A gdy przychodzi jesień

jesienA gdy przychodzi jesień, którą od zawsze kocham całym sercem, myślami jestem częściej przy naszym pierwszym synku, który właśnie jesienią miał pojawić się na świecie. Choć myślę o nim także w lecie i na wiosnę, pod prysznicem, jedząc kolację albo bawiąc się z Wojtusiem. Wtedy muszę go czym prędzej przytulić. Tak z całych sił. I szepnąć na ucho, jak bardzo go kocham i jak bardzo cieszę się, że go mamy.

Czasami zastanawiamy się z M., jaki byłby Tymek. Patrzymy na Wojtka i wyobrażamy go sobie na jego podobieństwo. I ta strata staje się jeszcze bardziej namacalna, bo teraz już wiemy, jaka to jest miłość. Z każdym dniem, tygodniem, miesiącem coraz potężniejsza. Cudownie byłoby mieć ich obu, a z drugiej strony przepełnia mnie wdzięczność za to, że Wojtuś jest z nami, że nie musieliśmy czekać na niego latami, że właściwie pojawił się pod postacią dwóch kresek na teście ciążowym, zanim w pełni zagoiły się rany po odejściu Tymka. Uratował mnie. Nas. I choć czasami łza zakręci się w oku (tak jak dziś, gdy puściłam „Spadochron” Meli Koteluk, a byliśmy na jej koncercie z Tymusiem w brzuchu),  to Wojtuń, to nasze żywe srebro, sprawia, że trwa to tylko ulotną chwilę.

Nieraz mojej mamie przyśni się Tymuś. Albo malutki błękitny sweterek. Wiadomo, że to Tymkowy, bo na Wojtka byłby za mały. Ja długo czekałam na taki sen. Gdy byłam w ciąży z Wojtusiem, to przyśnił mi się raz piękny chłopczyk o dużych brązowych oczach i ciemnych, kręconych włosach. Sama nie wiedziałam, czy to pierwszy synek, czy drugi. Dziś myślę, że to był Tymuś. Taki uśmiechnięty i szczęśliwy. Pamiętam, że bardzo mnie to uspokoiło.

Od czasu do czasu jeździmy z Wojtusiem na cmentarz. Najczęściej w niedzielę. To dobre miejsce na spacer, bo cmentarz mamy piękny. Teraz Wojtuś jest jeszcze malutki i może niewiele rozumie, ale zawsze mówimy mu, że jedzie odwiedzić swojego braciszka. Może za jakiś czas zostawi mu jedną ze swoich zabawek. A może nie będzie chciał się rozstać z żadną z nich, a ja nie będę mieć mu tego za złe. Nie chcę, by kiedykolwiek te wyprawy kojarzył z przykrym obowiązkiem. Nie chcę tworzyć wokół nich grobowej, posępnej atmosfery i tematu tabu. Obiecałam sobie, że nigdy też nie będę go zmuszać do chodzenia na cmentarz, a gdy podrośnie, pozwolę mu pójść na imprezę Halloween, a może sama upiekę dla niego jakieś nietoperze czy paluchy wiedźmy. Chciałabym jednak bardzo, żeby wiedział o tym, że miał braciszka. Chciałabym, żeby to było naturalne, że przejeżdżając obok cmentarza, machamy Tymkowi i mówimy „cześć”, czasem go odwiedzamy i opowiadamy, co u nas. A potem idziemy na lody albo do kina. Jak to w niedzielę…

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Wakacje na wsi

SONY DSC

Zmęczeni zgiełkiem miasta, kurzem wdzierającym się przez okna do mieszkania, odorem spalin i  wiecznymi remontami przeprowadzanymi o tej porze roku przez sąsiadów, postanowiliśmy uciec na wieś, na wczasy pod gruszą. Ostatni tydzień spędziliśmy bardzo leniwe, w małym domku letniskowym mojej cioci na naszej rodzinnej działce. Rodzinnej, bo dookoła są działki moich cioć i wujków, a także moich rodziców, którzy swego czasu wybudowali nawet dom, ale rozwiedli się, zanim go wykończyli.

SONY DSC

Miejscowość jest cudnie położona, las, aleje obrośnięte starodrzewiem, a nieopodal Zalew Sulejowski. Pobyt w tym miejscu to dla mnie jak powrót do korzeni, do błogich chwil dzieciństwa. Spędzałam tam większość wakacji z dziadkami, braćmi i kuzynostwem, zjeżdżającym się z dalekiego Szczecina. Kolonie i obozy były dla mnie męczarnią. Odliczałam dni do wyjazdu do domu i na działkę. Lubiłam przebywać z dziadkiem, który hodował gołębie pocztowe i puszczał je na loty. Był w tym mistrzem. Często odwiedzali go koledzy gołębiarze i młodzi pasjonaci tej sztuki, szukający u niego porady. Dziadek jeździł na motorze i, ku przerażeniu mojej babci, zabierał nas na krótkie przejażdżki po okolicznych alejkach. Pamiętam też, że kostkę masła trzymał w filiżance z zimną wodą, dzięki czemu zachowywało ono świeżość. A na głowie nosił wydzierganą na szydełku czapkę, by jego lśniące, gęste, białe włosy lepiej się układały. Potem motor zamienił na rower, co wyszło mu na zdrowie, bo dożył pięknych, sędziwych lat.

Gdy tylko pogoda dopisywała, babcia zostawała z nami na noc w starym, drewnianym domku. Rano jeździliśmy z nią na rowerach do osiedlowego sklepu po najpyszniejszy na świecie jeszcze ciepły chleb, z grubą chrupiącą skórą. Potem wylegiwałam się w sadzie, objadając się porzeczkami i pochłaniając kolejne książki. W tle brzęczała audycja „Lato z radiem” ze starego, ale jakże niezawodnego radyjka dziadka w skórzanym etui. Z niecierpliwością czekałam, aż dojrzeją słoneczniki, które skubałam bez opamiętania, a pod moje paznokcie wdzierał się czarny kolor łupinek. Nocą babci zbierało się nieraz na wspomnienia z okresu wojny. Słuchałam tych opowieści  z przejęciem i wypiekami na twarzy, a potem przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Dziś patrzę na moją ukochaną, kulejącą babcię i coraz częściej myślę o tym, że już niewiele czasu mi zostało, by spisać jej przeżycia i ocalić je zapomnienia.

Wakacje z dzieciństwa. Nie do powtórzenia w dorosłym życiu. Ale przez ten tydzień nazbieraliśmy nowych, niezapomnianych chwil. W powietrzu zdecydowanie było czuć już jesień, więc chodziłam opatulona w swetry i koce, popijając rozgrzewającą herbatę zamiast cytrusowej lemoniady. I choć funkcjonowaliśmy jak w zwolnionym tempie, to dni upłynęły nam szybko i niepostrzeżenie.

SONY DSC