Z roczniakiem w domu

Gdy dziecko kończy rok, najczęściej pojawiające się pytania to: Czy jeszcze karmisz piersią? Czy już chodzi? Czy wracasz do pracy? W każdym razie są to sprawy, o które pytają mnie moje sąsiadki. Nic w tym dziwnego, bo to kwestie, które i mnie nurtują. Pierwsze kroki Wojtuś ma już za sobą i niedługo pewnie zacznie chodzić na dobre, a ja z jednej strony wyczekuję tego etapu, a z drugiej wcale mi się do niego nie śpieszy. Piersią wciąż karmię, choć nie ma dnia, a właściwie nocy, bym nie rozmyślała o odstawieniu, ale to temat na osobny post. A jeśli chodzi o pracę, to przez jakiś czas postanowiłam zostać na domowym etacie.

Po pierwsze, to nie mam pracy, do której mogłabym wrócić, bo gdy zaszłam w ciążę z Wojtusiem, byłam zatrudniona na zastępstwo i od początku wiedziałam, że umowa nie będzie przedłużona. Wcześniej pracowałam naukowo i dodatkowo jako freelancer. Praca naukowa to zamknięty rozdział w moim życiu, ale do zleceń teoretycznie mogłabym wrócić, tylko wymagałoby to przeorganizowania naszej codzienności. Nie wyobrażam sobie pracować w domu przy Wojtusiu. Nie można go na zbyt długo spuścić z oczu, a gdy już zaśnie, to najczęściej ja też drzemię z nim lub regeneruję się, czytając książkę czy przeglądając Internet. O nadgonieniu jakichś domowych obowiązków nie ma mowy, bo Wojtka budzi najcichszy szmer, chyba że zależy mi na tym, by się obudził, to wtedy oczywiście śpi kamiennym snem. Pozostają wieczory, ale jako typowy ranny ptaszek nigdy o tej porze nie byłam wydajna, a po całym dniu z Wojtkiem to już tym bardziej. I jeszcze jedna kluczowa dla mnie kwestia. Gdy się tak przebywa z dzieckiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, to raczej  człowiek miałby ochotę z rana się wyszykować, zamknąć za sobą drzwi i poprzebywać trochę z dorosłymi ludźmi, a niekoniecznie zostać w czterech ścianach i rozgardiaszu.

Do jesieni postanowiłam dać sobie czas, nacieszyć się w pełni wiosną i latem, zwłaszcza że z takim roczniakiem podskakującym w wózku na widok każdego mijanego psa, gołębia, autobusu czy tramwaju jest naprawdę wesoło. Żal by mi było tych ciepłych miesięcy, które na pewno dają większe pole do popisu niż zima. W zeszłym roku nie nacieszyłam się nimi wystarczająco. Przyznaję jednak, że miewamy też trudne dni, kiedy marzę o tym, by wyjść z domu na te kilka godzin, wrócić stęskniona do mojego dziecka i zająć się nim z nową energią. Ale wtedy z opresji ratuje nas najczęściej babcia. Jesienią będę się martwić, co dalej. A może wcale nie trzeba będzie się martwić, bo życie przyniesie najlepsze rozwiązanie w najdogodniejszym momencie…