USG genetyczne nr 2 i ostatnia wizyta u doktora G.

Drugie USG genetyczne okazało się dla mnie bardziej stresujące niż pierwsze. Na szczęście nie ze względu na wyniki, które wyszły prawidłowo i zbieżnie z tymi z pierwszego USG, ale z powodu sposobu jego przeprowadzenia. Lekarz początkowo nic nie mówił, coś postękiwał, wzdychał, wiercił się, a mnie zalała fala stresu. Dobrze, że mąż był obok. Mocno trzymał za rękę i uspokajał, że wszystko jest w porządku, tylko maluch się wierci. To samo powiedział lekarz, widząc, jak się denerwuję. W tamtej chwili uświadomiłam sobie jednak, jak wiele jest we mnie nagromadzonego strachu. Wystarczy tylko uchylić wieczko, a tłamszony lęk wylewa się  strumieniami.

Badanie trwało długo, lekarz był dokładny, cierpliwie czekał, aż dziecko odpowiednio się ułoży. Zaznaczył, że to ważne, by uchwycić poszczególne wymiary, gdy dziecko jest w konkretnej pozycji. Na koniec dał nam do zrozumienia, że do pełnej diagnozy zaleca wykonanie testu Papp-a. Nie mieliśmy czasu na zastanawianie się. To był ostatni dzień na pobranie krwi do testu, więc z mieszanymi uczuciami zgodziłam się na badanie. W sobotę otrzymałam e-mail z wynikami i pełną opinią. Testy wyszły dobrze. Podczas wizyty podpytaliśmy też nieśmiało o płeć. Gdy doktor próbował coś wypatrzeć, to maluch ostentacyjnie zakrył sobie obiema rączkami przyrodzenie, co wyglądało komicznie i bardzo nas rozbawiło. Ale po kilku chwilach lekarz stwierdził, że stawia na chłopca :) Poruszyliśmy też kwestię błoniastego przyczepu pępowinowego. Dowiedzieliśmy się, że trzeba na to zwrócić uwagę na późniejszym etapie, najwcześniej około 28 tygodnia ciąży.

W środę byłam ostatni raz na wizycie u doktora G. Jak zawsze zbadał szyjkę, macicę, brzuch, zapytał o samopoczucie, odpowiedział wyczerpująco na wszystkie moje pytania, zrobił USG, podczas którego pooglądaliśmy sobie malucha, zmierzył ciśnienie, zważył. Tak wyglądają dla mnie idealne wizyty w ciąży. Od teraz będzie mnie prowadził jego przyjaciel, doktor S. Mam nadzieję, że zajmie się nami równie troskliwie. Doktor G. zapewnił mnie przy pożegnaniu, że jest z nim w stałym kontakcie i będzie się dowiadywał od niego, jak się miewamy. No i jak tu nie lubić takiego lekarza. Dodam jeszcze, że za niektóre wizyty, odbywające się w krótkim odstępie czasu, nie musiałam płacić.

A co poza tym? Brzuszek rośnie i się zaokrągla, ale kilogramów nie przybywa. Na razie nie mam ani jednego na plusie. Mój entuzjazm jednak nieco opadł, gdy sprawdziłam, jak to było w poprzedniej ciąży. Pierwszy trymestr również kończyłam bez przyrostu wagi, a nieszczęsne 20 kilogramów zgromadziłam w drugim i trzecim trymestrze, zamieniając rozmiar 36 na niemalże 40. Czasami w ciąży się tyje, mimo przestrzegania zdrowej i lekkostrawnej diety. Ale u mnie dodatkowe kilogramy nie wzięły się z powietrza. Miałam wilczy apetyt i ogromne zapotrzebowanie na słodycze, a także doskonałą wymówkę, by sobie ich nie odmawiać. Tym razem nie zamierzam sobie tak folgować. Mogę też chodzić na zajęcia sportowe dla kobiet w ciąży. Ogromnie brakuje mi ruchu, zwłaszcza jazdy na rowerze, biegania, a spacery zupełnie tego nie rekompensują. W moim przypadku rower nie wchodzi jednak w grę, ale nawet gdyby lekarz zezwolił mi na jazdę na nim, to nie czułabym się pewnie. Czytam o tym, że w krajach skandynawskich kobiety jeżdżą na rowerach niemal do ostatnich dni przed rozwiązaniem. U nas lekarze podchodzą do tego dużo sceptyczniej, zwłaszcza gdy ma się za sobą niepowodzenia ciążowe, tak jak ja. Ale nie narzekam. Czas szybko zleci, a potem będę śmigać z maluchem :) Moją bolączką są wypadające włosy. Lekarz stwierdził, że to normalne i on się tym nie martwi. Ponad miesiąc temu badania wyszły mi wzorowo, teraz mam powtórzyć morfologię i mocz.

Wraz z wkroczeniem w drugi trymestr, określany mianem miesiąca miodowego, poczułam przypływ sił i chęci do działania. Powrócił apetyt, znowu czerpię przyjemność z gotowania, jestem aktywniejsza niż w początkach ciąży. Wiem, że dobre samopoczucie to też zasługa jesieni, którą niezmiernie lubię.

Dziecię na podglądzie, czyli badania prenatalne

SONY DSC

Myślałam, że za drugim razem będziemy to wszystko jakoś mniej przeżywać. Ale emocje są równie żywe jak po raz pierwszy, a może nawet żywsze, bo podszyte lękiem, który pojawił się zamiast beztroski towarzyszącej mi w pierwszej ciąży. Od USG genetycznego minęło kilka dni, a M. rozpromieniony wciąż pyta, czy widziałam, jak nasz maluch fikał, wypinał się, kręcił, machał a to nóżką, a to rączką. Szczerze, to na początku za dużo nie widziałam, tak byłam spięta i zestresowana. A potem zaczęły docierać do mnie słowa lekarza: „prawidłowe, prawidłowe, prawidłowe”. I odetchnęłam. A na monitorze dostrzegłam naszego małego akrobatę. I moje serce rozpłynęło się na ten widok.

Na USG genetyczne udaliśmy się do jednego z lekarzy, których polecił doktor G. Okazał się on niebyt wylewnym typem. Odnośnie błoniastego przyczepu pępowinowego, który wskazano jako przyczynę śmierci naszego synka, powiedział to samo, co słyszeliśmy już wielokrotnie: „Dzieci się z tym rodzą. Mieliście państwo po prostu pecha”. I tyle w temacie. Badanie przeprowadził sprawnie, maluch ładnie współpracował, więc nie było problemu z wykonaniem pomiarów. Wszystkie wyszły prawidłowo. Okazało się też, że ciąża nie jest wcale młodsza. To 13 tydzień, czyli dokładnie tak, jak wynika z terminu ostatniej miesiączki. Na moje pytanie, czy powinniśmy zrobić dodatkowo testy z krwi, lekarz odpowiedział, że nie ma takich wskazań, a ponieważ są to badania komercyjne, to on nie może nas do nich namawiać, ale zawsze jest to dodatkowe źródło wiedzy o ciąży. Podzieliłam się z nim moimi wątpliwościami odnośnie testów Papp-a. Potwierdził, że zdarza się, iż wychodzą fałszywie. Decyzja należy do nas i, jak to ujął, zależy od zasobności naszych portfeli oraz chęci i determinacji. Nie dopytywaliśmy o płeć. Lekarz przyznał, że ma wątpliwości i nie chce nas wprowadzić w błąd. A gdy powiedziałam, że za pierwszym razem się nie potwierdziło, bo na genetycznym wyszło, że dziewczynka, a potem okazało się, że chłopiec, to tym bardziej nabrał wody w usta.

We wtorek idziemy do jeszcze jednego lekarza, również na USG genetyczne. Może to nadgorliwość, ale po stracie synka obiecaliśmy sobie, że te ważne badania będziemy przeprowadzać u dwóch lekarzy. Szwagierka prowadziła u niego ciążę. Jest bardzo dokładny, ma dobry sprzęt, a dodatkowo specjalizację z genetyki. Po tej wizycie zdecydujemy, czy wykonywać jeszcze dodatkowe testy.

Uświadomiłam sobie, że dzieli mnie już tylko krok od drugiego trymestru. Jest radość. Jest ulga. Jest szczęście. I gdyby jeszcze tylko upały odpuściły, to byłabym absolutnie wniebowzięta. Bo ja już mam pod sercem swoje słoneczko, które grzeje bardzo mocno :)