Pół roku Wojcieszka

Jutro nasz synek skończy sześć miesięcy. Tym razem nie napiszę: „Kiedy to minęło?”. Bo z jednej strony minęło zatrważająco szybko, a z drugiej strony dobrze pamiętam te pełne radości, ale i jakże wymagające dni, tygodnie, miesiące. Macierzyństwo to dotąd moje największe życiowe wyzwanie. Dużo trzeba z siebie dać, ale najwspanialsze jest to, że jeszcze więcej się zyskuje.

Wojtuń. Szogun i Wiercipiętek, jak zwykłam nazywać go, gdy siedział sobie jeszcze w moim brzuchu. Sen to wciąż dla niego strata czasu. Drzemki w dzień po pół godziny do czterdziestu minut. Ledwo ugotuję obiad, nałożę na talerz, czekam, aż przestygnie, zabieram się za jedzenie, a on się budzi i domaga cycka. Na spacerach śpi nieraz dłużej (godzina dziesięć to rekord), ale wtedy to nie mam szans, by coś w domu ogarnąć. No i po takim godzinnym łażeniu sama jestem wypompowana. No lubi chłopak, by się nim zajmować. Ale też szybko się nudzi. Na przykład w samochodzie. Fotelik to raczej nie jest jego ukochane miejsce. Nie może pojąć, że w trakcie jazdy nie wyciągnę go z niego i nie wezmę na ręce. Czasem zasypia, a czasem drze japę całą drogę. Dlatego też w tym roku odpuściliśmy dalszy wakacyjny wyjazd. Nie mam na to siły, a i dla niego pewnie żadna przyjemność. Za to wciąż kocha kąpiele w wanience i fikanie na golasa. Ku mej uciesze lubi też ze mną tańcować, gdy noszę go na rękach (jakieś trzy miesiące temu raczej nie było o tym mowy). Jeśli potrzebuję zastrzyku energii, to włączam nam tegoroczny przebój lata „Despacito”, ewentualnie moje niegdysiejsze, zumbowe hity „Bailando” i „La Tortura”. Na wyciszenie najlepiej sprawdzają się: Alabama Shakes „This Feeling”, Sorry Boys „Zwyczajne cuda” i wspaniały, wakacyjny Devendra Banhart. Uwielbiamy zwłaszcza „Mi Negrita”.  Tata z kolei upodobał sobie „Kołysanki utulanki” Turnau & Umer. Wojtuś zapada przy nich w sen, naturalnie ostro bujany i wożony po całym mieszkaniu w naszym niezawodnym retro wózku. Co ja bym zrobiła bez tego wózka…

No wymagający trafił nam się gagatek. Ale kochamy go bezgranicznie. Uwielbiam te wielkie ślepia wpatrujące się we mnie z samego rana. Małe łapki wędrujące po mojej twarzy, ciągnące za włosy, paluszki lądujące w moich oczach czy, o zgrozo, w dziurkach nosa, i syrki na głowie i buzi. Tak wyglądają nasze poranki. Śmiech w głos, gdy cmokamy go w szyjkę lub „pierdzimy” w brzuch. A wieczorem, gdy już zaśnie, to najchętniej położyłabym się obok, przytuliła i zasnęła otulona tym niemowlęcym zapachem. I pewnie czyniłabym tak każdego dnia, gdyby to nie była jedyna pora, kiedy mogę na spokojnie zrobić coś tylko dla siebie. Ale dziś uciekam już do niego, nacieszyć się tym moim półrocznym szczęściem.

 

 

Cztery miesiące z W.

Cztery miesiące razem. Wypełnione po brzegi bezwarunkową, szaloną miłością. Mój uporządkowany  dotychczas świat wywrócony do góry nogami. Tylko On sprawia, że mimo snu klejącego powieki, dzień w dzień budzę się nad ranem szczęśliwa i pełna werwy. On uczy mnie spontaniczności, szybkiej zmiany planów, dostosowywania się do sytuacji, kreatywności i siły spokoju w najbardziej stresujących sytuacjach. Jaki jest? Prawie nie śpi w dzień, wciąż nie lubi spacerów w gondoli, od miesiąca boi się odkurzacza, za to pokochał kąpiele, uwielbia być na golaska i przeglądać się w lustrze. Ubóstwia swój retro wózek, w którym czasem udaje mi się go nawet uśpić, a czasem kończy się na tym, że wtóruje mi, gdy mu śpiewam. Kocham go. Najbardziej na świecie. I każdego dnia w tej codziennej bieganinie przystaję na chwilę, przytulam do siebie to rozgrzane, rozbiegane ciałko, czasem rozchichrane w bezzębnym uśmiechu, innym razem rozwrzeszczane, i przepełnia mnie wdzięczność, bo wciąż nie mogę się nadziwić, że Go mamy. Takiego idealnego, wyjątkowego i tak bardzo naszego. I wtedy nagle wydaje mi się, że był z nami od zawsze, bo już nie potrafię sobie wyobrazić ani przypomnieć, jak pusto nam było we dwoje.

Ale ktoś tam dba o to, byśmy nie rozpłynęli się w tym cukrowym oceanie szczęśliwości, dosypując nam co jakiś czas odrobinę dziegciu. Teraz walczymy z wirusami, które krążą w kółko nad naszą trójką. Katar dla niesiedzącego niemowlaka karmionego piersią −  katorga. Jakby tego było mało powoli wykluwają się zęby. Ale wiem, że mój dzielny Wojownik zaprawiony w kolkowych bojach da radę, zwłaszcza że ma przy sobie rozkochanych i zawsze gotowych do noszenia i tulenia rodziców.

Zapisz

Refleksje świeżo upieczonej matki

Przyznaję się. Nie za bardzo wierzyłam w to, że życie po narodzinach dziecka wywraca się aż tak do góry nogami. To znaczy może i wierzyłam, ale jakoś nie do końca potrafiłam sobie wyobrazić, że i nas będzie to dotyczyć. Wiadomo, my to się zorganizujemy i w ogóle od razu będziemy funkcjonować w doskonałej symbiozie. O tak… Gdy byłam w ciąży, zdecydowanie chętniej słuchałam i utożsamiałam się z tymi, którzy mówili, że taki niemowlak to głównie je i śpi. Wojtuś może przez trzy dni jadł i spał, no i robił kupy i siku, rzecz jasna. Mniej więcej czwartego dnia wieczorem dał koncert swoich wokalnych możliwości, wprowadzając w stan przerażenia nieopierzonych rodziców. Po kilku tego rodzaju epizodach oswoiliśmy się nieco z marudnym zawodzeniem i przestaliśmy upatrywać w nim nie wiadomo jakich dolegliwości, wymagających natychmiastowego wzywania karetki.

Po porodzie znajome matki mówiły, że z każdym dniem będzie łatwiej i że wszystko nam się wkrótce ułoży. A ja mam wrażenie, że im dalej w las, tym więcej wyzwań. Jak się już uporamy z jednym, to na horyzoncie pojawia się następne. Ale trzeba przyznać, że rozumiemy się coraz lepiej. Już wiem, że jak się Wojciech głodny budzi, to trzeba go pędem przystawiać do cyca, a nie bawić się w zmienianie pieluchy (a wdychaj sobie matka te zapaszki). Rozpoznaję płacz głodomorski, płacz maruderski, alarm pełna pielucha i wreszcie ten najgorszy − płacz kolkowy. Temu ostatniemu ani trochę się nie dziwę, ale robimy co możemy, by dziecku ulżyć, i chyba jest nieznaczna poprawa. Zasadniczo tendencja jest taka, że synu mój ma coraz krótsze drzemki i coraz więcej czasu spędzałby na rączkach u mamy lub taty, no i oczywiście przy cycu. A rodzice posłusznie starają się sprostać wszystkim wymaganiom dziecka. Życie jak w Madrycie.

Wczoraj w przerwie pomiędzy jednym epizodem marudzenia Wojcieszka a drugim zadzwoniła do mnie koleżanka, o której pisałam, że razem chodziłyśmy w ciąży z chłopakami. No i mówi mi, że jej dziecko jest idealne, śpi 22 godziny na dobę, nawet nie wybudza go na karmienie, bo ono je z zamkniętymi oczkami. (M. zapytał, czy chociaż kupę robi, ha, ha). A w ogóle to pojechała sobie ostatnio na trzy godziny do centrum handlowego, podczas gdy ja wyrwałam się może ze trzy razy z chałupy, w tym dwa do osiedlowego spożywczaka a raz do Biedry. Ale moje dziecię zostało wyposażone w jakiś radar, dzięki któremu wyczuwa, że matka szykuje się do wyjścia i wtedy albo jest nagle znowu bardzo głodne, albo wcale nie zamierza spać. Także numer koleżanki wpisuję tymczasem na czarną listę i przez najbliższe tygodnie nie odbieram (żarcik).

Ale wiecie co? Ja tam wolę naszego Wojciecha szoguna. Nie zamieniłabym go za nic na najbardziej spokojne i idealne dziecko. Zresztą on jest idealny. I nawet zdarzają mu się od czasu do czasu dni, które w większości przesypia. Najczęściej, gdy przyjeżdża babcia (cóż, wie wnusio, jak się zaprezentować od jak najlepszej strony). No i wtedy oczywiście matka się martwi i zastanawia, czy nic dziecku nie dolega i zagląda do niego co trochę stęskniona, by sobie popatrzeć i podelektować się widokiem swojego synka. Wymarzonego!

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Pierwsze dni we troje

cof

Wymarzyłam sobie, jak będzie wyglądał nasz powrót do domu ze szpitala. Świeże kwiaty w wazonie, mieszkanie pachnące i wysprzątane, w garnku pyrkocząca zupa. No ale moja idealistyczna wizja rozbiegła się nieco z rzeczywistością. Wszystko odbyło się na wariackich papierach. Do ostatniej chwili nie wierzyliśmy, że wypuszczą nas ze szpitala już po trzech dobach. M. w dniu naszego wyjścia miał w firmie premierę projektu, nad którym pracowali od miesięcy, więc siedział w naszej sali (mieliśmy jedynkę) z laptopem i słuchawkami na uszach i próbował wszystko domknąć. Ja w tym czasie pakowałam majdan, który zgromadziliśmy przez te raptem trzy doby, a do pokoju co chwilę zaglądały panie sprzątające, które mogłyby już skończyć zmianę i pójść do domu, gdyby nie my. Kombinezon na wyjście, który uszykowałam dla Wojtka, okazał się za wielki, więc w pośpiechu kombinowaliśmy inne ciuszki. Na szczęście tego dnia pogoda była iście wiosenna i słoneczna, za co w nagrzanym samochodzie, stojąc w korkach nie byliśmy już tak wdzięczni. Odetchnęliśmy z ulgą po wejściu do mieszkania, ale tylko na chwilę, bo Wojtek głodny, a my bez sztucznego mleka, które wtedy musiałam mu podawać, ponieważ dopiero rozkręcałam laktację. Mąż popędził więc po mleko, a ja zostałam jak sparaliżowana z rozwrzeszczanym maluchem w totalnym bajzlu. Przed nami była jeszcze noc. Wojtuś nie dał się nawet na chwilę odłożyć, nosiliśmy go więc na zmianę, choć głównie M., bo mnie potwornie bolał brzuch. W dodatku byłam na etapie pobudzania laktacji, więc co trzy godziny ściągałam pokarm, którego spływały znikome ilości, co przy wyczerpaniu fizycznym i bólu doprowadzało mnie do łez. Rano ze snu wybudziła nas położna. Zaraz po niej przybyła na szczęście z odsieczą moja mama, wprawdzie z obojczykiem w gipsie, ale mimo to pomogła nam jakoś ogarnąć ten chaos. Chwała babciom!

A teraz nasze życie kręci się wokół karmienia, przewijania, przebierania, prania, obcinania mikroskopijnych pazurków, zakraplania oczek, werandowania i sporadycznych jak dotąd kąpieli. Jesteśmy jeszcze tacy nieporadni w tym wszystkim. Wojtek a to się obsika z powodu źle założonej pieluchy, a to obsika nas podczas przewijania albo jeszcze lepiej zrobi w trakcie kupę, wysika się do wanienki w czasie kąpieli albo uleje mu się sowicie tuż po przebraniu w nowe ciuszki. Jak widać sprawy okołopieluchowe to teraz nasza główna bolączka, ale wprawiamy się. Najgorsze są napady płaczu spowodowane kolką lub nie wiadomo czym. Zdarzyły nam się dwa takie wieczory i na razie (tfu, tfu) się nie powtórzyły. Serce rozpada się na kawałki, gdy dziecko cierpi, a nie wiadomo, jak mu pomóc.

Ja, maniaczka planowania i organizacji, uczę się trudnej sztuki odpuszczania i dostosowywania do sytuacji. Nie zawsze to, co sobie umyślę do zrobienia na dany dzień, mam szansę zrealizować. Kiedyś  takie niewykreślone sprawy z listy to do wprawiały mnie w duże niezadowolenie z samej siebie. Teraz staram się nie zaprzątać nimi głowy. Czasem zamiast odkurzania, upieczenia ciastek czy nałożenia odżywki na paznokcie wybieram drzemkę razem z dzieckiem czy ewentualnie wpatrywanie się w śpiącego synka. Sprawy mniej istotne muszą poczekać na swoją kolej. Wiem, że za jakiś czas uda nam się wypracować plan dnia (przynajmniej mam taką nadzieję), ale na razie trzeba dać się ponieść bezwiednie tej fali spontanicznej codzienności dyktowanej potrzebami noworodka. Najważniejsze to być blisko. Tulić, wąchać, całować i wyciskać te chwile do ostatnich kropli.

Zapisz

Zapisz

Lutowy chłopiec

Patrzę na niego i nie mogę uwierzyć w to, że już jest z nami. Taki wyśniony i wymarzony. Nasz synek Wojtuś. Jak mówi M. Wojtek Wojujący. Miał opuścić brzuszkowy domek 2 marca, ale w nocy z czwartku na piątek przez prawie godzinę nie czułam ruchów. Pojechaliśmy do szpitala pełni najgorszych przeczuć. Na szczęście szybko się okazało, że serduszko bije. Zapis KTG też wyszedł poprawny, ale lekarze zdecydowali, by zostawić nas na obserwacji. W piątek ordynator oddziału zaczął nalegać na wcześniejsze rozwiązanie ciąży, by dłużej nie ryzykować, choć zapisy KTG wychodziły dobrze. Od rana czułam skurcze w podbrzuszu, szyjka zaczęła się skracać, odszedł czop, więc uznałam, że trzeba zdać się na lekarzy. Mieliśmy 3 godziny, by się  przygotować psychicznie do CC. Towarzyszył mi ogromny stres, nad którym ciężko było mi zapanować, ale i podekscytowanie, że jeszcze tego samego dnia ujrzę naszego synka. Zabieg przyjechał wykonać mój lekarz prowadzący. W trakcie cięcia okazało się, że Wojtuś miał jeden węzeł wokół szyi, a nie dwa, ale przy tym było coś dużo niebezpieczniejszego − węzeł prawdziwy na pępowinie. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Decyzja o przyspieszonym porodzie była słuszna.

Wojtuś urodził się w skończonym 37 tygodniu ciąży z wagą 2900. Dostał 10 punktów w skali Apgar. Od początku bardzo dobrze sobie radził, więc ominął go pobyt w inkubatorze. Jest naszym małym, dzielnym wojownikiem. Ma cudną czarną czuprynę i na razie bliżej nieokreślonego koloru oczy. Oszaleliśmy z mężem na jego punkcie. Po dwóch dniach od porodu przyszły też pierwsze oczyszczające łzy. Cały potok. Końcówka ciąży była dla mnie ogromnym obciążeniem psychicznym, choć ze wszystkich sił starałam się zachować pogodę ducha. Tak bardzo się cieszę, że mam synka już przy sobie. Czuję, jakby ktoś zdjął z moich barków wór kamieni, a ja wreszcie mogę się wyprostować i odetchnąć pełną piersią.

Po trzech dobach opuściliśmy szpital, dziś mija więc drugi dzień spędzony w domu. Pierwsza noc była potwornie ciężka, ale teraz jest już lepiej. Walczę o to, by karmić piersią, więc obecnie moje życie kręci się wokół laktatora i dostawiania Wojtasa. Spodziewałam się, że może być trudno, ale mimo wszystko nie przewidziałam, że wymaga to aż tak dużego samozaparcia i jednocześnie cierpliwości. Wierzę, że się uda i wtedy złapiemy oddech i jakoś lepiej zorganizujemy się w tej chaotycznej jak dotąd codzienności. A tymczasem przed nami wiosna, słońce, spacery po parku i kolejne macierzyńskie wyzwania.

Bardzo Wam dziękuję za kciuki, modlitwę, ciepłe myśli i wsparcie. I za gratulacje oraz życzenia, które pojawiły się pod poprzednim wpisem. To wszystko wiele dla mnie znaczy. Nawet nie spodziewałam się, że tak bardzo emocjonalnie zwiążę się z tym miejscem. Trzymam mocno kciuki za kolejne szczęśliwe rozwiązania i zdrowo chowające się dzieciaki. I za wysyp dwóch kresek na ciążowych testach. W końcu idzie wiosna. Oby ta tegoroczna okazała się pod tym względem równie szczodra jak poprzednia dla nas.

Bilans trzeciotrymestrowy

edf

Był bilans drugotrymestrowy, czas zatem napisać o odczuciach, które towarzyszą mi w trzecim trymestrze.

Poranek kilka dni temu. Świeża dostawa śniegu, korki. Jedziemy do laboratorium po wyniki moich badań.
− Wiesz, martwię się trochę, jakie będę miała wyniki, czy nie mam anemii − żalę się mężowi.
− No coś ty, na pewno nie masz anemii. Od razu widać, że zdrowa dziewucha jesteś, a nie jakaś zabiedzona. Twarz taka porządna, pucki, delikatny drugi podbródek…
− Zamknij się.
No, na męża zawsze można liczyć. Ale wyniki wyszły dobre, więc jakoś te pucki trzeba przeboleć, choć wątpię, że to ich zasługa.

Moja babcia też najczęściej wita mnie słowami: „O, mój grubasek przyjechał!”. Tłumaczę jej, że do kobiet w ciąży nie mówi się per grubasek. „A jak się mówi? No przecież Ty jesteś mój grubasek”  − z rozbrajającą szczerością stwierdza babcia. Wiem, że to z miłości i że dla babci to taka miła odmiana widzieć mnie wreszcie taką okrąglutką, bo zawsze narzeka, że jestem za chuda.

Tylko jak tu się czuć pięknie w tym błogosławionym stanie? Traktuję te sytuacje z przymrużeniem oka, ale przyznam, że na końcówce ciąży trochę spadło mi poczucie własnej atrakcyjności. Brzuch, jak to mówi moja krawcowa, że nic tylko garnki stawiać. Wprawdzie nie tyczyło się to mojego brzucha, a jej wnuczki, ale i mój nabrał podobnych kształtów i co dzień ze zgrozą stwierdzam, że kolejny sweterek, który miał posłużyć do rozwiązania, jest przykrótki. Żeby chociaż wraz z tym brzuchem i cycki urosły, a tu nic, co najwyżej pół rozmiaru. Za to doczekałam się żylaków na jednej nodze (babcia mówi, że po ciąży znikną) i pierwszych rozstępów w okolicy pępka. Na razie widać je tylko pod światło, ale wiem, że tam są i zaprezentują się w całej swej krasie tuż po porodzie.

cof

Z pierwszej ciąży moje ciało wyszło niemalże bez szwanku (nie licząc nadmiarowych kilogramów). Myślałam, że to dzięki smarowidłom, które w siebie z namaszczeniem wcierałam, ale sprawdziły się przepowiednie kosmetycznych sceptyków, że można wsmarowywać w skórę cuda niewidy, a rozstępy jak mają być, to i tak będą. Myślę, że moja skóra na brzuchu nie zdążyła odzyskać jędrności po pierwszej ciąży i stąd te „zmarszczki miłości”, jak je pięknie i pocieszająco określają niektóre kobiety. Do repertuaru ciążowych dolegliwości dołączyły w trzecim trymestrze atopowe zapalenie skóry na dłoniach (krostki, swędzenie, pieczenie), świąd skóry (brzuch swędzi jak cholera), wieczorna zgaga, poranny i nocny nieżyt nosa. Ale za to nie bolą mnie plecy i wciąż mam siłę na pieczenie ciast i sprzątanie (lubię bardzo!), a cała reszta to przecież drobiazgi, w dodatku stan przejściowy (no, może poza tymi rozstępami, których nie tak łatwo się pozbyć). Ale to tylko kropla goryczki w oceanie szczęśliwości, po którym sobie dryfuję na co dzień, choć przyznaję, że czasem nawiedzi mnie jakiś emocjonalny sztorm w postaci chandry. Na szczęście szybko mija, zwłaszcza gdy widzę (i czuję, oj, czuję :) ) Wiercipiętka uprawiającego gimnastykę w moim brzuchu. Jak tu nie kochać tego brzucha? Choćby i z tymi rozstępami i swędzącą skórą. Za to z jakim wyjątkowym, wyczekanym i wytęsknionym chłopcem na pokładzie. (Ale jak macie jakieś sprawdzone sposoby na rozstępy, to chętnie poczytam).

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Pierwsze takie święta

Dla par walczących z niepłodnością święta to szczególny okres. Szczególnie trudny. Chyba nigdy tak mocno jak w Boże Narodzenie nie odczuwałam tej pustki bycia tylko we dwoje, o żadnej porze roku marzenia o tym, by zostać mamą, nie były tak silne. Nie gniewałam się, gdy kolejny raz podczas dzielenia się opłatkiem życzono nam, byśmy doczekali się dziecka. Z czasem życzenia przybrały bardziej dyskretną formę i zaczęto nam życzyć spełnienia marzeń, ale ja wiedziałam, o jakie najskrytsze marzenie chodzi. Teraz, gdy o tym myślę, dociera do mnie, że tych świąt z tęsknotą w sercu nie było aż tak dużo. Trzy lata starań o pierwszego synka, a więc trzy Boże Narodzenia i trzy Wielkanoce. Jak to porównać ze staraniami o połowę dłuższymi czy trwającymi kilkanaście lat. Dla mnie była to jednak cała wieczność.

W zeszłym roku na Boże Narodzenie czekałam jak nigdy dotąd. Synek miał się urodzić pod koniec listopada. Święta planowaliśmy spędzić tylko we troje, ale zostaliśmy sami. Z rozdartymi sercami i niesmacznym jedzeniem zamówionym w pobliskiej jadłodajni. Nie czuliśmy się na siłach, by jechać do rodziny, ale wiem, że nasi bliscy też wtedy bardzo cierpieli. W radiu puszczali non stop „Kolędę dla nieobecnych„. Słuchałam jej słów i zanosiłam się co chwilę płaczem. Ale w głębi duszy wiedziałam, że za rok te słowa będą miały dla mnie inny wymiar, że w kolejne święta nie będziemy już tylko we dwoje.

Jestem bezgranicznie wdzięczna za to, że to się spełniło, że w to Boże Narodzenie bije we mnie drugie serce. Za naszego małego synka, który zostając z nami, dał nam tyle siły i sprawił, że znowu zaczęliśmy żyć pełnią życia, że znowu jesteśmy szczęśliwymi ludźmi. Ale nie zapominam o naszym ukochanym T. O naszym Aniołku. W moim sercu wciąż jest miejsce na smutek i tęsknotę za nim. Akceptuję te uczucia, pozwalam im wybrzmieć, nie tłumię ich. Wiem, że gdy spojrzę na pusty talerzyk, który moja babcia wyłoży na stół, zakręci mi się łza w oku. A potem poczuję to cudowne wiercenie się pod żebrami, tę życiodajną moc. M. przyłoży dłoń do brzucha, a na mojej twarzy zagości uśmiech.

sniezynkaKochani, życzę Wam, by te święta przyniosły Wam ukojenie, bez względu na to, jakie tęsknoty nosicie w sercu. Byście ogrzali się w cieple domowego ogniska i nabrali sił do walki o swoje marzenia. Ale by w pogoni za nimi nie umknęło Wam to co ważne tu i teraz.

Zapisz

Zapisz

Chłopiec na pokładzie!

SONY DSC

To już pewne. Wiercipiętek, który mieszka w moim brzuchu, jest chłopcem. Po raz drugi będziemy mieć synka! Troszkę to przeczuwałam, ale nie tak mocno jak w pierwszej ciąży. Po mojej głowie krążyły również myśli o dziewczynce, jednak gdy budziłam się nad ranem i nie mogąc zasnąć, wyobrażałam sobie nasze dziecko, na przykład jak przybiega do sypialni i wskakuje do łóżka między mnie i męża, to zawsze był to chłopiec. Nie obyło się bez uronienia kilku łez, gdy lekarz potwierdził podczas USG połówkowego, że to syn. Najważniejsze jednak, że nasz chłopczyk jest zdrowy. Rośnie symetrycznie (termin porodu z USG pokrywa się z terminem miesiączki), ma na miejscu wszystkie narządy oraz cudnie i miarowo bijące serduszko.

USG połówkowe wykonaliśmy u dwóch lekarzy: Pana Krnąbrnego, ale Szybkiego (w 19 tygodniu ciąży) i Pana Milczącego, ale Dokładnego (w 20 tygodniu ciąży). Mój nowy lekarz prowadzący potwierdził, że to bardzo dobrzy specjaliści. Polecił nam też dwóch genialnych lekarzy, ale do żadnego z nich nie udało mi się zapisać z trzytygodniowym wyprzedzeniem. Pierwsze wolne terminy mieli na połowę listopada. Zdecydowaliśmy zatem, że pójdziemy do tych samych dwóch specjalistów, u których wykonywaliśmy badania genetyczne. Obaj potwierdzili, że synek rozwija się prawidłowo. Pierwszy lekarz przeprowadził badanie bardzo sprawnie, żeby nie powiedzieć pośpiesznie. W naszym odczuciu trochę za pośpiesznie. Gdy zapytaliśmy go o błoniasty przyczep pępowiny, zalecił wykonanie dodatkowego USG około 26 tygodnia ciąży. Wstępnie podjęliśmy jednak decyzję, że pójdziemy do kogoś innego. Może do jednego z tych genialnych specjalistów.

Drugi lekarz badał naszego malucha bardzo dokładnie. Tym razem więcej mówił, pokazywał, angażował nas w liczenie paluszków itd. Wyszliśmy z poczuciem, że badanie zostało przeprowadzone bardzo rzetelnie. Odnośnie przyczepu pępowinowego podtrzymał to, co powiedział podczas USG genetycznego, że należy to zbadać po 28 tygodniu ciąży. Pojawiła się też pewna rozbieżność odnośnie usytuowania łożyska. W trakcie USG genetycznego obaj lekarze stwierdzili, że jest ono położone na ścianie tylnej. Tym razem Pan Krnąbrny podyktował asystentce, że łożysko jest w dnie i na ścianie przedniej. Doktor Dokładny stwierdził natomiast, że jest ono na ścianie tylnej i mocno się trzyma. Może ja tu czegoś nie rozumiem, ale to chyba nie to samo?  Mam nadzieję, że wątpliwości rozwieje mój lekarz prowadzący, u którego wizytę mam na początku listopada. Nie jest to jednak sprawa, która spędzałaby mi sen z powiek.

W drugim trymestrze poczułam osławiony przypływ sił. Dzięki temu udało mi się zrealizować wiele planów, z czego bardzo się cieszę, bo mam poczucie, że wykorzystałam ten czas produktywnie. Teraz postanowiłam jednak nieco przystopować, więcej rzeczy odpuszczać i celebrować te wyjątkowe chwile bez pośpiechu. Codziennie czuję ruchy synka, zwłaszcza rano i wieczorem, ale i w ciągu dnia, gdy się na moment położę, dziecko daje o sobie znać. Dzięki tym ruchom ciąża nie wydaje się już taka abstrakcyjna i nierealna. To jest obecnie moja największa życiowa przyjemność. Gdy budzę się rano i po chwili czuję, że maluszek też się wierci. Szturcham wtedy męża, żeby czym prędzej przyłożył dłoń do brzucha. Ten rytuał odbywamy również wieczorem. Nie da się tym nie zachwycać. To po prostu magia.

Listopad podszyty smutkiem tuż, tuż

W tym roku listopad nieco wcześniej niż zwykle przycupnął za drzwiami. Wmieszał w październikowe promienie słońca garść ciemności, smutku, tęsknoty… Sprawił, że cierpkie wspomnienia wypłynęły na powierzchnię. W zeszłym roku o tej porze dzieliła nas już tylko chwila od spotkania z synkiem. Trwały ostatnie przygotowania. Wielkie sprzątanie, mycie okien, prasowanie dziecięcych ubranek, urządzanie kącika dla T. w naszej sypialni. Ostatnie zakupy. Zamiast kolejnej paczki pieluch czy śpiochów, uroczy kot podróżnik, który prosto znad łóżeczka trafił do malutkiej trumny, by towarzyszyć naszemu synkowi w tej ostatniej wyprawie. W tym roku przez tydzień przechodziłam obok kwiaciarni, zanim zebrałam się w sobie, by wreszcie wejść do środka i zamówić wiązankę. Nie obyło się bez uronienia kilku łez, gdy pani zapytała, na czyj grób ma być ta wiązanka. A potem jeszcze ta wycieczka do zamku Książ, którą zorganizowałam spontanicznie i nieświadomie, nie wiedząc o tym, że piętnasty października to Dzień Dziecka Utraconego. Usłyszeliśmy o tym już w drodze, w radiowych wiadomościach. Przeszył mnie wyrzut sumienia. Zrobiło mi się potwornie przykro, bo to trochę tak, jakbym zapomniała o prezencie z okazji Dnia Dziecka. I ja, i M. milczeliśmy tego dnia więcej niż zwykle.

Myślę o T. bardzo często. Czasem płaczę z tęsknoty, z bólu, z poczucia niesprawiedliwości… Ale czuję jednocześnie, że rany się zagoiły, a ja stoję już po słonecznej stronie ulicy. Jest we mnie dużo więcej radości niż żalu. Przepełnia mnie bezgraniczna wdzięczność za to, że rośnie we mnie nowe życie i każdego dnia daje znać o swojej obecności, wiercąc się w moim brzuchu i wymierzając kolejne kopniaki, jakby chciało krzyknąć: „Hej, mamo! Ja tu jestem, nie smuć się, bo mnie też robi się okropnie smutno”. Czasem opowiadam maluszkowi, którego noszę w sobie, o tym, że miał braciszka i że ten braciszek jest teraz naszym aniołkiem. Takim na wyłączność.

Za chwilę kolejny listopad. Kiedyś lubiłam ten miesiąc, będący niczym wyrwa w roku, amorficzne przejście między jesienią i zimą. Ale tamten listopad odmienił mnie na zawsze.

SONY DSC

A ja wolę moją mamę

Chłopiec na rowerze

Pamiętam, że mieliśmy wtedy wizytę u lekarza. Ginekolog powiedział, że tym razem nie będziemy robić USG, ale ponieważ to wyjątkowy dla mnie dzień, moje święto, to posłuchamy serduszka. I słuchaliśmy z M. tej cudownej melodii dobiegającej gdzieś spod brzucha, będącej niezbitym dowodem na to, że tam rośnie mały człowiek, nasz wyczekany cud. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że czekamy na chłopca. Zastanawialiśmy się, czy więcej będzie miał ze mnie, czy z niego, moje brązowe oczy, czy jego niebieskie, jasne włosy, czy może ciemne, talent do przedmiotów ścisłych, czy zamiłowanie do humanistycznych. Nie wiemy, jakie miał oczy. Gdy położna dała mi go na ręce − drobne, ciepłe ciałko − były zamknięte. Wyglądał, jakby spał. Włosy miał po mnie. Ciemne i gęste.

Kilka dni temu skończyłby pół roku. Pewnie już umiałby siedzieć, może właśnie zaczynałby raczkować, odkrywać nowe smaki poza tym jednym, dobrze znajomym smakiem mleka. Czasem wchodzę jeszcze na forum listopadowych mam. Czytam, jak ich dzieci się zmieniają, nabywają nowe umiejętności, poznają świat. Nie mogę uwierzyć w to, że miałam być na ich miejscu… Moja ciąża coraz częściej wydaje mi się jakąś iluzją, urojeniem, złudnym wspomnieniem. Ale przecież była. A ciało nosi jej niezaprzeczalne ślady − dwa rozstępy na lewej piersi, wciąż ciemna linea nigra przebiegająca przez brzuch. Nie pozwalają mi zwątpić w to, że naprawdę tego doświadczyłam. Mam nadzieję, że nasz chłopiec był szczęśliwy przez te 9 miesięcy, kiedy nosiłam go pod sercem i starałam się być dla niego najlepszą mamą.

Dziś jest też święto mojej mamy. Wzruszyła się, gdy składałam jej życzenia. A ja przypomniałam sobie tę piosenkę Majki Jeżowskiej. W dzieciństwie często nuciłam jej refren. I wydawało mi się, że ona jest naprawdę o mojej mamie, która miała wtedy atramentowe włosy i piwne oczy, w słońcu złote. Jestem szczęściarą, że mam mamę, której o wszystkim mogę powiedzieć, na którą zawsze mogę liczyć. Nasze relacje są lepsze niż kiedykolwiek wcześniej. Dorosłam do tego, by zrozumieć jej wybory, przebaczyć popełnione błędy. Teraz akceptuję ją w pełni taką, jaka jest.