ania, nie Anna”

anneWszyscy dookoła polecają ten serial, więc i ja się skusiłam do jego obejrzenia, zwłaszcza że postać Ani z Zielonego Wzgórza była mi w młodzieńczych latach bardzo bliska, żeby nie powiedzieć, że się utożsamiałam z jej marzycielską naturą. Oglądanie go było dla mnie nie tylko małą, ale wręcz dużą lipcową przyjemnością. To pierwszy serial, który udało mi się zobaczyć, od kiedy Wojtuś jest z nami. Swego czasu zrobiłam jeszcze podejście do „Wielkich kłamstewek”, ale chyba nie wciągnęłam się w nie wystarczająco, a poza tym podjęte tematy, postacie jakoś nie wpływały dodatnio na mój nastrój. Co innego serial o Ani. Przy nim odetchnęłam, pośmiałam się, wzruszyłam, zachwyciłam pięknymi widokami i główną bohaterką. Gorąco polecam, uprzedzając jednocześnie, że to zdecydowanie dziewczyńskie klimaty.

Miejsce w sieci

rudorozSzukając jakiejś fajnej tapety na pulpit, trafiłam na piękny blog Magdy o nazwie Rudoróż. Jego autorka co miesiąc udostępnia do pobrania tapety własnego autorstwa, które idealnie trafiają w mój gust. A i poczytać przyjemnie, ostatnio na przykład o miłości do gór. Zajrzyjcie!

Smakołyki

Dotychczas przy Wojcieszku trudno było mi znaleźć czas na pieczenie i szykowanie sobie zdrowych słodkości do przegryzienia. A że nie potrafię się bez tego rodzaju smakołyków obejść, to powinnam mieć zawsze coś takiego na podorędziu. Na szczęście teraz można znaleźć w sklepach różne smakołyki nieskładające się z samego cukru czy syropu glukozowo-fruktozowego. W lipcu wypatrzyłam w osiedlowej żabce pełnoziarniste ciastka z liofilizowaną maliną. Bardzo mi posmakowały i tak zajadałam się nimi przy każdej okazji. Mimo wszystko mam nadzieję, że w sierpniu znajdę trochę więcej czasu na domowe smakołyki, zwłaszcza że teraz taki owocowy dobrostan i nie trzeba wiele zachodu, by coś zdrowego i smacznego przyrządzić.

ciastkaCiuchowe łowy

W pewną lipcową sobotę udało mi się wyskoczyć na małe zakupy. Kupiłam sobie lniane spodnie, które równie dobrze mogłyby uchodzić za pidżamowe, i wzorzystą spódnicę w Tatuum. No i ta spódnica okazała się jak najbardziej trafionym łupem. Polubiłam się z nią. Najpierw czekałam na jakąś okazję (typu kawa z przyjaciółką), by ją założyć, ale doszłam do wniosku, że taka okazja może się i do końca wakacji nie trafić, więc zakładam ją nawet na zwyczajny spacer po parku z dzieckiem.

edfI to by było na tyle. Mam nadzieję, że sierpień będzie obfitszy w małe przyjemności, bo troszkę mizernie to wygląda. Nagietkowo-cytrynowe półkule kąpielowe czekają od marca na wypróbowanie.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Kulinarny melanż i przepis na migdałowe herbatniki

Trzeci tydzień czerwca obfitował przede wszystkim w nowe doznania kulinarne. W naszym mieście odbywała się kolejna edycja Festiwalu Dobrego Smaku. Najpewniej przegapiłabym to wydarzenie, gdyby nie E., która namówiła mnie w piątek na wspólny obiad na mieście. Spędziłyśmy więc bardzo miłe popołudnie, szwendając się od lokalu do lokalu i kosztując różnych festiwalowych dań. Spróbowałyśmy między innymi pipka gęsiego,  jeśli wierzyć kucharzowi, bo nie udało nam się go rozpoznać wśród towarzyszących mu owoców i korzennych warzyw oraz kawałków przepysznej kurzej wątróbki. Z deserów najbardziej zasmakował nam ten serwowany w malutkiej pracowni cukierniczej, o której istnieniu nie miałyśmy dotąd pojęcia. Były to cztery aksamitne i rozpływające się w ustach musy czekoladowe, których koniecznie muszę jeszcze spróbować. W sobotę skusiłam się natomiast na ozory wieprzowe, ponieważ nigdy wcześniej ich nie jadłam, a nie odważyłabym się przygotować ich w domu. Nie przypadły mi jednak do gustu, za to M. opędzlował talerz z wielkim apetytem. Na koniec postanowiliśmy nie ryzykować i na zwieńczenie trwającej trzy dni kulinarnej rozpusty zafundowaliśmy sobie pierś kaczki w asyście konfitury figowej.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie przyrządziła w weekend czegoś w domu. Mama przywiozła mi z gór słoiczek ręcznie robionej konfitury z płatków róży. Głowiłam się, do czego ją wykorzystać, aż w końcu na myśl przyszły mi kruche ciastka. Zdecydowałam się upiec migdałowe herbatniki według przepisu Sigrid Verbert z książki „Smakowite prezenty. Słodkie i słone przysmaki na cały rok”.

Herbatniki

Książkę tę kupiłam przed którymiś świętami Bożego Narodzenia, kiedy to miałam ambitne plany przygotowania samodzielnie prezentów dla bliskich. Nie przypominam sobie jednak, bym cokolwiek z niej przyrządziła, aż do ostatniego weekendu. Pierwszą partię herbatników porządnie przypiekłam, bo przez pomyłkę  ustawiłam o kilkadziesiąt stopni za wysoką temperaturę w piekarniku. Wyjęłam je w ostatniej chwili, kiedy to do moich nozdrzy zaczęła dobiegać już woń spalenizny. Drugą partię piekłam we wskazanej w przepisie temperaturze, jednak po skosztowaniu pierwszego ciastka zorientowałam się, że zapomniałam dodać do nich cukru! Na szczęście konfitura z płatków róży, której użyłam do przełożenia herbatników, nadała im wystarczająco słodyczy. Do zlepienia herbatników można oczywiście użyć dowolnej ulubionej konfitury, powideł czy dżemu (w oryginalnym przepisie jest to dżem malinowy). Jak sama nazwa wskazuje, herbatniki najlepiej chrupać, popijając je herbatą, ale kawa też się nada.

SONY DSC

Herbatniki z migdałami, cynamonem i malinami

(Sigrid Verbert, „Smakowite prezenty. Słodkie i słone przysmaki na cały rok”)

250 g mąki, 125 g masła, 125 g cukru, 2 jajka, 65 g mąki migdałowej, tarta skórka cytryny, szczypta cynamonu, szczypta soli, dżem malinowy (na około 20 herbatników)

Wymieszać mąkę z mąką migdałową, cukrem, cynamonem, solą i masłem. Wyrobić wszystko delikatnie palcami na sypką masę. Wbić jajka i dodać tartą skórkę cytryny. Szybko wyrobić. Uformować z ciasta kulę, zawinąć ją w folię spożywczą i włożyć do lodówki na dwie godziny. Po tym czasie rozwałkować ciasto na grubość 3 mm, wyciąć herbatniki i w połowie z nich wyciąć na środku gwiazdki. Piec przez 15-20 minut w temperaturze 180°C. Zostawić do wystygnięcia i posmarować dżemem malinowym.